Rok: 2014

Ja latam!

Dosłownie. Mam cel i tak mnie nakręca, że muszę się stopować. Nie boję się, choć chcę się bać. Strach nie pozwala ruszyć z miejsca, ale kiedy jest się rozpędzonym, skutecznie stopuje i pozwala nabrać dystansu. Strach blokuje, a kiedy należy zaryzykować lub wyjść ze strefy komfortu, o krok dalej niż zwykle, przeszkadza. Zatem? Będę bać się, kiedy należy, a łamać zasady, jeśli trzeba. Bo latam! I nie pozwolę się sprowadzić na ziemię. O nie! Jest widoczny progres i to mnie cieszy. Szybko wracam do formy. Bardzo szybko. Choć zagorzale walczę o odzyskanie upragnionego współczynnika BMI, to moja waga uparcie stoi na 83 kg. W tym miejscu powinienem użyć słowa: odpowiednia dieta, ale nie potrafię. Nie potrafię sobie odmówić. Lubię zjeść. Czasami sięgam nawet po śmieciowe żarcie i tego potrafię sobie odmówić, ale dobre i pyszne jedzonko oraz umiar nie idą u mnie w parze. Trudno, nikt nie jest doskonały. „[…] będę najdoskonalszym z najbardziej niedoskonałych biegaczy górskich na świecie!” Dzisiaj, brejknałem rule i zamiast klepać założone BS, wyskoczyłem pobiegać po Wzgórzach Pszczółkowskich. Oj, co to …

Publiczne deklaracje to może nie jest dobry pomysł, ale idealny moment na to, aby użyć cytatu: „Droga jest celem”

Chciałem napisać kilka akapitów o tym, jak wracam do formy, jak walczę z natrętnym leniem i jak trenuję. Zacząłem nawet takim wstępem i… I wiecie co? Jest beznadziejny. Celujesz prosto w moje serce, kotku! Nieczule naciskasz spust. Rozlega się kanonada. Nastaje martwa cisza, a z lufy snuje się dym. Czerwone usta. Zapach prochu… Łapię się za serce, wpatrzony w twe zielone oczy upadam. Upadłem na przełomie stycznia i lutego. Zabiła we mnie chęci, motywację, wykrwawiła pasję biegania, zostawiając po niej blady zewłok. Nie walczyłem, bo jak, kiedy brakło sił. Teraz myślę, że mógłbym, ale chciałem śmierci. Takie biegowe samobójstwo… A teraz? A teraz? Teraz nie istnieje to, co było. Nie, oczywiście, że fajnie jest powspominać, ale kiedy wychodzę na trening, odcinam przeszłość. I nie mówię tutaj o doświadczeniu nabytym podczas tych kilku lat biegania, trenowania oraz startowania. Mówię o tym, co ciągle siedziało mi w głowie. O tempach, poziomie wytrenowania, szczycie formy. (Głowa chciała, ale nogi, serce i płuca nie bardzo). To minęło. Teraz, zaczynam budować formę od nowa, ale na twardym i zwartym gruncie. …

Jestem… łojantem, czyli kilka akapitów o górze, szalonym planie i o tym, że warto

Ponoć, każdy ma swoją górę do zdobycia… Moja góra jest cholernie wielka. Czasami jej wielkość mnie przeraża. Ale wspinam się po jej stromych zboczach, próbując dotrzeć na sam szczyt. Są jednak takie dni, kiedy myślę, że wierzchołek góry jest odleglejszy, niż się wydaje. Bywa tak wtedy, kiedy nie wszystko idzie po mojej myśli albo kiedy przychodzi okres kompletnej załamki. Panuje ogólna dupówa, woda leje się strumieniami albo wieje paskudny halny, prosto w twarz. Czasami pojawi się jakiś schron na drodze, który kusi ciepłem i bezpiecznym kątem. Lubię przycupnąć na moment, skryć się przed niesprzyjającą aurą, odpocząć. Paskudny kryzys, w którym tkwiłem minął – mam nadzieję – bezpowrotnie. Znowu jestem w ciągu, trenuję: biegam, pĄpuję, wyginam kończyny, rozciągam ścięgna i mięśnie. Z przyjemnością zagłębiam się w zielone ostępy Magicznego Lasu, katuję się podbiegami na Winnej Górze. Trenuję i planuję. Mam kilka marzeń i cudownie byłoby je zrealizować. Z tymi marzeniami jest tak, że same się nie spełnią, trzeba im odrobinę pomóc. No dobra, bardziej niż odrobinę. Trzeba orać jak wół, żeby zbliżyć się do pułapu osiągalności. …

Kilka faktów z życia biegowego #5

O jak bosko zaczynać wpis takim tytułem. Systematyczne treningi. Bieganie, kręcenie korbą i jak się okazuje – przy takiej aurze – nawet możliwe pływanie pomiędzy sosnami. Tak, tak. Niebo płacze od kilkudziesięciu godzin albo, bardziej hardcorowo, aniołki na nas sikają. Ale nie o tym ja chciałem… Chciałem mianowicie o tym, że odzyskałem radość z biegu, załapałem chęć na poniewierkę, no i nawet pisać systematycznie chyba zacznę. Wiem, wiem, już kiedyś – chyba w marcu – o tym wspominałem. Tylko wtedy, zmuszałem się licząc na to, że załapię jak silnik w traktorze i jakoś dalej pójdzie. Płonne nadzieje. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Lecz teraz, od trzech tygodni, jestem w ciągu. I robię jak należy te wszystkie gieesy i gieery, no i biegam przede wszystkim. Pięć, sześć, razy w tygodniu udeptuję ścieżki Magicznego Lasu i jest mi z tym dobrze. Nawet widok innych biegaczy nie robi na mnie wrażenia. Przyznam się, że jestem cholernie zazdrosny o ten mój kawałek lasu. Wolałbym go mieć tylko dla siebie, na wyłączność, na wieki, cały, calusieńki. Jednak biegaczy jest …