Miesiąc: Czerwiec 2012

Sudecka 100 – bezmoc

Powinienem teraz dzielić się wrażeniami ze startu w Sudeckiej Setce… jednak tego nie zrobię. Droga, gdzieś pomiędzy Wałbrzychem, a Boguszowem – Gorce – dwie godziny do startu. O Wielki Świecie, jakie piękne góry! Mistrz Zen powiedziałby mi, że tej góry nie ma. Jest i to bardzo realna, szczególnie po sześćdziesiątym kilometrze, kiedy przede mną strome podejście, nogi odmawiają posłuszeństwa, a w głowie trwa seans, horror się wyświetla. Jej, czy wszystko, co potrzebne spakowałem? Cholera, mam takie wrażenie, że coś zostawiłem w domu, ale co? Muszę przeglądnąć zawartość plecaka. Koniecznie! Ale zielono… Marcinie skup się, skup. Ten plecak, czy dobrze robię, chcąc go zabrać na trasę? Sobota ma być upalna, przyda się więcej płynu w bukłaku, ale czy warto biegać z nim przez całą noc? W tamtym roku biegłem z małą nerką i pól litrowym bidonem. Wrzucę go na przepak, a do ręki zabiorę butelkę z izo. Tak! To jest myśl. Będzie mi lekko i wygodnie. Martwię się na wyrost. Gdzie mój spontan? Wiem, wiem, kalkulacja i właściwa strategia w ultra, to rzecz niezmiernie ważna. Tylko, …

Sudecka 100 – prolog

Zasnąłem na siedząco. Siedziałem przy biurku, wklepując dane do arkusza kalkulacyjnego. Byłem taki zmęczony, że padłem twarzą na klawiaturę i uciąłem krótką drzemkę. Zadzwonił telefon, a ja, zdezorientowany, z odciśniętymi klawiszami na policzku, zerwałem się na równe nogi. Nie! To obłęd! Mam dość! Dość kilerskich zmian Agnieszki. Aga pracuje od szesnastej do pierwszej, czasami drugiej w nocy i jeżdżę po nią – godzina, tam i z powrotem. Śpię niewiele, zazwyczaj pięć, góra sześć godzin. Cholernie mało. Za mało dla przeciętnego zjadacza chleba, a co dopiero dla udeptywacza leśnych duktów z ambicjami i napiętym kalendarzem startowym. Od czasu startu w Rudawskiej Wyrypie nie mogę dojść do siebie. Bolą mnie kolana. Trudno biegać, kiedy kłuje z jednej i drugiej strony rzepki. W zasadzie, to nie powinno się trenować, ewentualnie radykalnie zmniejszyć obciążenie. Oczywiście zastosowałem drastyczne cięcia w ogólnym kilometrażu i powziąłem odpowiednie środki, aby doprowadzić kolana do stanu jako takiej użyteczności. Trzy tygodnie chuchania, dmuchania, gimnastyki rozciągającej, sesji biegania boso i zawiasy przestały skrzypieć. Jest dobrze, jest… W zeszłą środę wyszedłem ostatni raz na „trening”. To było …

Polowanie na keszynki

Rower. Trening alternatywny dający dużo frajdy, może nie tyle, co bieganie, ale dzięki niemu zwiększyłem zasięg i mogę eksplorować najodleglejsze zakątki mojej okolicy, a moja okolica obfituje w wszelakiego typu atrakcje. Jest Magiczny Las, są wzgórza, są jeziora, jest setki ciekawych miejsc, w których warto być, nasycić oczy, zaspokoić ciekawość, wzbogacić o nową wiedzę. Warto się tymi lokalnymi ciekawostkami podzielić.  Geocaching.  Jednym ze sposobów na pokazanie tych miejsc światu jest zaznaczenie ich na mapie, opisanie, zilustrowanie fotografiami i  przygotowanie pliku z waypointami. Tak podana informacja jest atrakcyjna, nie tylko ze względu na treść jaką zawiera, ale na formę. Czy nie jeden z Was, Drodzy Czytelnicy, w dzieciństwie bawił się w poszukiwaczy skarbów?  Czy nie warto przywołać te wspomnienia i wprowadzić w czyn? Równie emocjonujące jest ukrywanie skarbów. Uwierzcie mi, nie minie kilka dni, a pojawi się tam pierwszy geocacher.  Łączę trening, turystykę rowerową, geochaching. Mieszam to w wielkim tyglu zwanym Moją Okolicą i wychodzi coś takiego:   TRZY JEZIORA, DWIE KESZYNKI, JEDEN PARK Sława Jezioro Sławskie, na tyle duże, aby móc tam żeglować. Dookoła kilka ośrodków wypoczynkowych, przystanie, …

Magiczny Las #1

Dziesiątki kilometrów leśnych duktów, dróg pożarowych, ścieżek wydeptanych przez zwierzynę. Setki możliwości biegowych. Tysiące konfiguracji. Bez monotonii krajobrazu pętli. Oto mój Magiczny Las, ulubione miejsce długich wybiegań, najlepsza ścieżka biegowa i to tuż za domem. Lubię się w nim zagubić, biec nieznanymi ścieżkami, odkrywać miejsca. Pokonać kilka kilometrów porośniętym mchami duktem, żeby zaraz wbiec w wysoki las, slalomem przebiec na drugą stronę i wypaść na piaszczystą drogę polną, ciągnącą się skrajem lasu. Tętno serca pokrywa się z tętnem lasu, jedynie oddech wyrywa się z kontekstu. Przepłoszone jelenie z hałasem znikają w zagajniku. Kilka sekund później nastaje  kojąca cisza. Wtapiam się błogo w otoczenie. To jest niemal idealna chwila. Synchronizuję się, następuje  harmonia. Nie bacząc na pogodę, mając za nic deszcz, śnieg, mgłę, wiatr, błoto, zapuszczam się w jego głębię. Nie muszę odliczać czasu do kolejnego treningu, jestem spokojny bo wiem, że jest tam, po drugiej stronie domu.