Rok: 2019

Kroki

No i latam… Nic na siłę, tylko przyjemność. Spokojny trucht w słoneczny mroźny dzień. Las. Pies. Cisza. Stawiam pierwsze kroki. Uczę się chodzić. Z tym moim powrotem do biegania (którymś tam z kolei) jest tak, że mam plan. Prosty plan: nie przegiąć, pielęgnować flow, być nienasyconym, głodnym. Liczę kilometry- to fakt. Biegam z biegacką busolą na nadgarstku- to fakt. Wyginam kończyny i grzbiet po każdym bieganiu, naciągam przyczłapy- to fakt. Ale… Ale kiedy mam ochotę się zatrzymać, zatrzymuję się. Kiedy mam ochotę przejść do marszu, przechodzę. Kiedy jest okazja pstryknąć fotkę, pstrykam. I czerpię maksimum przyjemności z tego mojego truchtania. I zbieram kroki, krok do kroku, ziarnko do ziarnka. Niewątpliwym sukcesem jest to, że wciąż mi się chce. Minęły trzy tygodnie, a ja nadal to robię. W zeszłym roku, w styczniu, wytrwałem tydzień. Taki ze mnie twardziel był. Żałosne? Ale prawdziwe. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie myślę o nieprawdopodobnych wyczynach i nie planuję podboju świata. Zawsze, gdzieś tam w głowie, grzechocze chęć podniesienia poprzeczki, sprawdzenia się. Na tym etapie nie mam co wydziwiać, bo to …

2019

To nieprawdopodobne. Minęło ponad pięć lat od ostatniego maratonu (biegu ulicznego), w którym startowałem, dwa lata od ostatniego ultra, w którym startowałem i którego nie ukończyłem, sześć lat od ostatniego planu treningowego, który realizowałem oraz cztery i pół roku od ostatnich regularnych treningów biegowych i okołobiegowych. Wydawać by się mogło, że to koniec. Tymczasem. Aktualizuję soft (właśnie w tym momencie) w starym Polarze (Cholernie opornie to idzie, bo jedyny Windows, pod którym śmiga Polar Sync, jest zainstalowany na laptopie Natalki, laptopie, na którym panuje absolutny chaos. Marzę o wersji PS pod Linuxa). Muszę przypomnieć sobie, jak to się go obsługiwało. Przygotowałem szelki dla Mili, a dla siebie stare biegackie łachmany, w które ledwo się mieszczę. Będę wyglądał jak ludzik Michelin (imaginujecie?). Nie wiem, jak to się skończy. Nie wiem, czy podołam, czy będzie mi się chciało. Nie myślę. Olewam. Czekam na to piękne pierdolnięcie, które towarzyszyło mi podczas biegania po lesie. Tęsknię za niebiańskim flowem, kiedy odpływam. No i tą mocą i świadomością, że mogę pobiec, choć na Śnieżkę, choć przebiec Pętelki, choć pokręcić korbą …