Month: Marzec 2012

V RDS – list z obcego kraju cz.2

Witaj! Wiesz Andrzej, kiedyś zadałem pytanie pewnemu rajdowcowi: co kieruje ludźmi, że spotykają się gdzieś na końcu świata i robią, to co robią? Bo przecież to chore jest skazywać się na taką poniewierkę. On na to: ty mi odpowiedz. A ja wciąż nie znalazłem odpowiedzi na moje pytanie. Z resztą, czy to takie ważne, czy człowiek dostaje odcisków na palcu od przyciskania guzików pilota, czy od tego, że po czterdziestym kilometrze zaczynają uwierać buty? Każdy robi to, co lubi. Jedni marnują życie przed telewizorem, inni skazują się świadomie na ból, pokonując dziesiątki kilometrów w błocie, śniegu, deszczu lub upale. Ja wybrałem poniewierkę… No i podbijam czwórkę. Zerkam szybko na mapę, cholera, ten przelot nie jest taki oczywisty. Szybka analiza, biegnę na zachód do drogi. Zbiegam za daleko na południe, szutrówką biegnącą obok szkółki leśnej. Potem wbijam się w las i slalomem omijając drzewa, przedzieram się do tej drogi, która powinna gdzieś tutaj być. Nagle przede mną pojawia się szeroki strumień. Ej, co jest? Zerkam na mapę i nagle dostaję olśnienia. To nie droga, to ciek …

V RDS – list z obcego kraju cz.1

Cześć! Wiesz Andrzej, ja chyba wpadłem jak śliwka w kompot. Liżę rany po RDSie, a już myślę o starcie w Róży Wiatrów i, cholera, nie mogę się doczekać. Nie chodzi mi o zdobywanie laurów, choć to jest przyjemne uczucie, ani o Puchar. Podoba mi się te napieprzanie przed siebie pomimo wszystkich przeszkód. Podoba mi się pokonywanie dystansu. Naginanie możliwości organizmu do granic wytrzymałości, ta burza, która rozpętuje się w głowie, po tym jak włącza się czerwona kontrolka. Czasami wygląda to jak masochizm, ale uwierz mi, takiej przygody nie zaznasz będąc więźniem czterech ścian. Emocje towarzyszące podczas rajdu nie mają sobie równych, dlatego tak ciągnie mnie do ultra. Podobają mi się godziny spędzone na trasie. Podobają mi się ciche, księżycowe noce, pachnące, wilgotne poranki, popołudniowe słońce przenikające pomiędzy koronami drzew. Podobają mi się setki. Jeszcze tylko RW i startuję w pierwszej z nich, jeszcze tylko pięć tygodni i… ale po kolei. W ostatni weekend startowałem w Rajdzie Dolnego Sanu. Och, co to za impreza była! Fantastyczna! Atmosfera, organizacja – uwielbiam to! Mogłem porozmawiać z ludźmi, których …

V PENZRnO Włóczykij Trip Extreme 2012

Pierwsza myśli… nie, nie będę marudził. Nie poszło mi. Nie będę gdybał, nie będę szukał usprawiedliwienia, ani przyczyny. Albo nie. Przyczyna jest jedna, fundamentalna, zabrakło mi obycia z mapą, umiejętności nawigacji. Zabrakło mądrości w doborze sprzętu. W dodatku zatrzymałem się. Złamałem tak przestrzeganą przez mnie zasadę: nigdy, nigdy, nigdy, nigdy się… nie zatrzymuj! Druga myśl. Zamiast relacji, szczegółowa – przelot po przelocie – analiza przebytej trasy. Doskonały początek i wszystkie wtopy zaliczone po Punkcie Stop. Statystyka. Omówienie błędów, aby uniknąć ich w przyszłości. Tylko, po co to wszystko? Przecież to nie podniesie moich umiejętności nawigacji. Potrzebny jest trening, a najlepszym treningiem jest udział w zwodach. Doświadczenie zbiera się na trasie, a nie ślęcząc nad śladem GPS. Trzecia myśl: ambicja. Ambicja boli! W zasadzie to bardziej złożony temat. Temat na kolejny wpis. Włóczykij. Powinienem w palec się ugryźć, kiedy pisałem, że Włóczykij jest imprezą łatwą nawigacyjnie. Tym razem orgowie stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, aby PK nie były tak oczywiste jak rok temu. Mapa w niektórych miejscach nijak nie grała, przez co las został …

Przed godziną W

Z głośników wydobywa się kolejny kawałek Barryego Adamsona, a ja powoli kończę pakować rzeczy do plecaka. Za kilka godzin wyruszymy z Irkiem w stronę Gryfina, gdzie o 15:00 wystartujemy w – wdech – Piątym Pieszym Ekstremalnym Nocnym Zimowym Rajdzie Na Orientację Włóczykij Trip Extreme 2012 (uff). Nazwa rajdu wskazuje na niezły hardcore, ale rzeczywiście rajd jest bardzo przyjemny i w porównaniu ze Skorpionem to „bułeczka z masełkiem” – jak zwykł mawiać pewien sztygar. Na Włóczykija wybieram się drugi raz. W zeszłym roku udało mi się wspólnie z Grześkiem dobiec do mety i zając pierwsze miejsce. Pamiętam jak stresowałem się przed startem. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, bo oprócz tego, że to był mój pierwszy start w InO, to jeszcze nie wiedziałem czy zdołam utrzymać Grześkowe tempo. Strachy na lachy. Dałem radę, choć jeśli chodzi o nawigację byłem biernym uczestnikiem tej prześwietnej imprezy. Dziś nie mam ciśnień, do startu podchodzę na luzie. Jestem przygotowany na mocne ściganie, bo konkurencja jest duża, szybka i zwinna. Fakt, że moja forma jest niezadowalająca, jednak nie zamierzam na wstępie …