Miesiąc: Maj 2014

I kiedy tak nie startuję…

…a chciałoby się ścigać, zmęczyć, sprawdzić, powalczyć, sponiewierać jak jasna cholera, to czuję, że łagodnieję. Ciśnienia związane z przygotowaniami do startu nie męczą. Urażona ambicja, po przekroczeniu linii mety – nie w tym czasie i nie na tej pozycji – nie boli. W ogóle czuję się jakiś taki uporządkowany, wyluzowany. Nie przygniata mnie ciężar treningu, nie czuję presji czasu, czy realizacji planu. Jest doskonale. Rzekłbym – zajebiście. Jeszcze do niedawna nękałem się wizją straconego sezonu. W pocie czoła kombinowałem jak w pełni wykorzystać pozostały czas, żeby uratować każdy dzień, każdy trening. Jeszcze powalczyć, wyciągnąć ile się da z rozleniwionych mięśni. Marzenie o kolejnej życiówce nie opuszczało mojej głowy. Zawładnęło mną bez reszty. I wiecie co? Spasowałem. Odrzuciłem wszelkie myśli o rekordach i rywalizacji. Zerwałem przyklejony do drzwi lodówki, misternie przygotowywany, plan treningowy pod poznański maraton. Podarłem kartki z rozrysowanymi tabelkami na drobne skrawki i wrzuciłem do kosza z makulaturą. Dotarło do mnie to, że nie ma co wypruwać sobie flaków, jak się tego nie czuje? Skazywać się na stresujący wyścig z czasem. Dla samego faktu złamania czegoś tam, czy …