Podsumowanie styczna będzie krótkie, bo i pisać nie ma o czym. No może jedynie o tym, że Marcin dał się ponieść, że nadmierny entuzjazm wziął górę nad zdrowym rozsądkiem Marcina, a misternie budowany plan wziął w łeb. Krótki romans z naturalnym bieganiem okazał się bolesny w skutkach i zakończył się nieprzyjemną kontuzją, która odbiła się negatywnie na kondycji, morale i nastroju Marcina.
Ale, o co chodzi?
Otóż, zamiast sukcesywnie, tak jak Marcin zaplanował, wdrażać się, przyzwyczajać organizm do nowej techniki biegu, równocześnie de-li-ka-tnie i z umiarem dokładać kolejne kilometry do ogólnego dystansu tygodniowego, Marcin przegiął niesamowicie. Mógłby Marcin tłumaczyć się tym, że uległ, że nie potrafił odmówić sobie przyjemności biegu, a biegło się przecież tak lekko, sprężyście i bez wysiłku, że pokusa była na tyle silna i wykopała z głowy ten rozsądek, o którym mowa już była nie raz. Paradoksalnie, Marcin ostrzegał koleżanki i kolegów biegaczy o zagrożeniach, jakie niesie z sobą zmiana techniki biegu oraz zbyt szybkie zwiększenie objętości treningów… i tak dalej. I na nic się zda bicie w pierś i częste powtarzanie dwóch słów: mea culpa.
Ale co się stało?
Ostre zapalenie ścięgna Achillesa. Nieleczone prowadzi do chronicznego zapalenia, w ekstremalnych przypadkach nawet do zerwania. Objawia się bólem, opuchlizną i nieprzyjemnym „chrupaniem”. Rano, zazwyczaj, ścięgno jest zesztywniałe i trzeba je rozchodzić, przy próbie stania na palcach ból się nasila. Po rozchodzeniu i rozgrzaniu ścięgna da się – czego oczywiście nie wolno robić – pobiegać.
Marcin już raz, nieświadomie, przechodził zapalenie ścięgna Achillesa. Było to zaraz po starcie w Jesiennych Trudach – tygodniowy odpoczynek załatwił sprawę. Tym razem po siedmiodniowym odpoczynku chrupanie nie ustało, a próba biegu skończyła się powrotem opuchlizny. Wizyta u ortopedy była nieunikniona, ale o tym innym razem.
I co z tym styczniem?
Łączny przebyty dystans nie przekroczył 40km. Nie chcąc stracić formy, Marcin katował się na trenażerze, sumiennie wykonywał ćwiczenia pana Lafaya, wykreślając dwa z nich, które obciążały kontuzjowane ścięgno. Dopiero, gdy ból ustąpił i zeszła opuchlina zdecydował się na wykonywanie pełnych zestawów ćwiczeń.
Nim się obejrzał, miesiąc styczeń przeleciał przez palce jak suchy piasek na plaży w Kołobrzegu. Czy miesiąc można spisać na straty? Czy forma uleciała z Marcina jak para z czajnika? Czy kontuzja została wyleczona? To okaże się już w sobotę. Za niespełna sześć dni inauguracyjny start w Skorpionie. W tym tygodniu Marcin wraca do treningów. Zostało kilka dni, aby przewentylować płuca i przyzwyczaić rozleniwiony organizm do niskich temperatur.
Jakie to wszystko popieprzone! Życzcie Marcinowi… życzcie mi powodzenia. Do następnego!


