Miesiąc: Październik 2013

Kilka faktów z życia biegowego…

Kolejny tydzień zbliża się ku końcowi. Kolejny tydzień treningów prawie odhaczony. Do startu pozostało dwadzieścia trzy. 1. Forma powoli rośnie, a to cieszy. Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju. Czy nie zacząłem realizować plan za szybko? W tamtym roku wystartowałem w ostatni weekend września. W tym, tydzień później. Maniek słusznie zauważył, że szczyt formy może wypaść, kiedy będę jeszcze w trakcie BPSu, w tamtym roku tak by się stało, gdybym nie zafundował sobie tygodniowego resetu. Nie chcę przesadzić. Mój plan „4:10” nie zakłada żadnych poprawek w trakcie, nie może być elastyczny. Ma być sztywny, choć ergonomiczny – dokładnie dopasowany do moich obecnych możliwości. Na razie nie chcę zdradzać, z rad którego trenera korzystam. To teraz nie jest istotne. Ważne jest to, abym wstrzelił się idealnie w czas, tak żeby w Dębnie być w pełni formy.

Deficyt czasu, czyli życie według planu

Wraz z jesienią w życiu Bormana pojawia się taki czas, kiedy wygospodarowanie wolnej chwili na drobne przyjemności graniczy z cudem. Do zestawu codziennych obowiązków dochodzą kolejne. Jesień w toku oraz nadchodząca zima dostarczają dodatkowych zajęć: jest szkoła dziewczynek, zaczął się okres grzewczy więc trzeba palić w piecach, szykować opał, przygotować starty poniemiecki dom do mrozów i opadów śniegu. Z ogrodu i pola trzeba zebrać ostanie plony, ale także zadbać o te, które można zbierać spod śniegu. Posesja wymaga dodatkowej uwagi, sprzątanie opadających liści to, wydawać by się mogło, niekończąca się harówka. Do tego przeciągające się prace budowlane i wiecznie trwający remont pożerają łapczywie, kurczące się zasoby wolnego czasu. O treningach nie wspomnę…

Jak syciłem się szczęściem innych. Czy jestem energetycznym wampirem?

Czy też zauważyliście, że w sieci eksplodował z wielką siłą niespotykany do tej pory ładunek pozytywnych emocji, a gdzie się nie kliknie, to monitor poci się koncentratem endorfin? Przebrnąłem przez ogromną ilość postartowych wrażeń. Tych spisanych na gorąco i tych napisanych nieco później, ale zawierających maksymalny ładunek pozytywnych wibracji. Naprawdę, przeczytałem chyba wszystko, co znalazłem w biegowej blogosferze: od opisów maratońskich długich zmagań z trasą i własnymi ograniczeniami, do szybkich piątek, których pokonanie błyskawicznie podnosi wskaźnik HR do maksymalnego poziomu oznaczonego czerwoną kreską. Przyznam się: nie lubię czytać blogów o bieganiu. Serio. Szerokim łukiem obchodzę wszystko, co w nazwie ma słowo na literę b. Wpadam od czasu do czasu na kilka ulubionych internetowych pamiętników, aby dowiedzieć się, co tam ciekawego porabiają moi znajomi. I to wszystko w temacie biegania i internetu. Tym razem nie mogłem się powstrzymać, pomimo rozwodu z globalną wioską, zachłannie czytałem tekst za tekstem, jak maniak jakiś.