Miesiąc: Listopad 2013

A miało być tak pięknie – mój marudnik

I gdybym, w naszym Polskim zwyczaju, miał porównywać to, co teraz, z tym, co było rok temu, i gdybym miał to podsumować jednym słowem, rzekłbym: tragedia! Bo w zeszłym roku o tej porze: ustanowiłem jeden z celów pośrednich, czyli biegałem swobodnie piętnastokilometrowe odcinki, nie wychodząc poza pierwszy zakres, w tempie 5:00/km. Nie pisząc już o tym, że z każdym kolejnym tygodniem urywałem z tej piątki małe skrawki, aby w szczycie formy biegać pierwszy zakres po 4:45/km i to na pełnym lajcie. Bo w zeszłym roku o tej porze: miałem dwa treningowe miesiące za sobą i 100% realizacji planu-nie planu treningowego. Szedłem jak burza, zaliczając 80km tygodniowo i, przyznam się, było mi mało. Bo w zeszłym roku o tej porze: uwierzyłem w siebie i swoje możliwości. Odkryłem na nowo Amerykę, że jak się coś chce i się uczciwie – z uporem – pracuje, to można po to sięgnąć. Bo w zeszłym roku o tej porze: zmienił się mój biegowy świat, a może to ja się zmieniłem i zamiast błądzić, wziąłem do ręki mapę i podążałem, bez …

Kilka faktów z życia biegowego… #2

1. W końcu wybrałem plan treningowy. Narzuciłem sobie rygor, dzięki czemu zbitek jednostek treningowych, które wykonywałem w trakcie tygodnia, nabrał jednostajności i celowości. Przyznaję, że z tym planem, dawno temu, miałem do czynienia i – jak łatwo się domyśleć – nie podołałem wymaganiom. Sam autor twierdzi, że jest on selektywny, dlatego też przy jego układaniu nie ustalił wymagań brzegowych, bo niezależnie od zdobytych życiówek, dzięki uczciwej pracy, można osiągnąć znacznie więcej niż się oczekuje. Takie postawienie sprawy bardzo mnie przekonuje. Sam doświadczyłem tego w zeszłym sezonie, ustalając cel na pokonanie bariery trzech godzin i dwudziestu minut, dzięki pracy, jaką włożyłem w przygotowanie, już podczas trwania BPSu, podniosłem poprzeczkę wyżej i ostatecznie ukończyłem łódzki maraton z czasem 3:13:08. Jeszcze nie ogłosiłem oficjalnie celu, jaki obrałem na wiosenny maraton (opublikowałem jedynie mały rebus na fejsbukowym profilu bloga), a już spotykam się z krytyką i niedowierzaniem. Nie rozumiem zasadności krytyki. Nie spinam się. Nie próbuję czegoś udowodnić. Robię to tylko dla siebie. Jeśli mi się nie uda osiągnąć tego, co zaplanowałem, to cóż – trudno. Jeśli nie na …

Tutaj rządzi ból! – Historia pewnego startu #1

Doigrałem się. Kiedy jest się na wegańskiej diecie trzeba z należytą uwagą przygotować się do startu. Kilka zbożowych batoników z hipermarketu, garść suszonych owoców i paczka solonych orzechów to zdecydowanie za mało na trasę TP-100. Zachowałem się nonszalancko i bez szacunku do dystansu, przez to teraz cierpię. Stawiam nogę przed nogą i jak zombie sunę, półmartwy – półżywy, przed siebie. Trzy godziny temu rozpocząłem drugą pętlę. Przede mną jeszcze dziewięć punktów kontrolnych. Boli mnie wszystko, każdy mięsień, a będzie boleć bardziej. Zapowiada się fantastyczna zabawa. Ponoć nadmiar zajęć oraz brak czasu zmuszają do działania. Człowiek, potrzebą chwili, staje się bardziej zorganizowany. Mi zabrakło determinacji. Nie upiekłem mega smacznych ciach na sterydach, napakowanych kaloriami, które niosły mnie podczas Oriento Expresso. Nie spakowałem do plecaka tłustej pasty z awokado. Z braku czasu, i może chęci, poszedłem na łatwiznę i w drodze do bazy zawodów odwiedziłem sklep. Wszystkie te słodkości, które sobie zafundowałem wystarczyłby, gdybym zarzucał mięcho, a w skład żelaznej racji wchodziłby kawałek tłustego boczku lub wysuszonego na wiór kabanosa. Wystarczyłyby…