Wszystkie wpisy dla: GÓRY

Tutaj rządzi ból! – Historia pewnego startu #1

Doigrałem się. Kiedy jest się na wegańskiej diecie trzeba z należytą uwagą przygotować się do startu. Kilka zbożowych batoników z hipermarketu, garść suszonych owoców i paczka solonych orzechów to zdecydowanie za mało na trasę TP-100. Zachowałem się nonszalancko i bez szacunku do dystansu, przez to teraz cierpię. Stawiam nogę przed nogą i jak zombie sunę, półmartwy – półżywy, przed siebie. Trzy godziny temu rozpocząłem drugą pętlę. Przede mną jeszcze dziewięć punktów kontrolnych. Boli mnie wszystko, każdy mięsień, a będzie boleć bardziej. Zapowiada się fantastyczna zabawa. Ponoć nadmiar zajęć oraz brak czasu zmuszają do działania. Człowiek, potrzebą chwili, staje się bardziej zorganizowany. Mi zabrakło determinacji. Nie upiekłem mega smacznych ciach na sterydach, napakowanych kaloriami, które niosły mnie podczas Oriento Expresso. Nie spakowałem do plecaka tłustej pasty z awokado. Z braku czasu, i może chęci, poszedłem na łatwiznę i w drodze do bazy zawodów odwiedziłem sklep. Wszystkie te słodkości, które sobie zafundowałem wystarczyłby, gdybym zarzucał mięcho, a w skład żelaznej racji wchodziłby kawałek tłustego boczku lub wysuszonego na wiór kabanosa. Wystarczyłyby…

Sudecka 100

Stoję na środku drogi, gdzieś pośród łąk. Za plecami zostawiłem stadion, przede mną nic innego tylko czarna otchłań, którą tnie światło latarki. Co jakiś czas mija mnie zdyszany zawodnik. Konkurenci są bezlitośni. Napierają bez opamiętania. Wiem, że oni też cierpią, że też im z bólem nie po drodze. Ale mają tyle silnej woli, aby biec przed siebie ku mecie. Miotam się. Przed chwilą zostałem poddany największej próbie. Przebiegając przez stadion mogłem skrócić swoją mękę i zakończyć bieg. Na mej szyi zawisłby zgrabny medal, a ja mógłbym pić, jeść i odpoczywać do woli.

Sudecka 100

Właśnie sobie uświadomiłem, że za dwa dni spełni się to, do czego szykuję się od niemal roku. Stanę na linii startu. Odliczanie rozpoczynające bieg będzie trwało wieki, a kiedy rozlegnie się wystrzał dam się ponieść nogom i popędzę przed siebie wąską ścieżką – światło latarki rozjaśniać będzie noc. Niemal przespałem tych kilka przedstartowych dni, kiedy należy skupić się na logistyce, dobrać i spakować sprzęt, nastroić się na startowe fale. Ocknąłbym się w ostatniej chwili i w pośpiechu szykował izo z kisielu oraz piekł batony. A przecież przed startem sezonu nie należy się spieszyć. Prawda?

Sudecka 100

Jakiś czas temu wymarzyłem sobie życiówkę. Przyśniło mi się złamanie 3:20 w maratonie. Aby urzeczywistnić marzenie, ochoczo i raźnie zabrałem się do pracy. Nie przypuszczałem, że spełnienie marzenia jest tak trudne w realizacji, że potrzeba cierpliwości, konsekwencji, wiary we własne możliwości, a droga do spełnienia niejednokrotnie bywa drogą przez mękę. I kiedy nastaje TEN DZIEŃ, dzień kiedy marzenie ma się spełnić, ulatuje cała pewność siebie, a spełnienie zamienia się w wielką loterię zależną od trasy, odżywiania, nawadniania, wiatru, butów, sznurówek, kolki, żołądka… Dobra, dobra, zagalopowałem się troszeczkę. W TEN DZIEŃ okazuje się, że pokonanie ostatnich 42195 metrów dzielących od spełnienia bywa bardzo, bardzo bolesne. W każdym razie moje marzenie się spełniło. Więcej. Zrealizowałem je z dużą nawiązką. Kiedy przekroczyłem linię mety, miejsce bólu zajęła euforia, a endorfinowy high długo mnie nie opuszczał. Dla takich chwil warto żyć, warto się poświęcić i warto pocierpieć.