Month: Grudzień 2011

Biegam naturalnie #2 – przygotowanie

Rozpocząć przygodę z naturalnym bieganiem. No tak, niby prosta rzecz – wystarczy nauczyć się lądować na palcach, czy też śródstopiu, a potem gnać do przodu nie oglądając się za siebie. Podoba mi się idea takiego biegania, ale jak zacząć biegać, aby nie zrobić sobie krzywdy? Bieganie naturalne może być remedium na powstające podczas biegania kontuzje. Może, ale nie musi. Nieumiejętnie i zbyt szybko, bez odpowiedniego przygotowania, rozpoczęte treningi mogą dać odwrotny od zamierzonego efekt. Nigdy nie biegałem boso, nie licząc tych kilkunastu letnich dni, kiedy na plaży uganiam się za piłką, tudzież bawię w przeróżniaste gry z dziewczynkami. Moje stopy znają tylko jedną metodę biegu – lądowanie na pięcie w butach z amortyzacją w dodatku zaopatrzonych w dużą ilość systemów „wspomagających”. Można powiedzieć, że moje stopy są upośledzone. Jak więc zmienić nawyki biegowe, skoro takowe z daleka pachną kontuzją? Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta – trenując. Zacząłem powolne, sukcesywne przyzwyczajanie stóp do czekającego ich wysiłku. Przy czym dodam, że do tematu podszedłem bardzo poważnie. Bez wskakiwania na głęboka wodę i nieprzemyślanych, spontanicznych ruchów. …

Biegam naturalnie #1 – wstęp

Jestem ciężkim klocem, wielkim mastodontem, który porusza się niezgrabnie. Kiedy biegnę wyglądam komicznie. Przeskakuję z nogi na nogę, sadząc zbyt długie kroki. Ląduję na pięcie, a wybijam się z palców – czasami w uszach słyszę głuche: łup, łup, łup. Kiedy pokonuję kolejny kilometr, a licznik dystansu przekracza 15km, zaczynam się mimowolnie garbić. Czasami, kiedy kończę bieg po dwudziestym którymś kilometrze, prostuję się jak staruszek łapiąc się pod boki, czuję jak skrzypi mi kręgosłup. Biegnąc, podskakuję jak szmaciany pajac, tak jakbym wypadł z obudowy i telepał się na wszystkie strony. Ręce przyklejają mi się do tułowia i gdybym miał się nagle potknąć i wywalić, nie wiem czy zdołałbym je oderwać, aby w ostatnim momencie uchronić się przed upadkiem. Obraz nędzy i rozpaczy. Kiedy tak sobie mocno pobiegam, zaliczę długi dystans, odzywa się moje kolano – chrupiąca rzepka. Ponoć najlepsze antidotum na tą dolegliwość to kledzikowe ćwiczenia, tak owszem, ale ile można je wykonywać, tydzień, dwa, miesiąc, kilka miesięcy, rok? W moim przypadku, w tym konkretnym przypadku, kledzikowa gimnastyka się nie sprawdza. Klepię ją jednak profilaktycznie w …

Geocaching i rower

Geocaching (gr. geo – Ziemia, ang. cache /keʃ/ – chować, schowek, tajny skład) – gra terenowa użytkowników odbiorników GPS, polegająca na poszukiwaniu tzw. skrzynek (ang. geocache) uprzednio ukrytych przez innych uczestników tej samej zabawy. Ukrywane przeważnie w interesujących miejscach skrzynki zawierają dziennik odwiedzin, do którego wpisują się kolejni znalazcy, a także drobne upominki na wymianę. Lokalizacja miejsca ukrycia skrzynki przekazywana jest przez jej założyciela innym uczestnikom gry poprzez wprowadzenie jej współrzędnych geograficznych w jednej ze specjalnych internetowych baz danych, tzw. serwisów geocachingowych. Moje córeczki uwielbiają bawić się w poszukiwanie skarbów. Sam będąc dzieckiem bawiłem się w poszukiwacza, ukrytego przez piratów skarbu. Z wypiekami na twarzy zarywałem noc czytając „Wyspę skarbów” Stevensona. Dziewczynki, tak jak i mnie, pociąga odkrywanie tajemnic. Niejednokrotnie, chcąc przepędzić je sprzed telewizora, proponowałem wypad do lasu w celu „poszukiwania nowych ciekawych miejsc”, albo odkrywania historii Magicznego Lasu. Te nasze małe wojaże zawsze dobrze się kończyły, a dziewczynki podekscytowane wracały do domu i przekrzykiwały się jedna przez drugą próbując opowiedzieć mamie o tym, co im się właśnie przydarzyło. Od jakiegoś czasu zajmuję Zuzankę …

Listopad – podsumowanie miesiąca

Podsumowanie miesiąca w pełnych tygodniach 31.10 – 27.11.2011 r.   Powrót do formy Minął długi okres roztrenowania, podczas którego odpoczywałem, pozbywałem się niepotrzebnych nawyków. Żegnałem się ze stresującymi sytuacjami, które sam sobie napędzałem niczym nieuważny poganiacz krów, który został stratowany przez własne stado. Odpędzałem od siebie złe wilki… Może inaczej, nie dopuszczałem do siebie „bezlitosnego skrzata”, który miał wstrętny nawyk, wykorzystywania mnie nadmiernie, przy czym, doprowadzał do szewskiej pasji (a gorzkie słowa płynęły wartkim nurtem). W każdym razie, jest to tak ciekawe doświadczenie (uwalnianie), że mam temat na obszerny wpis, który opublikuję w najbliższym czasie. W listopadzie z tęsknotą wróciłem do treningów. Zaskoczeniem był dla mnie tak duży spadek formy. Miesiąc leżenia bykiem i Pani Forma uciekła ode mnie jak niewierna kochanka. Z trudnością biegałem sześcio – siedmiokilometrowe odcinki po wygodnych, dla stawów, polnych drogach. Tętno szybko przekraczało pierwszy zakres przy tempie 5:50min/km. Nie jestem sprinterem, nie jestem mocnym zawodnikiem, jednak potrafiłem przebiec 15 km dystans nie przekraczając pierwszego zakresu, osiągając tempo poniżej 5:10min/km. Te pierwsze biegi dały mi obraz jak ma wyglądać dalszy trening …