Autor: borman

Tak, jak kiedyś…

Nieprawdopodobnie długa pętla. Kilkanaście punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Kilometry, dużo kilometrów i jeden cel: poniewierka do wyrzygu. W plecaku: żarcie, płyny, odkażacz wody (gdybym miał pić z brudnej kałuży), para skarpet, saszetka z plastrami, folia NRC, zapasowy buff, stary odtwarzacz mp3, a na nim playlista z najlepszymi kawałkami granymi w latach 90, zapalniczka (gdyby zachciało mi się biwakować przy ognisku). Start. Godzina dziewiętnasta coś tam, coś tam. Minus dziesięć, temperatura spada. Ruszam niespiesznie w noc. Odwykłem od biegania w pełnym ultrabiegackim rynsztunku. Czołówka ciąży. Plecak, pomimo pasków ściągniętych do granic możliwości, majta się na boki. Ciężko jakoś. No i ten wiatr. Zbiegam z asfaltu i wbijam się w las. Znikam w ciemnościach. Dwadzieścia kilka kilometrów od domu później. Przemęcki Park Krajobrazowy. Skraj lasu, piaszczysta wydma, łąka, kępa trzcin. Jestem cholernie zmęczony. Cztery i pół godziny napierania po największych krzaczorach, jakie może zaoferować okolica, skutecznie wysysa moc. Postanawiam rozpalić ognisko i rozgrzać przemarznięte kończyny. Kryję się za skarpą, kilka metrów poniżej granicy lasu. Znoszę gałęzie, szykuję legowisko z trzcin. Noc jest mroźna, a porywisty wiatr …

Kilka faktów z życia biegowego #6… oraz blogowego

Blog Usunąłem blogowy fanpage z fejsbuka. Usunąłem instagramowe konto wypełnione obrazkami. Czekałem aż wygaśnie domena. Potem zniknie blog. To miał być definitywny koniec. Zero pisania o bieganiu i tym podobnych. Natrętna myśl o powrocie do pisania miała zniknąć. Miałem odczuć ulgę. Niewyobrażalną. Sam nie wiem, jak to się stało, że opłaciłem domenę na kolejny rok. Jestem masochistą, ale nie tak hardcorowym, żeby przez dwanaście miesięcy chlastać się wizją wielkich powrotów. Tym bardziej że nie mam mocy lansować bloga w social mediach. No i nie chcę być częścią biegowej papki blogowej. Dziś podczas spaceru po lesie naszła mnie myśl, że skoro natrętne myśli będą mnie męczyć do następnego roku, to może jednak coś naskrobać? Eksperymentalnie. Wszak ostatni wpis, jaki dokonałem, przyniósł mi dużo radości. I właśnie dlatego piszę, ale duchu starych dobrych przedfejsbukowych czasów. Czasów, kiedy na blogi trafiało się w wynikach wyplutych przez wyszukiwarkę albo w podlinkowanych komentarzach. A to były fajne czasy: blog Grześka, blog Pawła, Blog Hani, Marszoblog… i jeszcze kilka innych. Bieganie Moje bieganie objawia się w nieregularnych wypadach do Magicznego Lasu, …

Wrzesień płacze zimnym deszczem

A ja siedzę, patrzę w dal. Po szybie spływają wielkie krople. I nie wiem, czy wyjść, czy nałożyć buty, czy na garb zarzucić wiatrówkę. Przecież obiecywałem sobie, że jeśli mam to zrobić, to od września. Najlepiej od jesieni, bo ona już za progiem. No i tak siedzę, patrzę. Nic. Przywołałem w myślach obrazy, wspomnienia z wyryp, w których uczestniczyłem. Pamiętam tak wiele szczegółów: krajobrazy, wypowiedziane zdania, emocje. Aż ciarki po plecach przeszły, aż… Gęsia skórka. Dlaczego umysł płata figle? Dlaczego mam pozbawiać się tego, co kocham? Wiecie, jak pachnie mokry las? Wiecie, jak przemoczone łachy chłodzą rozgrzane ciało? Wiecie, jak woda rozbryzguje się na strony, gdy biegnie się przez głęboką kałużę? Wiem, pamiętam, ale od tak dawna tego nie doświadczyłem. Do dziś. To była niesamowita godzina. Magiczny Las i ja. Szybki oddech, ciężki krok, tysiąc myśli na sekundę. Pierwsza: powtórzyć to jutro! Nie! Najlepiej jeszcze dziś! Druga: a może plan, a może tak na poważnie, tak na serio… trenować. Trzecia: spokojnie, tylko spokojnie. Małymi kroczkami. Nie planuj, żyj chwilą. A chwila trwała, trwała. Serce łomotało. …

Chemiczne akapity – mrok

[…] Możemy wszystko, ale zawierzamy swój los technologi — jak zwał. Za dużo kalkulujemy, silimy się na potężne wyzwania, bo tylko takie zrobią wrażenie w social mediach i tylko takie mogą konkurować z dziesiątkami podobnych. Zapomnieliśmy, że przygoda czai się za rogiem. Jest w lesie, za wzgórzami, w mieście (kiedy słońce chyli się ku zachodowi, kiedy chłód wieczora wypiera skwar dnia, kiedy ruch ustaje, miasto zwalnia, autochtoni wychodzą na ulicę, zmienia się klimat, staje się tak bardzo lokalnie). I to właśnie jest słowo klucz: lokalnie! Pragniemy podbić świat, a nie znamy własnej okolicy. Chcemy zdobywać najwyższe szczyty, a nie widzieliśmy panoramy ze wzgórza za domem… Czasami trzeba położyć się na trawie, przytulić głowę do ziemi i przekonać się, że pod naszymi stopami dzieje się coś niesamowitego. I czasami trzeba przegnać precz te wszystkie treningi, rekordy, wychodzenie poza strefę komfortu, wspaniały sprzęt, racjonalne myślenie i pójść na żywioł, bo wtedy mamy szansę zobaczyć świat z innej perspektywy i odkryć coś z pozoru małego, a w istocie wielkiego. I nie bać się… porażki, jakąkolwiek by była.” Nie …