DIETA
komentarzy 12

6 kg do raju

Ważę 76 kg. Kiedy stałem przed chwilą na wadze, drapiąc się po głowie, pomyślałem, że to nie będzie łatwe zadanie osiągnąć zamierzoną wagę 70 kg. Skąd akurat 70, a nie 72 czy 73,47? A, dlatego, że w dawnych czasach, kiedy byłem pięknym młodzieńcem, moja waga nie przekraczała właśnie 70 kg. Chudy szczypior był ze mnie ot, co. Poza tym chcę szybko biegać, a te sześć nadprogramowych kilogramów ździebko przeszkadza mi w tym, aby stać się władcą prędkości. I skoro ważyłem siedemdziesiątka, to chyba jestem w stanie wrócić do tej wagi. Chyba?

Kiedy wracam pamięcią do pewnego zdarzenia sprzed lat, kiedy to stanąwszy na wadze doznałem szoku, widząc jak wskazówka zatrzymuje się na cyfrze 100 i dwie kreski, a patrząc na dzisiejsze siedemdziesiąt sześć kilogramów, nasuwa się prosta konkluzja: czym jest te sześć przy dwudziestu sześciu kilogramach zbędnej opony? Wydaje się czystą formalnością. Nic z tego! Biegam systematycznie od trzech miesięcy, pięć treningów i 80 km tygodniowo. Trzymam się zasad zdrowej, zbilansowanej diety… prawie. Mam jedną słabość. Ta słabość to cukiernia Meryka, a w szczególności najpyszniejsze, absolutnie fantastyczne, mega drożdżówki z serem i rodzynkami, z całą masą rodzynek! Jej, właśnie moje kubki smakowe zawyły, aż ślina mi pociekła. Problem w tym, że zbyt często „sztacham się cukrem” i czasami nie potrafię się powstrzymać, aby nie opierniczyć, bez najmniejszych skrupułów, dwóch, a nawet czterech bułek! Wszystkie starania na nic, moje słodkie obżarstwo jest przyczyną tego, że od tygodni trzymam jedną wagę, cholerne siedemdziesiąt sześć kilogramów.

Przerabiałem już różne, różniaste diety: paleo, lakto-ovo, białkową. Nie, to nie dla mnie. Nie chcę się katować, nie chcę zakładać kłódki na lodówkę. Nie chcę rygorów i ograniczeń. I tak po kilku dniach skapituluję. Lubię zjeść i nie chcę sobie odbierać tej frajdy. Jednak…

Jednak pojawiło się światełko w tunelu. A może drogowskaz. W zasadzie kilka rad od Mańka, a Maniek jest mądrym facetem i warto go posłuchać. Maniek radzi: kiedy czujesz, że masz nieodpartą chęć na coś słodkiego, śmieciowego lub cokolwiek nad wyraz kalorycznego i nad wyraz węglowodanowego, to… to JEDZ! Maniek w takich sytuacjach zajada owoce, kiełki, napycha się warzywami, zarzuca jakiś jogurcik. Ważne, aby było niskokaloryczne, zdrowe i zapychało żołądek skutecznie oddalając zachciewajki na śmieciowe żarełko. Gubi chłopak kilogramy i tylko wytrwałości życzyć.

Mańkową zasadę wprowadziłem od razu. Jeśli mam cokolwiek zaczynać, to tu i teraz, bez tego nieśmiertelnego: „od jutra zacznę” (znacie to?) . Chrupię właśnie soczystą marchewkę i jestem zadowolony z siebie, że właśnie rozpocząłem wspinaczkę na kolejny stopień stromych i wysokich schodów, których zwieńczeniem jest 3:19:xx podczas maratonu w Dębnie.

Komentarze: 12

  1. Hmm, też lubię „sztachać się cukrem”, ale dałeś mi do myślenia! Mam plan na 3:30 w Łodzi i chyba tez muszę zrzucić 3kg. Od jutra, bo teraz trochę późna godzina, wstawiam zamiennik za cukier. To do kwietnia :)

  2. husky,
    „Jak zwykle, ciasto łykam szybciej niż migawka reaguje w aparacie.”
    Czy to Twoje słowa ;) ?

    Tomku,
    tak sobie patrzę na Endo i myślę: „fajnie biega ten koleś, tylko – cholera – dlaczego nie pobiegnie na 3:45?”. Bo w zasadzie biegasz dużo, fundament konkretny masz wypracowany, teraz przydałby się jeden trening interwałowy w tygodniu do tego tempo progowe – na początek wystarczy 5:10 – 5:00 i 3:45 w Łodzi jest jak najbardziej realne :) . Po co rozmieniać się na drobne. Takie jest moje skromne zdanie… w każdym razie trzymam kciuki i zachęcam do walki o 3:45.

  3. Borman, a nie myślałeś o tym, czy przypadkiem te 6kg nie jest „nie do zlikwidowania”?
    Nie znam cię z czasów „100 i dwie kreski”, ale domyślam się, że od tamtej pory trochę mięśnia ci przybyło. Nie zdziwiłbym się, gdyby to było 6kg+.

    Ja cukrem żyję i na wagę to nie wpływa (wpływa na kilka innych rzeczy, ale mniejsza). Jak człowiek się rusza, to cukier spala się szybko i go nie ma. Chyba prędzej uwierzę, że tuczy śmieciowe jedzenie (też jadam regularnie) niż cukier.

    A jeszcze na marginesie – kiedyś o zrzucaniu wagi usłyszałem, że dana forma aktywności działa do pewnego poziomu. Biegasz, chudniesz, twój organizm przywyka i więcej już nie zrzucisz. Jak stoisz z innymi dyscyplinami?

  4. Klay, dobrze kombinujesz… ale nie tedy droga :) .
    – Mięśnie. W czerwcu 2011 ważyłem 72 kg. Nie ograniczałem się nadzwyczajną dietą, nie spożywałem zbyt dużej ilości węglowodanów, a słodycze ograniczyłem do małego sztachniątka tygodniowo. Wykonywałem więcej ćwiczeń siłowych, śmigałem rowerem, biegałem, dużo pływałem. Od tego czasu nie stałem się Mr. Universe. Jednak, opona dookoła mego boskiego ;) pasa była zdecydowanie cieńsza niż dziś.
    – Cukier nie tuczy? Wybacz, ale większej bzdury nie słyszałem. To, że tobie nie przybywa od nadmiaru cukru tłuszczyku, to nie jest regułą odnoszącą się do każdego. Z resztą poczekaj jeszcze kilka lat… :) . Dodatkwo, zauważ, że w cukierni Meryka nie sprzedają czystego cukru a słodycze, dokładniej megaboskie drożdżówki z serem i rodzynkami, które zawierają dużo cukru, zajebiście dużo węglowodanów, równie sporo niezdrowych tłuszczów typu trans, nie wymieniając innych. Czyli klasyczne śmieciowe żarcie, o którym również napisałeś.
    – Insulina. Po spożyciu takiej bomby węglowodanowej organizm uwalnia insulinę, insulina ta jest odpowiedzialna za magazynowanie substancji odżywczych – tak w wielkim skrócie, to samo dzieje się w przypadku spożycia cukru.
    Ciekawostką jest, że, paradoksalnie, spożywanie dietetycznych płatków ryżowych (o wysokim indeksie glikemicznym) na śniadanie wpływa na gromadzenie zbędnego tłuszczyku.
    – Co do ostatniego, akapitu. Dlatego stosuję odpowiednio zbilansowaną dietę, aby jeszcze bardziej wspomóc proces odchudzania.
    Tyle :) .

  5. No dobra, czytając odpowiedź wtrzącham właśnie tabliczkę czekolady z rodzynkami i zakąszam brzoskwiniami z puszki. oby nie wyszło za te „kilka lat” ;)

    Nie jestem specjalistą. Nie znam się na dietetyce. Rozróżniam węglowodany, tłuszcze i białka i na tym dla mnie koniec wiedzy (no, w dużym uproszczeniu). Trzymam się teorii, że jak organizmowi nic nie brakuje na co dzień, to nie ma powodów do magazynowania, a nadwyżkę zwyczajnie wyrzuca na zewnątrz. Teoria bez żadnych dowodów, bez autorytetów, ale za to moja własna :D

  6. Tomek G3 says

    O Marcin, dopiero teraz przeczytałem Twoją odpowiedź. Dzięki za wiarę we mnie, ale każda minuta szybciej na dystansie mi ciężko przychodzi. I masz rację, że powinienem trochę pokatować interwały itp ale pojawił się problem. Walczę ze skutkami przetrenowania. :( Po prostu spadło na mnie wszystko co najgorsze. Przegiąłem w październiku i mam na co zasłużyłem :( Przynajmniej mam taką nadzieję, że to przetrenowanie a nie jakaś poważniejsza choroba…

  7. Skąd ja znam tę pokusę drożdzówek :)
    Mam jeszcze taką teorię, że w gubieniu wagi takiej na styk ważna jest pora roku. Mi np: zimą jest ciężej gubić kilogramy bo jak organizm poczuje zimno odruchowo spowalnia pozbywanie się opony :) Taką mam obserwację względem siebie. Tu bym raczej stawiał już na dokładne pilnowanie posiłków i nie podjadanie poza planem jedzenia. A jak już psycha nie wyrabia i musi drożdzówę to albo przed jesz mniej lub następny posiłek okrajasz o porcję kalori. Chociaż osobiście najbardziej podoba mi się opcja owoce i warzywa a boskie drożdzówki na bok :(

    Kurcze warzysz tyle ile miałem na liczniku w najlepszych latach sportowania się :)

    Powodzenia w Nowym Roku w planach startowych i w trzymaniu linii sportowej :)

  8. dzemek says

    Bardzo inspirujący blog, dodaje do ulubionych, na pewno z uwagą będę śledził nowe wpisy jak i powrócę do starych :)
    Co do odkładania czegoś „na jutro, na potem” to nie wiem czy czytałeś książkę Łukasza Grassa „Trzy mądre małpy”? Bardzo życiowa, triathlon wcale nie odkrywa tam najważniejszej roli, autor bardzo trafił w mój tok myślenia :)
    Powodzenia na maratonie w Dębnie, ja wybieram Łódź :)
    Pozdrawiam

  9. Witaj dzemek!
    Dziękuję bardzo za dobre słowo i zapraszam do lektury bloga.

    Co do książki, jak tylko „przerobię” grube tomiszcze biografii Warhola, to biorę się za „Trzy mądre małpy”.
    Pozdrawiam!

    Marcos,
    Przepraszam, że po tak długim czasie odpisuję.

    Twoja obserwacja jest słuszna. Też łapię dodatkowe kilogramy na zimę i to w naturze normalne zjawisko :) . Spotkałem się z taką opinią, że dobrze złapać te kilka kilogramów na zimę i użyć ich jako dodatkowego obciążenia wspomagającego trening, po to aby na wiosnę dojść do danej wagi startowej i śmigać jak na skrzydłach. To ponoć działa doskonale :) !

    Drożdżówki drożdżówkami, ostatnio dałem się skusić Uli – Krolistkowi (która prowadzi ciekawego bloga) i upiekłem absolutnie boski piernik z piwem. Dla mojego szczęścia okazało się, że piernik przypadł rodzinie do gustu i kiedy wróciłem z treningu, załapałem się na końcówkę. W innym wypadku, nie wiem czy dałbym radę oprzeć się pokusie :) . A link do przepisu TUTAJ

    Dziękuje i również życzę spełnienia marzeń w Nowym Roku.
    Pozdrawiam :) !

  10. Dzięki za link do piernika. Dodałem do ulubionych :) A teoria z zimowymi obciążnikami jest niczego sobie :D

    Pozdrawaim,
    M

  11. borman

    oj tam, oj tam, nie można się czepiać, przecież kobieta zmienną jest ;)
    A tak na serio, już zgubiłam 2kg nie rezygnując z niczego, po prostu ciężka praca i zróżnicowany trening. Samo jakoś tak zniknęło, parafrazując mój wpis „szybciej znikam niż migawka reaguje w aparacie” ;)
    pozdrawiam

    ps. zmieniłam plany co do maratonu lecę Orlen Warszawa.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.