Month: Kwiecień 2013

Trening vs Starty, czyli trudna sztuka kompromisu w praktyce

Namnożyło się nam imprez biegowych w tym roku. Co miesiąc, ba!, co tydzień nowe wydarzenie. Organizatorzy kuszą ciekawymi konfiguracjami, miejscówkami, prześcigają się w wymyślaniu kolejnych wyzwań, które mogą rzucić biegaczom. A my biegacze dajemy się, z nie małą przyjemnością, złapać w organizatorskie sidła. Wpadłem z kretesem w kilka pułapek, które sprytni orgowie ustawili na mojej drodze, a im więcej tych sideł, imprez znaczy, się pojawia, tym bardziej jestem zagubiony i nie wiem, co mam począć. W końcu cele wyznaczyłem sobie nie byle jakie i realizuję je z pełną determinacją, jednak ascetą nie jestem, a startować się chce, szczególnie, kiedy jest się wyposzczonym sześciomiesięcznym okresem treningowym. Zgłosiłem się nieopatrznie na kilka startów, które kolidują ze sobą lub z moim nowym super wymagającym planem treningowym. Bałagan, jednym słowem, się zrobił i w związku z nim, przyszedł czas na małe porządki, ustalenia i podział na priorytety. Będę ciąć, układać i robić miejsce na ewentualne megaimprezy, które mogą pojawić się na horyzoncie.

Łódź Maraton DOZ 2013 – wrażenia

Na stronie Marka Swobody, w galerii postaci, znalazłem swoją fotkę i czas z wrocławskiego maratonu. To był mój debiut. Pamiętam dokładnie jak po 30 km rozbiłem się o ścianę, a moje marzenia o złamaniu 4 godzin rozprysły się na wszystkie strony świata. Gdybym tylko wiedział, że powtarzanie mantry „ukończę poniżej 4 godzin”, nie pomoże, jeśli się nie jest odpowiednio przygotowanym, zaoszczędziłoby mi to sporej dawki bólu. Wystarczył systematyczny trening, odrobina zacięcia i ukończyłbym tę imprezę z trójką z przodu. Dziś jestem posiadaczem nowej, superodpicowanej życiówki. Zdobycie jej było niemałym wyzwaniem. Napisałem kiedyś, że nie mam talentu i muszę pracować dwa razy więcej niż inni, aby móc się z nimi równać. Poświęciłem pół roku na trening, aby pojechać do pełnego kontrastów miasta Łodzi i odebrać, co moje – czas, na który zasłużyłem uczciwie, bez drogi na skróty, bez stosowania cudownych sposobów, bez powtarzania bezsensownych mantr.

Buty Brooks Ravenna – test 3 tys. kilometrów cz. 1

Kiedy dostałem od Grześka do przetestowania buty Brooks Ravenna, miałem mieszane uczucia. Czy będę na tyle obiektywny, aby w pełni przedstawić wady i zalety butów? Czy moja nieduża znajomość tematu okaże się wystarczająca do odpowiedniej oceny produktu firmy Brooks? Muszę się przyznać, że nie jestem biegły w tej całej biegowej technologii. A fakt, że do dziś zdarza mi się z sentymentem zakładać na lekkie treningi moje pierwsze buty NB, które w swej minimalistycznej formie potrafią wzruszyć, nie stawia mnie w dobrym świetle jako eksperta – testera. Moja ocena będzie subiektywna i oparta na doświadczeniu zdobytym podczas pokonywaniu kolejnych kilometrów.

Startów? Startów mi potrzeba?

Nie. Zdecydowanie nie. Od września zeszłego roku wystartowałem tylko jeden raz, w Śnieżnych Konwaliach. Nie robię nic innego tylko trenuję. Głód rywalizacji oraz startowy deficyt powinny spotęgować moją chęć na udział w jakiejkolwiek imprezie. I im bliżej do łódzkiego maratonu to ja, paradoksalnie, nie mam ochoty na startowanie. Sama myśl o udziale w maratonie, który zbliża się wielkimi krokami, drażni mnie. Nie wiem skąd ten stan. Nazwałem go przedstartowym rozdrażnieniem. Tłumaczę go wzrastającym stresem. Negatywną reakcją na presję, którą czuję w związku ze zbliżającym się terminem i wygórowanymi oczekiwaniami, co do wyniku. Zupełnie nie czuję tego startu. Brak mi wiary w siebie, w swoje możliwości. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że mogę pobiec mocno, ugrać taką życiówkę, że euforia na mecie zwali mnie z nóg. Z drugiej strony boję się zagrać va banque i nie wiem, czy biegnąc zachowawczo osiągnę na mecie zadowalający czas. Jeszcze kilka tygodni temu wszystko było jasne i klarowne. Był cel, była trudna droga przede mną. Długa podróż pełna wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Teraz, kiedy zacząłem tapering, a moje …