Month: Sierpień 2014

Gleba

Roztrzaskane kolano, zdarte do krwi dłonie i usta pełne ziemi. Chwilę przed upadkiem, długi lot. Potem głośne klapnięcie. Cichy jęk i głośne „o kurwa!”. Bolesna zmiana pozycji, szybka analiza sytuacji, raport strat. Podniesiona prawa dolna kończyna, zgięcie w kolanie – klik, klak. Działa! Podniesiona lewa kończyna – „o cholera, nie mam kolana”! I kiedy leżałem tak na wilgotnej chłodnej ziemi, śmiałem się w głos. Jeszcze minutę temu pędziłem, jak wariat, zbiegając ze wzgórza wąską przecinką będącą granicą kultur. Łapczywie łapałem oddech. Goniłem cień. Liście buków szumiały na wietrze. Teraz leżałem w kałuży endorfin z wielkim jak arbuz kolanem. Pulsujący ból nie dawał powodu do śmiechu, a jednak. Kiedy rozpoczynałem trening, miałem wątpliwości, czy tego chcę, czy nadal chcę biegać? Wyszedłem z domu, bo skusiła mnie perspektywa obcowania z naturą, a trening? Trening był tylko jakimś tam dodatkiem. Był przy okazji. Z czasem i pokonywanymi kilometrami, nasyciłem się widokiem lasu, jednocześnie, poczułem przyjemność z biegu. Wysiłek dał mi absolutną radochę. Poczułem wolność. Powoli, stopniowo, gdzieś tam, kiełkowała we mnie potrzeba ruchu. Podbiegając pod Winną Górę, zdyszany jak jasna …

Nie przyjechałem się tutaj ścigać…

Ja, przyjechałem się kochać. Tak. Kochać. Znam swoje miejsce w szeregu, swoje możliwości. Mogę przycisnąć, żyłować, spalać się i napieprzać jak dzik, ale po co? Żeby się sprawdzić? Już to robiłem i wiem na co mnie stać. Żeby gonić uciekający czas i urwać cenne sekundy z rekordu życiowego w maratonie? Cholera, to fajne, ale kiedy powtarza się zbyt często, to cuchnie rutyną. Żeby utrzymać kondycję? Robię to codziennie, biegając, kręcąc korbą, czy przekopując grządki. Ale o co chodzi? Chodzi o nieściganie i brak rywalizacji. Nie czuję tego, nie teraz. Teraz chcę, bez presji, oddawać się pasji. I pasja. Jest bieganie, ale też są inne rzeczy, które wciągają mnie bez reszty. Jest ogród i droga ku niezależności, jest marzenie o stolarni – ciągle w realizacji. Mam tysiące planów i tyle samo nowych pomysłów. Jak to bywa w życiu, trudno je wszystkie ze sobą pogodzić. Kiedy tak myślę o tym, czego pragnę, dochodzę do wniosku, że bieganie to nie wszystko. Napisałem kiedyś, że „pasja to ja, to coś, co mnie określa”. I tego się trzymam. Jestem sumą …

Rajd Konwalii + piwo = piwo konwaliowe

Otwieram zimną puszkę Radlera. Skraplająca się na jej powierzchni woda spływa mi po palcach. Za chwilę ugaszę pragnienie, za chwilę znajdę ukojenie. Przykładam puszkę do ust i w jednej chwili, niczym gimnazjaliści z filmów na YT, zeruję jej zawartość. Zimne prawie-piwo przelewa się przez przełyk chłodząc rozgrzane wnętrzności. W tym momencie, kiedy puszka ląduje w koszu na śmieci, zaczyna szumieć mi w głowie. Zaciskam mocno prawą powiekę, a lewym okiem staram się złapać ostrość. Co jest kurka? To tylko 2% vol., a tak mnie sponiewierało. Kiedy mgiełka ustępuje i mogę bez trudu odczytać mapę, łapię kierunek i ruszam w stronę najbliższego PK. Startowy chillout trwa w najlepsze. Pozwalam sobie na luz, na marsz, na długie i bezpieczne przebywanie w strefie komfortu. Tak było na Szadze, tak jest teraz i tak będzie podczas IWW. Początek mam mocny, zrywam się do biegu i gonię za tłumem. Jest chłodny poranek, biegnie się lekko i przyjemnie. Towarzyszy mi kolega, z którym ścigałem się podczas trzeciej edycji RK. Cieszymy się jak dzieci, bo jest tak fantastycznie, a my możemy bez …