biegi krótkie

Biegam naturalnie #1 – wstęp

foto. ze strony tengeri.com.au

Jestem ciężkim klocem, wielkim mastodontem, który porusza się niezgrabnie. Kiedy biegnę wyglądam komicznie. Przeskakuję z nogi na nogę, sadząc zbyt długie kroki. Ląduję na pięcie, a wybijam się z palców – czasami w uszach słyszę głuche: łup, łup, łup. Kiedy pokonuję kolejny kilometr, a licznik dystansu przekracza 15km, zaczynam się mimowolnie garbić. Czasami, kiedy kończę bieg po dwudziestym którymś kilometrze, prostuję się jak staruszek łapiąc się pod boki, czuję jak skrzypi mi kręgosłup. Biegnąc, podskakuję jak szmaciany pajac, tak jakbym wypadł z obudowy i telepał się na wszystkie strony. Ręce przyklejają mi się do tułowia i gdybym miał się nagle potknąć i wywalić, nie wiem czy zdołałbym je oderwać, aby w ostatnim momencie uchronić się przed upadkiem. Obraz nędzy i rozpaczy.

Kiedy tak sobie mocno pobiegam, zaliczę długi dystans, odzywa się moje kolano – chrupiąca rzepka. Ponoć najlepsze antidotum na tą dolegliwość to kledzikowe ćwiczenia, tak owszem, ale ile można je wykonywać, tydzień, dwa, miesiąc, kilka miesięcy, rok? W moim przypadku, w tym konkretnym przypadku, kledzikowa gimnastyka się nie sprawdza. Klepię ją jednak profilaktycznie w imię zasady: co cię nie zabije to wzmocni.

Jakiś czas temu, przeczytałem na którymś forum biegowym, że wato od czasu do czasu pobiegać boso. Właśnie ze względu na kolana, na stopy przede wszystkim i ogólnie po to, aby wyrobić odpowiednia technikę biegu – zdrową technikę. W tym momencie przypomniałem sobie to, co przeczytałem w Urodzonych Biegaczach McDougalla. Jak z wypiekami na twarzy czytałem o plemieniu Tarahumara, o biegach ultra, o hardcorowcach startujących w najbardziej pojechanych zawodach na ziemi i o NATURALNYM BIEGANIU. Wszystkie te niesamowite historie, przypadki biegaczy, fakty poparte naukowo bardzo mnie przekonują.  Przemawia do mnie przesłanie, które niesie książka i nie traktuję jej, jako ciekawej pozycji, tak ciekawej jak hipotezy von Dänikena.

Potem przyszła kolej na lekturę artykułów traktujących o technice biegu, z otwartymi ustami oglądałem na You Tube jak biegają najlepsi z najlepszych, następnie na tapetę wziąłem zwykłych śmiertelników, amatorów takich jak ja, a ilustrujących za pomocą krótkich zajawek swoje przygody z naturalnym bieganiem. Po tej dawce informacji, bardzo przekonujących i równie mocno motywujących zadałem sobie pytanie: dlaczego nie spróbować? Nie mam nic do stracenia, a wiele do zyskania. Skoro tak bardzo pragnę płynąć jak osławieni Tarahumara to, czemu po prostu tego nie zrobić? Tak, więc klamka zapadła.

cdn.

 

Spójrzcie jak płynie Anton Krupicka:

A tutaj krótki tutorial i przy okazji reklama butów Newton ;) :

Przydatne strony:
Natural Running
Strona poświęcona badaniom Daniela Lieberman’a
 


Listopad – podsumowanie miesiąca

Podsumowanie miesiąca w pełnych tygodniach 31.10 – 27.11.2011 r.

 

Powrót do formy

Minął długi okres roztrenowania, podczas którego odpoczywałem, pozbywałem się niepotrzebnych nawyków. Żegnałem się ze stresującymi sytuacjami, które sam sobie napędzałem niczym nieuważny poganiacz krów, który został stratowany przez własne stado. Odpędzałem od siebie złe wilki… Może inaczej, nie dopuszczałem do siebie „bezlitosnego skrzata”, który miał wstrętny nawyk, wykorzystywania mnie nadmiernie, przy czym, doprowadzał do szewskiej pasji (a gorzkie słowa płynęły wartkim nurtem). W każdym razie, jest to tak ciekawe doświadczenie (uwalnianie), że mam temat na obszerny wpis, który opublikuję w najbliższym czasie.

W listopadzie z tęsknotą wróciłem do treningów. Zaskoczeniem był dla mnie tak duży spadek formy. Miesiąc leżenia bykiem i Pani Forma uciekła ode mnie jak niewierna kochanka. Z trudnością biegałem sześcio – siedmiokilometrowe odcinki po wygodnych, dla stawów, polnych drogach. Tętno szybko przekraczało pierwszy zakres przy tempie 5:50min/km. Nie jestem sprinterem, nie jestem mocnym zawodnikiem, jednak potrafiłem przebiec 15 km dystans nie przekraczając pierwszego zakresu, osiągając tempo poniżej 5:10min/km. Te pierwsze biegi dały mi obraz jak ma wyglądać dalszy trening i jaką drogę powinienem obrać.

Gimnastyka siłowa, czyli Lafay i jego domowa pakownia

Dużo czytałem (rozmawiałem) o budowaniu fundamentu pod właściwy trening, trening specjalny. Dużo mówiłem, pisałem, ale nic nie robiłem, aby ten fundament „wylać”. Odpowiednio długi odpoczynek i rozwód z bieganiem dał mi napęd, motywację do tego by zmierzyć się z gimnastyką siłową, której tak nie lubiłem. Ideałem byłoby uczęszczanie dwa razy w tygodniu na siłownię. Jednak, gdy przeanalizowałem problem, stwierdziłem, że najlepszym wyjściem będzie ćwiczyć w domu. Z pomocą przyszedł Grzesiek, który zapoznał mnie z pozycją „Trening siłowy bez sprzętu” Oliviera Lafaya. Metoda, którą przedstawia Lafay okazała się strzałem w dziesiątkę. Mogę swobodnie wzmacniać przypak, powiększać buły nie wychodząc z domu. To dopiero ideał!

Trening siłowy bez sprzętu – Olivier Lafay

BS – Biegi (bardzo) Spokojne

W listopadzie skupiłem się przede wszystkim nad ogólnorozwojówką i ćwiczeniami siłowymi. Dni pomiędzy ćwiczeniami wypełniałem biegiem spokojnym (BS) realizowanym w pierwszym zakresie tętna. Średni tygodniowy kilometraż wyniósł około 40 km. Podczas ustalania ogólnego zarysu „planu”, skupiłem się na czasie trwania treningu, dzięki temu zabiegowi, w pierwszej fazie (budowania formy), nie odczułem presji dystansu. Na trening biegowy wychodziłem cztery razy w tygodniu. Głównym celem, który postawiłem na ten miesiąc, to rozruszanie zastałych kości i przygotowanie kondycyjne pod kolejne miesiące treningowe.

Tempo

W ciągu miesiąca poczyniłem znaczny postęp i odzyskałem dość szybko utraconą formę. Pierwszy tydzień i bieg na dystansie około 7 km w I zakresie tempa (5:50min/km) przedstawił mi obraz fatalnej formy. W następnym tygodniu przeprowadziłem test na dystansie 10km. Osiągnąłem średnie tempo 5:23min/km. W kolejnych tygodniach tempo wzrastało (5:13mnim/km), a bieganie stawało się z trening łatwiejsze. Wczoraj przebiegłem 10km w tempie 5:09min/km, ale to już dane na kolejne podsumowanie.

Rower

W drugiej połowie miesiąca wprowadziłem do planu tygodniowego jazdę na rowerze. Raz w tygodniu od 3 – 4 godzin kręcenia korbą. Chciałbym użyć słów: trening uzupełniający, ale nie mogę. To część pewnego planu, który ma większy zasięg – plan wielosezonowy. Co kombinuję? Zdradzę tylko, że kładę kamień węgielny pod pewną śmiałą inwestycję. Ale póki zrealizuję swoje odległe marzenie, mam zamiar w przyszłym roku zasmakować przygody i wystartować w prawdziwym AR – rajdzie przygodowym.

Odpoczynek

Tego ważnego elementu treningu nie zaniedbuję. Dzięki „uwolnieniu” mam teraz więcej czasu i gdy czuję się niewyspany – śpię. Gdy czuję się spięty , pojawia się niepotrzebne ciśnienie – relaksuję się. Chce zapomnieć o złym dniu w pracy – szaleję z dziewczynkami. Chcę zresetować mózgownicę – oddaję się lekturze. „(…) LIFE IS SIMPLE”.

Podsumowanie

Jestem zadowolony z siebie. W ciągu miesiąca odzyskałem formę, zróżnicowałem trening. Mam pomysł i go realizuję. Nie utrudniam sobie życia. Nie staram się naginać rzeczywistości. Nie rzucam się z motyką na słońce. Kieruję się zasadą: „jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma”. Nie oszukuję siebie, mówiąc: ” ach, dobrze by było zrobić to, lub tamto” – po prostu wstaję i to robię. Życie jest piękne!

To tyle jeśli chodzi o te przydługawe podsumowanie miesiąca. Kolejne będą bardziej techniczne. Pojawią się cyfry, słupki, statystyki, opis celów i środków za pomocą których te cele realizowałem. Trochę subiektywnych spostrzeżeń i, mam nadzieję, garść dobrych rad.


I Cross Straceńców

 

fot. Marcin Kargol

Niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość, że w Głogowie zostanie zorganizowana impreza biegowa. Od czasów organizowanych w latach dziewięćdziesiątych przez Centrum Sportowe „Głogowski Triathlon” szeregu duatlonów i bodajże jednego triatlonu, do teraz nie działo się nic. Oczywiście, co roku odbywa się Kolorowy Marszobieg „Nie jesteś sam”, ale jest raczej pozbawiony rasowej rywalizacji, bardziej rodzinny o profilu imprezy dobroczynnej. Przyszedł jednak czas i biegowa luka została wypełniona nietypowym biegiem zorganizowanym przez Jerzego Górskiego i jego firmę Sport – Górski.

Co to takiego ten Cross Straceńców? Bieg na dystansie 5555 metrów, którego trasa poprowadzona jest po torze motocrossowym „Górków” w Głogowie. Trasa jest bardzo zróżnicowana, charakteryzująca się sporą ilością stromych podbiegów i równie stromych zbiegów. Dodatkową atrakcją są, przygotowane przez organizatora, dwa baseny z wodą, które po drugim okrążeniu i rozdeptaniu przez ponad 120 startujących zawodników, zamieniły się w błotnistą breję.

PLAKAT ZAWODÓW

fot. Piotr Krzemiński

Po opłacie wpisowego dostałem pakiet startowy, w którym znajdowały się standardowo: numer startowy, agrafki, chip, jakaś reklamowa makulatura wraz z naklejką, koszulka techniczna Newline z logiem zawodów oraz mniej standardowo, worek na buty (treningowy) Newline.

Przygotowując się do startu, skorzystałem z uprzejmości Marcina i zabezpieczyłem buty srebrną taśmą. Potem podczas biegu widziałem zawodników wyciągających obuwie z błota.

Start w Crossie Straceńców potraktowałem lekko. Biegłem bez ciśnień i parcia na wynik. Nie chciałem zarzynać się przed startem w Jesiennych Trudach, poza tym bałem się o nogi. Strome zbiegi masakrują kolana, w dodatku rozjeżdżony tor i nierówności mogły przyczynić się do ewentualnej kontuzji.

fot. Piotr Krzemiński

Postanowiłem biec w jednym tempie, spokojnie brać podbiegi, nadrabiając na zbiegach. W czasie pierwszego okrążenia nadgorliwi zawodnicy wyprzedzali mnie. Sytuacja zmieniła się przy drugiej pętli. Nieprzyzwyczajeni do biegów w terenie urozmaiconym, niektórzy z wywieszonym językiem, przystając od czasu do czasu, opierając dłonie na kolanach, zaczęli zwalniać. Wyprzedzałem ich nadal biegnąc swoim tempem. Dopiero w końcówce po pokonaniu ostatniego z basenów rozpoczął się finisz. Z tym finiszem było tak: zupełnie o nim zapomniałem, że należy biec ile sil w nogach, wykorzystać rezerwy siły i urwać tych kilka cennych sekund. Ale ja biegłem „rekreacyjnie” i zostałem zaskoczony. Zza pleców wyskoczył zawodnik, przyspieszyłem, ale było już za późno, był za bardzo rozpędzony. Zaraz za nim biegł kolejny, temu już nie odpuściłem. Po pięknej walce wpadliśmy równocześnie na metę. Co za bieg!

cross_stracencow

fot. Piotr Krzemiński

I Corss Straceńców uważam za udany. Na metę dotarłem, jako 35 na 122 startujących, w swojej kategorii wiekowej 12. Trasę pokonałem w 00:30:18.

Impreza nietypowa, krótka i intensywna, ciekawie poprowadzona przez samego Jurka Górskiego. Lokalny patriotyzm i fajność, karze wpisać mi ją na stałe do kalendarz startowego. Mam również nadzieję, że organizatorzy w przyszłym roku staną na wysokości zadania i przygotują kolejne niespodzianki.

CROSS STRACEŃCÓW – STRONA WWW

Foto nr 1 Marcin Kargol
Foto nr 2,3,4 Piotr Krzemiński