Archive for Styczeń, 2012

I kiedy śnię o górach

fot. johnbatdorff.com

I kiedy witam wschodzące słońce na skalistym szczycie, a ono maluje pejzaż w dominancie czerwieni. I mglisty opar w doliny spływa, owijając miasta w miękki puch. I cisza jak makiem zasiał gości w uszach. I droga skalista przede mną. I nic, że trud pot ze skroni wyciska. I łza się w oku kręci, a serce z miłości rośnie, bo w górach jest wszystko, co kocham.

W czasie, kiedy korporacje medialne walczyły o zyski i oglądalność dla swoich stacji, zatrzymując telewidza przed telewizorami, serwując mu robiące sieczkę z mózgu pożeracze czasu, zbliżaliśmy się biegiem do murowanego z cegły i wielkich skalanych odłamków budynku. Janusz opowiedział mi ciekawą historię schroniska. Otworzyłem oczy, uruchomiłem wyobraźnię i nagle okazało się, że historia wygląda tutaj zza rogu, wystaje z trawy, o historię można się potknąć. Wspaniałe miejsce. Otoczenie wygląda jak alpejska łąka budząca się do życia. Zieleniąca się nieśmiało. Ozdobiona kolorowymi paciorkami kwitnącego kwiecia. I śnieg. Łachy śniegu zalegające w licznych zagłębieniach. I cisza. Cisza kojąca nadwerężone przez odgłosy cywilizacji bębenki.

Obudziło mnie wściekłe ujadanie psów. Pewnie zwierzyna wyszła z lasu i plądruje pobliskie pola. Przewracam się boku na bok nie mogąc usnąć. Chcę spać i śnić o moich górach. Leżę w miękkiej i pachnącej pościeli, w bezpiecznym domu stojącym w dolinach, gdzieś pomiędzy lasami, a jeziorami. I oddałbym teraz ciepłe łóżko, bezpieczny kąt za godzinę spędzoną na górskiej grani.

Rozpoczynamy zbieg. Najpierw po nieśmiało nachylonej, miękkiej ścieżce. Z czasem ścieżka przechodzi w kamienny szlak prowadzący stromo w dół. Wraz z pokonywanymi kilometrami zmienia się otoczenie. Z alpejskiej łąki wkraczamy w wąwóz dzikiej rzeki, trawersując jego strome brzegi. Niebieski szlak prowadzi nas w kierunku kolejnego schroniska. Nie wiem, co daje mi większą frajdę, wspinaczka stromymi podejściami, czy niebezpieczny zbieg po trudnej technicznie ścieżce. Gdybym tylko mógł skoncentrować się na drodze. Przepiękne otoczenie – kaskady górskiego potoku – rozprasza. W drodze przeżywam niebezpieczny moment, chwilę podniesionego, aż do czubka głowy, poziomu adrenaliny. W ostatniej chwili udaje mi się zahamować tuż przed urwiskiem. 

W głowie kłębią się myli, nie dające spokoju. Układam mój prosty plan. Tworzę listę sprzętu, wytyczam trasę, już wybieram się w podróż. Dzieli mnie tylko dystans i noc. Plecak, zbiegane buty, trochę prowiantu na drogę. Myję zęby, ubieram się w ciszy. Na stole w kuchni zostawiam wiadomość żonie, że jadę, że niech się nie martwi, że żyję, żyję chwilą. Nie minęły trzy kwadranse, odpalam auto, a silnik gra swoją melodię. Czas nasycić mą tęsknotę.

Odpoczywamy przed schroniskiem. Popas. Chwila na złapanie oddechu. Czuję się nadzwyczaj świeżo. Mam spory zapas energii, aby kontynuować tą wspaniałą wycieczkę. Czerpię maksymalną przyjemność z biegania po górach. Stare rozczarowanie tymi górami odlatuje, rozdmuchując dym unoszący się znad paleniska, wzbijając się ponad drewniany dach budynku schroniska, znika w oddali. Nie chcę nic innego jak biec. Przewijać krajobraz. Łapczywie czerpać; używać magii gór. Czasami zastanawiam się, czy ja jestem jeszcze normalny? 

Pytanie o normalność często się pojawia podczas rozmów, lektury, przemyśleń. Czy ja jestem nienormalny, czy może Ci, którzy mają mnie za takiego, a którzy dali się uwięzić w swoich czterech ścianach? Ich dom jest ich więzieniem, a marzenia produktem korporacyjnym. Plastykowa mielonka rozsmarowana na kromce materialnych potrzeb. Kto jest bardziej nienormalny? Ja, czy Ty, któremu przez gardło nie przejdzie słowo miłość?


4MAX.pl

Ten rok miał być ubogi w starty, jałowy wręcz. Przyznam się, że w moim kalendarzu pojawiły się jedynie lokalne imprezy oraz kilka koleżeńskich spotkań w kameralnym gronie, przypominające bardziej trening niż pogoń za konkurencją.  Do tego pewny start w Sudeckiej 100 i niepewny w Ultramaratonie 7 Dolin – to z myślą o przyszłorocznym UTMB, choć w tym roku mam jedynie do zebrania 2 pkt potrzebne do startu w tej kultowej imprezie. (Przy okazji, Marcinie – Gratki Wielkie – będę trzymać kciuki.) Przez chwilę zastanawiałem się nad uczestnictwem w Przejściu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, albo ekstremalnym ultramaratonie – biegu dookoła Kotliny Kłodzkiej, jednak w tym drugim przypadku wysokość wpisowego mnie zmiażdżyła i wszelkie chęci szybko uleciały. Postanowiłem, że ten sezon poświęcę rozwojowi, skupię się na treningu i solowych projektach biegowych i rowerowych utrzymanych w duchu Biegu na Śnieżkę. I nic nie wskazywało na to, że…

Że znajdzie się sponsor oraz kolega, z którym stworzymy team. Dzięki uprzejmości szefa firmy 4MAX.pl, a także pomocy Irka, mam możliwość uczestniczyć w większości startów w ramach Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację i pojawić się na wszystkich imprezach zaliczanych do Pucharu Polski w Dogtrekkingu.

Wszelkie informacje o sponsorze, teamowej garderobie i nijakie plotki Irek umieścił na swoim blogu.

Wracając do starów. Uwzględniając Irkowe plany na ten rok, okazało się, że mam w czym przebierać, a w kalendarzu zrobił się niezły ścisk. W obliczu tego nieoczekiwanego przepełnienia, zostałem zmuszony do bezkompromisowej selekcji. Na pierwszy ogień poszły imprezy, w których już uczestniczyłem, następnie te lokalne w porównaniu z innymi wypadające mało atrakcyjnie.  A oto ścisła czołówka startów przypadających na I półrocze:

  • GP Lubina w Biegach Przełajowych II Edycja
  • Skorpion
  • Włóczykij
  • RDS
  • PPwDT edycja w Pawełkach
  • Półmaraton Poznań
  • DYmNO
  • PPwDT edycja w Złotym Stoku
  • Sudecka 100

Nie mogę zapomnieć o tradycyjnych już wyrypach spod znaku NBR on Tour. Ich ilość może nie wzrośnie, ale atrakcyjność planowanych do obiegania miejsc na pewno przebije zeszłoroczne. Inauguracyjna impreza już niebawem, wkrótce umieszczę więcej szczegółów.

Rok 2012 miał być pozbawiony ciśnień i napiętych terminów, jak się okazuje wcale tak nie jest. Choć w tym wypadku wcale mnie to nie smuci, a wręcz przeciwnie, na samą myśl pojawia mi się na twarzy uśmiech wielki jak sierp księżyca.


Grudzień – podsumowanie miesiąca

Gdy patrzę na dzienniczek biegowy, ogarniają mnie myśli toksyczne, że jakoś mało biegam,  że zbyt mało trenuję, że mógłbym więcej i częściej. Czym jest te niespełna 40 – 50 km biegu tygodniowo wobec dystansów, dzięki którym odczuję gwałtowny wzrost formy lub złudzenie wzrostu? Dlaczego uważam takie myśli za toksyczne? Dzięki nim łatwo ulec pokusie zwiększenia dystansu i zamiast cierpliwie dokładać, w odstępach czerto-sześciotygodniowych, następne kilometry, wskakuje się na głęboką wodę prowokując przy tym pojawienie się kontuzji. Bo czy nie jest rosyjską ruletką przejście od 50 do 80 km tygodniowo?

Mój trening biegowy, jak to trafnie stwierdził Grzesiek, jest odpowiednio obudowany. Pomimo niskich przebiegów, sukcesywne wykonywanie treningów alternatywnych (rower, trenażer, ćwiczenia Lafaya, basen, etc.) przyczynia się do powolnego, acz ciągłego progresu. Przyznam się, że jeszcze nigdy nie czułem takiej krzepy i podczas biegu, i podczas wykonywania każdej czynności wymagającej odrobiny siły. Taki stan rzeczy bardzo mnie cieszy. Przy tym przestałem czuć presję planu treningowego. Z tym planem jest tak, że jakiś tam stosuję, lecz nie można go w pełni nazwać „planem treningowym” przez duże P. „Plan – nie plan” lub, po prostu, zbiór ogólnych zasad, którymi się kieruję, a wykonywanie ich w cyklach tygodniowych przynosi treningowe, wydawać by się mogło, spełnienie.

W takim razie skąd biorą się moje wątpliwości i chęć biegania dalej, więcej i szybciej? Czy jest to szczęście warunkowe, o którym pisał Tony de Mello? Przestało mi wystarczać to, co osiągnąłem do tej pory? Czy aby nie popaść w „depresję biegacza” i nie wypalić się, powinienem zwiększyć dystans tygodniowy? A może czas na uporządkowanie „planu – nie planu” i zorganizowanie tygodnia z należytą trenerską skrupulatnością? Czy to jest początek kryzysu na który tak czeka Grzesiek ?

Nic to. Zostawię te rozterki na później i przejdę do krótkiego podsumowania miesiąca.

W grudniu wychodziłem na trening 25 razy w tym tylko 12 razy biegałem. Przez grypę odpadło mi pięć dni, ale dzięki temu wypocząłem i smakowicie się wyspałem. Przebiegłem łącznie 175 km, o 10 więcej niż w listopadzie. Na trenowanie poświęciłem 28 godzin i 32 minuty, o 3 godziny i 10 minut mniej niż w listopadzie. Niestety mniej czasu spędziłem na rowerze – niesprzyjająca aura mnie usprawiedliwia. Nie znajdę, za to, usprawiedliwienia na jeden dzień spędzony na trenażerze. Trudno go było wyciągnąć z garażu i zainstalować w pokoju.

Reasumując… Grudniowy trening był kontynuacją treningów listopadowych. Nie wprowadziłem treningów specjalnych. Nie wydłużyłem znacząco dystansu. Czas jednak zakończyć okres jednostajnych biegów spokojnych (BS) i wprowadzić mocniejsze akcenty oraz dodać przebieżki do każdego BS. W połowie stycznia planuję wykonać test na dystansie 10 km, dzięki któremu będę miał punkt odniesieniem do dalszego planowania treningów.

Czas rozwiać pojawiające się wątpliwości i wziąć się do pracy.


Biegowa lista osobista #1

Dziś zamierzałem podsumować grudzień, ale…

Kiedy aura nie dopisuje, deszcz nieprzerwanie leje się z czarnych chmur, a wiatr cholernie dmucha. Kiedy dzień wygląda jak noc, a noc… też jak noc z tym, że sto razy smutniej. Wtedy najtwardszy biegowy freek mięknie rozglądając się niepewnie, błądząc wzrokiem po najbliższym otoczeniu w poszukiwaniu wymówki. Chcąc usprawiedliwić się przed samym sobą, tylko po to, aby poczuć ulgę… by nie wyjść dziś na trening.

A teraz się polansuję! A jak! Pokażę, jaki z mnie twardy skurczybyk. Bo za nic mam kubły wody spadające na mnie z nieba, wiatr atakujący z uporem maniaka, próbujący przeszyć na wylot trzy warstwy odzieży, którą noszę na grzbiecie, chcący przygwoździć mnie do ziemi, smagający rozkołysanymi gałęziami po twarzy. I kiedy tak zakłóca leśną ciszę, gwiżdżąc w konarach drzew, zatykam uszy słuchawkami odtwarzacza mp3, zakładam na głowę opaskę z Buffa, aby zabezpieczyć przed wodą delikatne koreczki i ruszam w ciemność.

Z słuchawek wydobywają się wrzaski i ostre riffy, mocne bity i w cholerę nieziemskich sampli. Bo w taką noc trzeba się pobudzić. Niech ciarki przechodzą po plecach, włosy stoją dęba na rękach i nogach, a membrany bębenków drżą osiągając niebywałe amplitudy. Bo dziś jest NOC WYJĄCEGO WILKOŁAKA! :)

A oto dziesięć bezkompromisowych kawałków na mocny, nocny trening:

 Melt Banana-Cat Brain Land
 1984 – Dla kogo pracujesz?
 Cool Kids of Death – Punk Rock Classic
 Atari Teenage Riot – Speed
 Chaos UK – No Security
 Motörhead - Ace Of Spades
 Nick Oliveri – Endless Vacation
 Ambassador 21 – Smith and Weston
 The Exploited-Fuck The System
 Napalm Death – Time Waits For No Slave


Iskiate i Pinole czyli Fuel Rocket Raramuri #1

Przy okazji mojej przygody z naturalnym bieganiem postanowiłem raz jeszcze oddać się lekturze Urodzonych Biegaczy McDougalla. Przenieść się na dno Miedzianego Kanionu, wspólnie z bohaterami pokonywać najtrudniejsze biegi ultra, stanąć w szranki z Caballo Blanco, biegać wspólnie z Raramuri oraz zajadać pinole, zapijając je tajemniczym iskiate.

Ale zaraz, zaraz! Jeśli bieganie z Tarahumara i z Caballo Blanco, czy nawet uczestnictwo w takim biegu jak Badwater Ultramarathon jest mało realne, to posmakowanie potraw Raramuri nie stanowi większego problemu. Tak oto zrodził się plan na kulinarny test, przyrządzę pinole i iskiate.

Od pomysłu do czynu – zakupy
W mgnieniu oka odnalazłem w sieci sklep, w którym można zaopatrzyć się w nasiona chia. Od razu dodam, że cena jest dość wysoka – 45 zł za 400 gramowe opakowanie, plus koszty wysyłki. Jednak szybko przeliczając na ilość szklanek napoju, które wyjdą z 400g nasion doszedłem do wniosku, że koszt niecałych 3 zł za 500ml gotowego iskiate jest do przełknięcia. Limonki można kupić w każdym szanującym się sklepie, miód lub cukier, w tym wypadku trzcinowy, nierafinowany (cena Tesco 7zł za 500g) także. Do pinole cynamon, mąkę i kaszkę kukurydzianą miałem „na stanie” kuchennym.

Pozostał jeszcze przepis. Na You Tube znalazłem dużo ciekawych zajawek filmowych i poradników traktujących o tym jak przygotować iskiate oraz pinole, ostatecznie skorzystałem z przepisów pochodzących ze strony No Meat Athlete.

Pinole

  • ½ szklanki mąki kukurydzianej
  • ½ łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1 łyżka miodu, lub brązowego cukru np. trzcinowego
  • nasiona chia – opcjonalnie

Mąkę kukurydzianką należy prażyć na patelni aż uzyska jasnobrązowy kolor, przesypać do miski, dodać cynamon, miód lub cukier  (osobiście wolę aromat miodu, szczególnie w połączeniu z cynamonem), nasiona chia  (nie dodawałem), następnie mieszając, dolewać wody aż do uzyskania konsystencji jogurtu. W zasadzie Raramuri jadają pinole w opcji „płynnej” czasami jako pieczony placek, ale chcąc użyć pinole jako paliwo podczas biegu, warto wybrać opcję drugą. W tym celu należy wyrobić odpowiednio gęste ciasto, uformować z niego okrągłe placki i piec przez 15minut w temperaturze 350°C  około 180°C. Idealne będą placki wyglądające jak podpłomyki. Niestety mój piekarnik może nagrzać się maksymalnie do 270°C przez co placki wyszły niechrupiące, a wręcz gumiaste – średnio apetyczne. Metodą prób i błędów, po dodaniu odrobiny kaszki kukurydzianej i zmajstrowaniu cienkich placków, pinole wypiekły się niemal idealnie. (EDIT: Okazało się, że nie zwróciłem uwagi na jednostkę temperatury. W przepisie została użyta skala Fahrenheita. Na to wygląda, że piekłem placki w zbyt wysokiej temperaturze.)  W smaku przypominają cynamonowe ciasteczka, choć nie są tak kruche i nie rozpływają się w ustach – brak spulchniaczy robi swoje, ale dzięki temu żuchwa może sobie potrenować mocny zgryz.

Iskiate

  • 1 szklanka wody
  • 1 łyżka nasion chia
  • sok z limonki lub cytryny
  • do smaku miód lub cukier

Przyrządzenie iskiate jest szybkie i łatwe. Do szklanki wody dodajemy łyżkę nasion chia, wyciskamy sok z limonki lub cytryny (wolę limonkę i jej gorzkawy smak), słodzimy cukrem lub miodem (czy już pisałem, że jestem zwolennikiem słodzenia miodem?), mieszamy i voilà! Nasiona chia w połączeniu z wodą tworzą żelową zawiesinę przypominającą żabi skrzek – dość dziwnie to się przełyka, jak kisiel, ale da się przeżyć.

Napój, jaki otrzymałem jest pyszny, aromatyczny i orzeźwiający. Zdecydowanie lepiej smakuje, niż wygląda. Doskonale stawia na nogi podczas (lub po) intensywnego treningu, szczególnie schłodzony. Do tej pory nie miałem możliwość przeprowadzić testów na nektarze i ambrozji Raramuri nieco bardziej empirycznie, a to oznacza, że jeszcze napiszę kilka zdań o „cudownych” właściwościach pinole i iskiate. Tak, więc do zjedzenia… zobaczenia!

 

Przydatne linki:
Chia Power
No Meat Athlete