STARTY, ULICA
komentarze 2

Bieg Sokoła

Stoję na starcie. Napięcie rośnie, poziom adrenaliny dochodzi do czerwonej kreski. Słońce przygrzewa równo. Nie lubię startować podczas tak pięknej pogody. Trening, owszem, ale start? Inna intensywność, brak możliwości zbiegu w zacienioną alejkę, ani chwili na złapanie oddechu – nie wróży to nic dobrego. Zwłaszcza, że złożenia mam bardzo ambitne: 1:06:00. Po udanym starcie w Maniackiej 10, uwierzyłem w swoje możliwości. Obrać realny cel i go zrealizować. Nic prostszego. Z drugiej strony wygląda to zgoła odmiennie. Osiągnięcie celu jest okupione masą wyrzeczeń, dyscypliną, nawet bólem. Bezpośrednio wiąże się to z systematycznym treningiem, obraną taktyką etc.

Jadąc do Bukówca nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Biegający koledzy opowiadali mi niejednokrotnie o atmosferze panującej w trakcie Biegu Sokoła. Start w bukowieckiej piętnastce jest alternatywą do poznańskiego półmaratonu. Half w Poznaniu, to masówka nastawiona na bicie rekordów frekwencji. Bieg Sokoła to impreza z tradycjami, niemal kameralna. Tradycja stoi za rogiem, jest wciągana na maszt, odgrywana, wyśpiewywana. Przed startem – ceremonia otwarcia. Tradycyjne przemówienie włodarzy, organizatorów. Poczet flagowy. Hymn państwowy i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Wzruszyłem się. Całe to przedstawienie, było jak podróż w odległe czasy. Jak pochód pierwszomajowy, jak wata cukrowa. Retrospekcja… Do tego otoczenie, mili autochtoni – drogę na parking wskazał mi ubrany w galowy mundur strażak, za chwilę bieg rozpocznie wystrzał oddany przez panów z Bractwa Kurkowego! Pojawiły się znajome twarze w tłumie biegaczy: Kuba, Romek, Rafał, panowie z Hutnika, ludzie z Drużyny Szpiku. Jest niemal idealnie!

Bukówiec Górny jest położony niecałe 33 km od mojej małej wioseczki. Leży na przewyższeniach ukształtowanych przez lodowiec.
Przejeżdżając samochodem przez te wzgórza, próbowałem sobie wmówić, że organizator poprowadził trasę tak, aby ominęła strome wzniesienia. A jeśli już jakieś się pojawią, to długie zbiegi zrekompensują stracone siły podczas pokonywania męczących podbiegów.
Potem, spotkany przed startem Romek, rozwiał wszelkie wątpliwości. Są podbiegi i jest ich sporo. Wizja złamania 1:06:00 zaczęła tracić barwy.

Kanonada wystrzału daje znak do startu. Bardziej idę, niż biegnę. Jest wąsko i tłum musi się rozciągnąć. Nie chcę tracić czasu i przeskakuję pomiędzy zawodnikami, bokiem trasy. Łapię założone tempo. To zadziwiające jak szybko nauczyłem się biec w równym tempie. Nigdy nie zwracałem uwagi podczas treningów na utrzymywanie założonego tempa. Biegałem pomiędzy zakresami tętna i to wystarczyło. Nie do końca – jak się później okazało. Od kiedy trenuję zgodnie z „zaleceniami” J. Danielsa, zauważyłem znaczny progres. Gdybym jeszcze mógł opanować do perfekcji sztukę regeneracji. Choćby wygospodarować dodatkową godzinę na sen.

Ubrałem na siebie dwie koszulki. Pod spód techniczną, na wierzch bawełnianego tamowego t-shirta. Przebiegam trzeci kilometr i czuję, że za chwilę się ugotuję. Asfaltowa droga bez skrawka cienia zaczyna łagodnie wspinać się pod górę. Mijam czwarty kilometr. Czuję niemoc. Podbieg dał mi w kość. Kolejnego nie wezmę w takim tempie. Nie dam rady. Walczę do siódmego kilometra. Po nim ulatuje ze mnie powietrze. Zwalniam.
Resztę trasy pokonuję nieśpiesznie truchtając, oblany potem, z zasuszonym gardłem. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Słońce bezlitośnie przypieka. Wdaję się w miłe pogawędki. Wymieniamy spostrzeżenia na temat organizacji biegu, pogody, drogi. Dociera do mnie, że nie jestem osamotniony w mojej „chwilowej niemocy”. Tym razem się nie udało. Trudno. Zrobię sobie mocny trening z miłą oprawą.
Docieram do mety, przed nią finiszując, walczę z biegaczem próbującym mnie wyprzedzić. Chwilę po tym dostaję pamiątkowy certyfikat uczestnictwa w Biegu Sokoła, oddaję chip. Po tym kiełbaska, ciacha, herbatka (niezły miks) i pogawędka ze znajomymi…

fot. z galerii Kuby Pudliszewskiego

Komentarze: 2

  1. Czasem się zastanawiam, czy w takich sytuacjach walczyć choć widać że nie wyjdzie, czy spokojnie odpuścić. Też miałem takie sytuacje, jak Ty, że odpuszczałem i zamieniałem wyścig na spokojny, turystyczny bieg. Z drugiej strony takie coś może wejść w krew i potem łatwiej będzie się poddać na poważnych zawodach. Nie mam do końca sprecyzowanego zdania.

    Pozdrawiam

    • borman says

      Miałem podobne rozterki. Podział startów w/g klasyfikacji ich ważności pomógł mi ustalić pewne kryteria, zgodnie z którymi pewne starty traktuję jak trening, zawierają cele inne od kolejnej walki o życiówkę. J. Daniels i priorytety startów. :)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.