Miesiąc: Kwiecień 2014

Wystarczy wyjść z domu

Staliśmy się więźniami własnych mieszkań. Mamy w nich wszystko, co potrzebne do życia: internet, tv, konsole, pełną lodówkę, wodę w kranie. Sąsiadów widujemy wychodząc do lub wracając z pracy. Na zakupy, do oddalonego o sześćset metrów marketu, jeździmy autami. W 50-tysięcznym mieście, na osiedlu zbudowanym z wielkiej betonowej płyty, można spotkać garstkę ludzi. Spacerowiczów i właścicieli psów ze swoimi pupilami oraz biegnących lub śmigających na swych bicyklach freaków. Kiedy opowiadam znajomym o biegowych przygodach, spotykam się z różnymi reakcjami. Najczęściej są to niedowierzanie oraz zafascynowanie. Grupa niedowiarków ma mnie za kompletnego dziwaka i pomyleńca – bo trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby biegać i to po górach, i to po kilkadziesiąt kilometrów, i to bez odpoczynku! Z nimi nie dyskutuję, szkoda energii. Grupa zafascynowanych, to ukryci romantycy, skłonni zaryzykować, opuścić swoje ciepłe i wygodne fotele, żeby poczuć smak przygody. Tej grupie lubię poświęcać czas, bo warto. Opowiadam ze szczegółami każdy detal odkryty na trasie. Dzielę się trudami biegu, obawami, spostrzeżeniami. Roztaczam przed nimi wspaniałe widoki, które dane mi było podziwiać, na przykład wtedy, kiedy nad ranem …

Szósty – 5/7

Jest dobrze! Więcej. Jest mega dobrze! Zacznę z innej beczki. Krasus złamał magiczną granicę trzech godzin podczas Rotterdam Marathon. Nie, nie zazdroszczę mu. Nie o to chodzi. Cieszy mnie bardzo to, że się facetowi udało. Z resztą, co miałoby się nie udać. Ciężko pracował i osiągnął swój cel. Tak! Teraz o mnie. Plan mieliśmy podobny. Krasus zrobił swoje, a ja? A ja zamiast trenować przeżywałem paskudne doły. Kryzys – bydlak – męczył mnie bezlitośnie. Stres dusił, choróbska osłabiały organizm i nie pozwalały myśleć o treningu. Nie, to nie jest narzekanie. To wszystko było i mam nadzieję, że minęło bezpowrotnie. Kryzys odpuścił. Ze stresem poradziłem sobie w niesłychanie prosty sposób – złożyłem wypowiedzenie. Choroby ustępują, a radość związana z każdym zaliczonym treningiem jest coraz większa. Jestem napalony jak jasna cholera. Połykałbym każdy kilometr. Biegałbym po leśnych duktach, górskich szlakach, poboczem drogi. Asfaltem, parkową alejką, chodnikiem, przez trawnik. Po górach, po wzgórzach, przez łąki i las. Biegałbym jak wariat, bo biegania mi trzeba. O tak! I muszę gasić entuzjazm, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Budować palny – …