All posts filed under: INNE

Grubych cyborgów nie ma

No, bo tak: dałem się ponieść chwili i jakoś tak, przez nieuwagę, przytyło mi się. Ale to po tym, jak odechciało mi się biegać, trenować, męczyć – ogólnie. I teraz, kiedy chce mi się znowu biegać, mam tę oponę dookoła pasa, zero kondycji i w ogóle mierne morale. Ale… Gdzieś te marzenia się tlą, no i zazdrość wywołana przez sukcesy biegających znajomych, która męczy niczym zadra, powodują to, że o treningach myślę poważniej. Kombinuję więc jak urwać trochę czasu na dłuższy trening, na wieczorny rower i wygibasy, których jeszcze gimnastyką nazwać nie mogę. Powoli, bardzo powoli zaczynają się klarować plany, założenia, marzenia, zachciewajki. Przypomniałem sobie, że kiedyś nawet udało mi się fajnie wystartować w kilku imprezach, że nawet potrafiłem dać czadu. Poniosły mnie wspomnienia i zgłosiłem się na dwa maratony: we Wrocławiu i Poznaniu. Sam nie wiem, dlaczego tam, bo przecież nie lubię biegać po ulicy. Może dlatego, że właśnie te maratony były moimi pierwszymi, a na Sudeckiej Setce nie mogę być, bo w tym czasie wypada ślub kuzynki. Z drugiej strony startować w setce …

Ja latam!

Dosłownie. Mam cel i tak mnie nakręca, że muszę się stopować. Nie boję się, choć chcę się bać. Strach nie pozwala ruszyć z miejsca, ale kiedy jest się rozpędzonym, skutecznie stopuje i pozwala nabrać dystansu. Strach blokuje, a kiedy należy zaryzykować lub wyjść ze strefy komfortu, o krok dalej niż zwykle, przeszkadza. Zatem? Będę bać się, kiedy należy, a łamać zasady, jeśli trzeba. Bo latam! I nie pozwolę się sprowadzić na ziemię. O nie! Jest widoczny progres i to mnie cieszy. Szybko wracam do formy. Bardzo szybko. Choć zagorzale walczę o odzyskanie upragnionego współczynnika BMI, to moja waga uparcie stoi na 83 kg. W tym miejscu powinienem użyć słowa: odpowiednia dieta, ale nie potrafię. Nie potrafię sobie odmówić. Lubię zjeść. Czasami sięgam nawet po śmieciowe żarcie i tego potrafię sobie odmówić, ale dobre i pyszne jedzonko oraz umiar nie idą u mnie w parze. Trudno, nikt nie jest doskonały. „[…] będę najdoskonalszym z najbardziej niedoskonałych biegaczy górskich na świecie!” Dzisiaj, brejknałem rule i zamiast klepać założone BS, wyskoczyłem pobiegać po Wzgórzach Pszczółkowskich. Oj, co to …

Jestem… łojantem, czyli kilka akapitów o górze, szalonym planie i o tym, że warto

Ponoć, każdy ma swoją górę do zdobycia… Moja góra jest cholernie wielka. Czasami jej wielkość mnie przeraża. Ale wspinam się po jej stromych zboczach, próbując dotrzeć na sam szczyt. Są jednak takie dni, kiedy myślę, że wierzchołek góry jest odleglejszy, niż się wydaje. Bywa tak wtedy, kiedy nie wszystko idzie po mojej myśli albo kiedy przychodzi okres kompletnej załamki. Panuje ogólna dupówa, woda leje się strumieniami albo wieje paskudny halny, prosto w twarz. Czasami pojawi się jakiś schron na drodze, który kusi ciepłem i bezpiecznym kątem. Lubię przycupnąć na moment, skryć się przed niesprzyjającą aurą, odpocząć. Paskudny kryzys, w którym tkwiłem minął – mam nadzieję – bezpowrotnie. Znowu jestem w ciągu, trenuję: biegam, pĄpuję, wyginam kończyny, rozciągam ścięgna i mięśnie. Z przyjemnością zagłębiam się w zielone ostępy Magicznego Lasu, katuję się podbiegami na Winnej Górze. Trenuję i planuję. Mam kilka marzeń i cudownie byłoby je zrealizować. Z tymi marzeniami jest tak, że same się nie spełnią, trzeba im odrobinę pomóc. No dobra, bardziej niż odrobinę. Trzeba orać jak wół, żeby zbliżyć się do pułapu osiągalności. …

Gleba

Roztrzaskane kolano, zdarte do krwi dłonie i usta pełne ziemi. Chwilę przed upadkiem, długi lot. Potem głośne klapnięcie. Cichy jęk i głośne „o kurwa!”. Bolesna zmiana pozycji, szybka analiza sytuacji, raport strat. Podniesiona prawa dolna kończyna, zgięcie w kolanie – klik, klak. Działa! Podniesiona lewa kończyna – „o cholera, nie mam kolana”! I kiedy leżałem tak na wilgotnej chłodnej ziemi, śmiałem się w głos. Jeszcze minutę temu pędziłem, jak wariat, zbiegając ze wzgórza wąską przecinką będącą granicą kultur. Łapczywie łapałem oddech. Goniłem cień. Liście buków szumiały na wietrze. Teraz leżałem w kałuży endorfin z wielkim jak arbuz kolanem. Pulsujący ból nie dawał powodu do śmiechu, a jednak. Kiedy rozpoczynałem trening, miałem wątpliwości, czy tego chcę, czy nadal chcę biegać? Wyszedłem z domu, bo skusiła mnie perspektywa obcowania z naturą, a trening? Trening był tylko jakimś tam dodatkiem. Był przy okazji. Z czasem i pokonywanymi kilometrami, nasyciłem się widokiem lasu, jednocześnie, poczułem przyjemność z biegu. Wysiłek dał mi absolutną radochę. Poczułem wolność. Powoli, stopniowo, gdzieś tam, kiełkowała we mnie potrzeba ruchu. Podbiegając pod Winną Górę, zdyszany jak jasna …