miejsca

NBR on Tour 2012 – inauguracja

fot. Alvar http://www.national-geographic.pl/uzytkownik/alvar/

Minęło prawie pół roku od ostatniej wyrypy spod znaku NBR on Tour, gdzie w zacnym gronie mogłem uprawiać górski chillout  – nową dyscyplinę turystyki średniobiegowej. Od tego czasu niepostrzeżenie zrobiło się ciasno w moim kalendarzu. Tłoczą się tam czerwone krzyżyki, zielone kółka, pojawiają mrożące krew w żyłach nazwy: ekstremalne to, nocne ekstremalne tamto. Startowo – treningowy zawał. U Grześka sprawa wygląda zgoła odmiennie: facet realizuje się, spełnia w tym co robi, czyli łącząc pasję z pracą, trenuje, startuje, bije nowe rekordy. Niby wszystko gra, jest pięknie, ale czegoś tutaj brakuje. Gdzieś po drodze, przypominamy sobie, żeby zorganizować jakiś wypad, ale potem to ulatuje zostawiając po sobie pustkę. Nadchodzi jednak taki dzień, aby sprawy bieżące odsunąć na bok i zająć się tym, co najprzyjemniejsze: bieganiem po górach.

Tym razem na tapetę bierzemy Masyw Śnieżnika i G. Bialskie. Spotykamy się na przełomie maja i czerwca w małej miejscowości Międzygórze. Ostateczny termin podam za jakiś czas. W planach, wypad dwudniowy z noclegiem w schronisku.

Uprzedzam, że jeszcze nie zaplanowałem trasy tak, że ewentualne propozycje i sugestie są mile widziane. W wielkim skrócie: zamierzamy obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich, pojawić się w Kletnie, wypędzić niedźwiedzie z dziury, odwiedzić naszych południowych sąsiadów, przeprowadzić pełną degustację złotego nektaru, spędzić wieczór na pogaduchach, wyspać się smakowicie i…. i obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich.

EDIT:  Proponowana trasa: 

Dzień I
Z parkingu w Międzygórzu pobiegniemy zielonym szlakiem, trawersując Smrekowiec, do Przełęczy Śnieżnickiej. Następnie wykonamy rasowy downhill żółtym szlakiem do Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Warto zwiedzić jaskinię, cena biletu to 19zł, jednak należy wcześniej zarezerwować bilety, ale tym zajmę się ja. Z Jaskini udamy się niebieskim szlakiem rowerowym w stronę Kamienicy, aby wejść na szlak żółty, z nim do zielonego na Przełęcz Głęboka Jama. Następnie zielonym szlakiem dotrzeć na Śnieżnik. Tutaj zdecydujemy czy wracać do schroniska Na Śnieżniku, czy zbiec czerwonym szlakiem na stronę Czeską, wbić się na niebieski szlak, przejść Mokry hrbet, wejść na szlak zielony i ponownie na niebieski. Dotrzeć do Dolnej Morawy, gdzie nawodnimy się chmielowym izotonikiem. Po odpowiednim nawodnieniu się wrócimy na szlak niebieski, nim dotrzemy na zielony, który doprowadzi nas prosto do schroniska.

Dzień II   
Proponuję wstać przed wschodem słońca, zejść do Międzygórza, zapakować się do aut i pojechać do Czech. Za cel obrałem Staré Město, które możemy zwiedzić , następnie udać się w Góry Bialskie. Trasę ustalimy na miejscu.  

- MAPA -

Wszystkich chętnych na biegowy weekend, małą górską przygodę, w imieniu Grześka i swoim, serdecznie zapraszam.

Do zobaczenia na szlaku!


NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 2

bunkier

fot. Mati

Poranek nadziei, długie rozmowy o wszystkim, Orlica i linia Maginota.

Schronisko Pasterka. Godzina 5:00. Ze snu wyrywa mnie sygnał budzika. Wstajemy niemal równocześnie. Wynosimy się po cichu z pokoju. Szybka toaleta, ubieranie na korytarzu, ostatni przepak przed drogą. Chwilę po tym stoję przed schroniskiem i patrzę z niedowierzaniem. Nie pada, a na horyzoncie odbywa się wspaniały spektakl: wschód słońca. Jest pięknie! Na wschodzie się przeciera, na zachodzie po niebie suną kłębiaste chmury. Jest szansa na słoneczny dzień.

Parkujemy nieopodal wejścia na szlak. Z parkingu rozciąga się rozległy widok na Góry Stołowe i Sowie. Humory dopisują. Jest zimno i wieje jak cholera. Wilgotna odzież wzmaga uczucie zimna. Zostawiamy samochód za sobą i wchodzimy w las. Szlak jest błotnisty i spływa nim strużka wody. Jest tak szaro i ponuro. Powoli zbliżamy się do grani. Grań ginie w chmurach. Zanurzymy się we mgle. Cieszę się, że nie pada.

Zazwyczaj przy tych naszych wyrypach pada dużo słów. Zdania ciągną się za nami niewidzialną smugą. Rozmawiamy dużo, o wszystkim i o niczym. Mati to milczek, rasowy introwertyk, za to Grzesiek, Grzesiek jest idealnym kompanem, tak samo do wędrówki jak i do rozmowy. Dobry z niego mówca, cierpliwy słuchacz. Zwłaszcza to drugie w nim podziwiam, przy moim gadulstwie, zachować taki spokój.

Gdzieś tutaj powinny być! Bunkry – potencjalne miejsce na nocleg. Z tym noclegiem to było tak: Wymyśliłem sobie, że prześpimy się gdzieś w górach. Zazwyczaj, gdy nie ma schroniska w pobliżu, śpi się w wiatach lub różnej maści schronach górskich. Górska, można powiedzieć, noclegowa rzeczywistość. Ale co zrobić, gdy mapa nie wskazuje gdzie na szlaku znajduje się wiata? Można wydedukować, że najczęściej bywają budowane przy skrzyżowaniach szlaków. Ale to nie jest normą. W naszym przypadku, mapa określała jasno gdzie rozpoczyna się linia umocnień i w którym kierunku ciągnie. Noc w bunkrze, ciekawa alternatywa dla „górskiej rzeczywistości noclegowej”.

Jakiś czas temu zeszliśmy z Orlicy, niezbyt imponujący wierzchołek. Ot, taki zarośnięty szczyt z tabliczką informacyjną wbitą w odpowiednim miejscu. Teraz idę rozglądając się na lewo i prawo. W dół prowadzi asfaltowa droga. Jest! Jest bunkier. Zaraz się okaże, co nas ominęło. Wyobrażam sobie wilgotne i zdewastowane wnętrze. Jak miło minie zaskoczyło to, co zobaczyłem. We wnętrzu jest sucho i względnie czysto. Jest ciasno, bunkier był, chyba, przewidziany na dwuosobową obsadę, jednak można by było się wyspać i w trójkę.  Na ścianach i stropie ponabijane są deski, resztki szalunków. Potem, już w domu, doczytałem, że linia umocnień nigdy nie była użyta. Ironia losu. Historia potoczyła się inaczej, niż przewidywali to Czesi.

 

termometr

fot. Mati


Jedyni turboturyści w okolicy, czeskie smaki, szybki powrót i granica w słońcu.

Mija kolejna godzina naszej wędrówki, zbliżamy się do miejscowości Deštné v Orlických horách. Wyglądamy jak uciekinierzy – ubłoceni, przemoczeni, niosący cały swój dobytek na plecach.  Uciekinier – nie mija się to z prawdą, jestem uciekinierem, uciekam od cywilizacji, od głupich spraw, głupich ludzi. Moje pojęcie uciekiniera jest na stałe połączone z pojęciem odkrywcy. Uciekam od cywilizacji, zagłębiam się w otaczającą mnie naturę odkrywając – dla mnie – nowe, dzikie miejsca. Doświadczam wiatru, palących promieni słońca, deszczu, nocy. Za każdym razem chcę więcej i więcej.  Nigdy nie mam dość!

Docieramy do schroniska, zamawiamy knedliki. Odpoczywamy racząc podniebienia nowym nieznanym smakiem potrawy. Knedlik jest przepyszny, w smaku i konsystencji, coś jak bułka na parze. Do niego wołowina i sos śmietanowy o aromacie cytrynowym. Obok wołowiny, słodki akcent, powidła żurawinowe, skrawek bitej śmietany i dopełniający kompozycję plasterek cytryny. Pisałem coś o odkrywaniu?

Prowadzeni słupkami granicznymi, maszerujemy w stronę parkingu. Chmury rozwiał wiatr, ukazając błękitne niebo. Słońce podkręciło nasycenie barw. Czuję się spełniony. Wypędziłem diabla, teraz spokojnie mogę wrócić do domu. Mijamy Orlicę. Wracamy po swoich śladach do auta. Po drodze opowiadam Grześkowi, w jaki sposób zacząłem swoją przygodę z bieganiem, jak wyglądały moje pierwsze treningi. Życie płata nam figle. Przebyłem długą drogę, od nihilisty nurzającego się w dekadencji, aż do.. właśnie, kim jestem?

 

szlak

fot. Mati


Prawdziwy chillout, Zamek Książ, chleb ze smalcem i tęsknota za górskim szlakiem.

Wracamy. Przejeżdżamy przez Duszniki-Zdrój, mijamy drogę prowadzącą w kierunku Błędnych Skał, jadąc przyglądamy się, jeszcze wczoraj oblewanemu strugami deszczu, Szczelińcowi. Prowadzeni przez Drogę Stu Zakrętów zjeżdżamy w stronę Radkowa. Jakiś czas potem, pokazuję Grześkowi wąskie uliczki Nowej Rudy.

Świebodzice. Zatrzymujemy się nieopodal wejścia na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego. Kuszeni sprzedawanym grubym pajdom żytniego chleba, posmarowanym pysznym smalcem, dopełniając wyprawę, postanowiliśmy przespacerować się dookoła Zamku Książ. Wyszło ździebko inaczej niż zaplanowaliśmy. Deszczowa aura przepędziła wszystkich sprzedawców tak, że z chleba nici. Zwiedziliśmy dziedziniec zamku, jego okolicę. Podziwialiśmy zamek z daleka, patrząc na niego z punktu widokowego. Nasza wycieczka powoli dobiegała końcowi. Wracaliśmy do zaparkowanego auta, ze śpiącym w środku Matim.

Zawsze tak mam, że gdy zjeżdżam z gór, ogarnia mnie smutek. Żal, że to już koniec, że trzeba się pożegnać. Oczy bolą, gdy widzę doliny. Aby odzyskać równowagę planuję kolejny wypad. To taka gra: było pięknie, ale może być jeszcze piękniej! To pomaga. Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdybym mieszkał gdzieś w górach. Lepiej skończę już ten wpis. Siedzę przed komputerem, za oknem prosta linia horyzontu, w oddali las, za lasem…


NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 1


Długa droga do celu, Pasterka, zimne Opaty i słońce daleko ponad chmurami.

Piątek przywitał nas deszczowo. Niebo pokrywały czarne chmury, z których bezlitośnie lała się woda. Nic nie pokrzyżuje nam planów. Co tam deszcz, kiedy przygoda tuż, tuż!

Tradycyjnie, spotykamy się z Grześkiem w Szlichtyngowej, szybko pakujemy szpej do mojego małego autka i ruszamy w stronę Wałbrzycha. Droga dłuży się niemiłosiernie. Warunki pogodowe nie pozwalają na szybką jazdę. Może i da się szybciej, ale nie jestem samobójcą. Nie uśmiecha mi się podróż ze średnią prędkością 70km/h, ale co zrobić? Jezdnia tonie w wodzie, a widoczność jest poniżej średniej.

Po czterech godzinach, spóźnieni, docieramy do schroniska Pasterka. Szybkie przygotowanie do drogi, ostatni przegląd klamotów i ruszamy… ruszamy w stronę schroniska skosztować tak polecanego przez Monikę Opata. Piwko okazuje się całkiem pyszne – czereśniowe. Nie jest to typowe przesłodzone piwo w stylu Gingersa, a raczej dobre, porządnie chmielone piwo o aromacie czereśniowym bez grama zbędnego cukru.

Gdy degustacja piwa dobiega ku końcowi, zaczynam szykować się mentalnie na to, co czeka nas po przekroczeniu drzwi Pasterki. Niebo pokrywają kłębiaste, ołowiane chmury. Deszcz siąpi wesoło, nic nie robiąc sobie z trzech wędrowców, którzy przepełnieni radością podążają w stronę gór. Dla mnie słońce świeci całą swoją mocą, świeci tuż nad chmurami.

Broumovské stěny, strugi deszczu, ułańska fantazja Bormana i zmiana planu.

Jeszcze w schronisku ustaliliśmy, że trasą Maratonu Gór Stołowych dotrzemy do rezerwatu Broumovské stěny. Po trzech, czterech kilometrach marszu docieramy do pierwszych skał. Po drodze Przystajemy, kryjąc się pod wiatą, na mały przepak. Pozbywam się płaszcza przeciwdeszczowego – „foliaka” i spodni, które całkowicie przemoczone przylepiają się do nóg utrudniając marsz. Mati odpina ze spodni nogawki i razem idziemy na „krótko”.

Dwa tygodnie wcześniej biegłem tędy, wypacając dwudzieste poty, marząc o basenie wypełnionym chłodną wodą. Było gorąco, duszno i sucho. Dziś doświadczam nowego na już raz przebytym szlaku. Góry wyglądają niesamowicie. Majestatycznie. Mrocznie. Baśniowo. Mokre skały osnute mgłą. Klimat niczym z innego świata, świata czarów i magii. Ma się wrażenie, że zza skał wyłoni się galopujący na koniu jeździec, przyodziany w skórę i zbroję. Zdecydowanie wolę Góry Stołowe przyprawione takim klimatem.

Podziwiamy otaczające nas piękno. Próbuję fotografować. Warunki nie są sprzyjające, jest ciemno i mokro. Soczewka w moim starym wysłużonym cyfraku jest zaparowana, wycieram ją kawałkiem chusteczki, po czym szybko fotografuję. Brak dostatecznego oświetlenia ekspozycji. Staram się jak mogę, aby zastąpić statyw, opierając rękę na skale, drzewie, czymkolwiek. Jak się później okaże, efekt moich starań będzie nad wyraz zadowalający.

Schodzimy z trasy maratonu, kierując się w stronę miejscowości Suchý Důl. Zatrzymujemy się przy parkingu aby zerknąć na mapę. Nie mamy z góry wytyczonej trasy. W tym wypadku był tylko zarys, teren zamknięty w ramy G. Stołowych, Orlickich i Bystrzyckich, po którym będziemy się poruszać, a trasa powstawać będzie spontanicznie. Tym razem jednak przesadziłem. Poniosła mnie wyobraźnia. Z pozycji wygodnego fotela (powiedzenie z kanapą w roli głównej jest zbyt eksploatowane), założenie, że pokonamy około 100km w ciągu dwóch dni wydawało się bardzo realne. Rzeczywistość okazała się z goła odmienna. Góry Orlickie są bardzo odległe jak na wędrówkę w tak niesprzyjających warunkach, które panowały… brutalnie. Po naradzie ustalamy, że odpuszczamy nocleg „gdzieś w górach”, a wędrówkę w stronę Gór Orlickich zamienimy na zwiedzanie Błędnych Skał i Szczelińca Wielkiego. Godzinę później, przy granicy, decydujemy, że będziemy nocować w Pasterce.

Zimna skała, ciepły oddech, mokry szlak i sucha noc.

Docieramy do Błędnych Skał. Załapujemy się na darmowe zwiedzanie. Deszcz, pogoda barowa, kasa zamknięta. Zwiedzamy. Błędne Skały robią wrażenie. Forma, surowość mokrej, zimnej skały. Jest zimno i wilgotno. Nasze parujące oddechy komponują się harmonijnie z otoczeniem. Fotografuję. Mam problem z zamoczoną soczewką, nijak nie mogę jej osuszyć. Aktualnie nie posiadam nic suchego, oprócz zawiniętych w worki foliowe legginsów i bluzy. Nic to, fotki będą wiarygodne, w końcu jest tyle wody dookoła.

Szlak, którym nie tak dawno temu biegłem w pełnym słońcu, zamienił się w regularny potok. Męczy mnie ciągłe omijanie nurtu, niebezpieczne balansowanie na kamieniach. Wchodzę do zimnej wody, przecież i tak mam przemoczone buty. Dam odpocząć nogom, po płaskim idzie się wygodniej, a że w wodzie do kostek – trudno…

Znajdujemy się u podnóża Szczelińca Wielkiego. Jeszcze chwila i dotrzemy do schodów prowadzących na szczyt. Bardzo chciałem pokazać Grześkowi te schody. Finisz MGS, który dobijał wyczerpanych biegaczy. Spotykamy turystów! Stoją pod schodami i zastanawiają się czy wchodzić na górę. Wymijamy grupkę i zaczynamy wbiegać. Grzesiek nie trenuje już czwarty miesiąc, a mimo tego sprawnie pokonuje kolejne schody. Ledwo za nim nadążam. Dopadam go na szczycie, sapiąc i dysząc ze zmęczenia. To mi uzmysławia, jaka przepaść nas dzieli – lata treningów i startów.

Dołącza do nas Mati. Liczył schody, naliczył ich ponad siedemset. Trochę się chłopak przeliczył, o jakąś setkę.

Kolejny raz załapujemy się na gratisowe zwiedzanie. Przemykamy pomiędzy skałami, schodzimy wąskimi schodami wykutymi w skale. Docieramy do dna Piekła.

Dzień kończymy rozgrzewając się miętowym specyfikiem od pana Palikota, siedząc na grześkowym łóżku, w przytulnym pokoju, na pierwszym piętrze schroniska Pasterka. Po całym dniu intensywnego namaczania, suche i ciepłe łóżko to bardzo pozytywne ukoronowanie dnia. Brzuch napełniony pyszną kolacją, miętowy specyfik i masa emocji… Zasypiam.

CDN

Góry Stołowe wg kuerti w serwisie Garmin Connect – Szczegóły.

 


Przełom Bobru

Janusz przygotował prawdziwie hardcorową trasę. Nie ominęły nas: chaszczowanie, strome podejścia, długie zbiegi, dające odetchnąć trawersy z pięknymi widokami na Bóbr. Na naszej drodze pojawiały się ciekawe budowle, choćby zapora w Pilchowicach, most kolejowy na Bobrze, potem następny most, z którego roztaczał się niesamowity widok (kolejny i jeden z wielu – dzień stał pod hasłem: widoki) na Jezioro Pilchowickie, zaporę oraz górujące w oddali, ośnieżone Karkonosze. Całą, ponad czterdziestopięciokilometrową trasę pokonaliśmy w kameralnym gronie: Janusz, Robert i moja nieodłączna kompanka Luna. Aura była łaskawa. Piękna pogoda utrzymała się praktycznie do końca naszej wycieczki, choć Pan Synoptyk zapowiadał dzień pochmurny i z opadami.

Na koniec tego krótkiego wpisu dodam, że już niebawem, bo w maju, wybieramy się na kolejną wycieczkę. Tym razem w planach trekking po Czeskich Karkonoszach. Trasę wyszykuje nam Janusz i jak obiecał będzie ponad 3500 metrów przewyższeń w górę i w dół. Wszystkich chętnych na wspólną mordęgę, czyli pierwszy trening przed Przejściem, już teraz zapraszam. Więcej informacji wkrótce.

[nggallery id=1]


Jedziemy na wycieczkę – Przełom Bobru.

Janusz (Skiboy), któregoś dnia, podrzucił informację na temat ciekawej miejscówki, którą możemy odwiedzić i obiegać. Jako, że mam niedosyt po „biegu” Dookoła Przełomu Kwisy, szybko podłapałem temat i jak to często bywa: od pomysłu do realizacji, zapraszam na wspólne bieganie wokół Przełomu Bobru.

Termin: 10 kwiecień 2011
Start: Jelenia Góra , dworzec PKS, godz 8:00
Dystans: około 30km

Poniżej prezentuję opis trasy przygotowanej przez Janusza:

Start-dworzec PKS Jelenia Góra. Samochody można zostawić na parkingu obok
dworca przy postoju taxi, parking bezpłatny. Przy dworcu wchodzimy na
szlak zielony,przechodzimy(przebiegamy) pod obwodnicą, następnie przez
mostek na rzece Kamiennej, dochodzimy do szlaku rowerowego ER-6 i pędzimy
do wiaduktu kolejowego na Bobrze, mijając Wzgórze Krzywoustego (miejsce
zarania Jeleniej Góry) z wieżą widokową tzw.grzybkiem (otwarta od 1 kwietnia 10-18,wstęp bezpłatny). Przechodzimy przez wiadukt kolejowy na drugą stronę Bobru.Spadamy z wiaduktu na prawy brzeg rzeki i gnamy ścieżką brzegiem rzeki mijając elektrownię przy Końcu Świata aż do mostku na Jeziorze Modrym (to ten mostek znany z Przejścia Kotliny). Przy mostku wspinamy się stromym zboczem na skałki i górą pokonujemy odcinek do elektrowni Bobrowice,mijamy Siedlęcin z zabytkową Wieżą Rycerską (do odwiedzenia w drodze powrotnej,otwarta od 10-16). Z Siedlęcina biegniemy bardzo fajną drogą rowerową ER-6 biegnącą linią brzegową do zapory we Wrzeszczynie. Stąd nieoznakowaną ścieżką do punktu widokowego na Wysokich Skałkach. Według mnie jest to najładniejsze miejsce w przełomie Bobru. Na przeciwnym brzegu znajduje się punkt widokowy Kapitański Mostek i dopływ rzeki Kamienica. Od tego miejsca zacznie się mały hardcore z improwizowaniem trasy, linia brzegowa jest bardzo kręta i urozmaicona głębokimi i stromymi jarami z licznymi dopływami strumieni. Miejscami brak wyraźnych ścieżek i trzeba się odsuwać od linii brzegowej aby przekroczyć strumienie i liczne zatoczki przy dopływach strumieni. W końcu docieramy do wiaduktu kolejowego na Jeziorem Pilchowickim,przekraczamy go i asfaltową drogą docieramy do zapory pilchowickiej.Z zapory udajemy się do szlaku zielonego i przekraczamy Bóbr na drugi brzeg przez mostek pod zaporą,dalej ścieżką nad rzeką do najbliższej przeprawy mostowej w Pilchowicach i z powrotem na prawy brzeg gdzie robimy nawrót.Myślę że nie ma sensu biegnięcie aż do elektrowni Pilchowice II bo widokowo teren ten jest już mało atrakcyjny i za dużo jest darcia asfaltu.Droga powrotna-dojście do zapory pilchowickiej,przejście na lewy brzeg rzeki,dalej niebieskim szlakiem do punktu widokowego Mostek Kapitański,stąd lewym brzegiem Kamienicy do Barcinka gdzie przy dawnym sanatorium przejdziemy mostkiem na prawy brzeg i dalej ścieżką nad rzeką do ujścia Kamienicy do Bobru, dalej wpadamy na żółty szlak którym zmierzamy do Siedlęcina przechodząc most na Bobrze aby zwiedzić Wieżę Rycerską. Przechodzimy z powrotem rzekę i biegniemy (o ile będę jeszcze miał siłę biec)zielonym szlakiem do Perły Zachodu a następnie na Wzgórze Krzywoustego gdzie wczołgamy się na wieżę widokową, a stąd już tylko kilka kroków do mety. Jeżeli chodzi o odcinek od Wrzeszczyna do mostu kolejowego nad Jeziorem Pilchowickim to muszę wykonać tam jeszcze jeden rekonesans aby dopracować to
bezdroże.”

Jak widać czeka nas moc atrakcji, od ciekawostek architektonicznych, przez chaszczowanie, do BnO. Wszystkich chętnych zapraszamy i do zobaczenia 10.04.2011 w Jeleniej Górze.


Przełom Kwisy

Stało się! Popełniliśmy wycieczkę. Wspaniały, pełen pozytywnych emocji, błotnistych szlaków, pięknych, gdzieniegdzie zeszpeconych przez cywilizację plenerów – trekkingowy chillout. Bez ciśnień, walki z czasem, rywalizacji. Relaks okraszony podwyższonym tętnem. Alternatywa dla niedzielnej biesiady telewizyjnej. A słowo dnia, które nie opuszczało mojej niespokojnej głowy to asymilacja.

GRYFÓW ŚL. Ósma zero, zero

Jak tutaj brzydko – przemknęło mi przez myśl, kiedy wjeżdżaliśmy do Gryfowa. Szarość i powszechność w najgorszym wydaniu. Nocna podróż z nieprzyjemnym wydarzeniem po drodze, spowodowała poranne zmęczenie materiału. Cały ten negatywny ładunek rozładowywałem myślą, że za chwilę będziemy w drodze przedzierając się brzegiem jezior w stronę Leśnej i z powrotem. Łachotałem się myślą o konfrontacji rzeczywistości z jej wizerunkiem odwzorowanym na mapie topograficznej.

Dojeżdżamy do dworca PKS. Janusz już czeka. Robert jest jeszcze w drodze. Przygotowanie do drogi, przyjazd Roberta, ostatnie ustalenia, wyjście z Gryfowa, przewinąły się tak szybko, nieistotnie, niezauważalnie. Start (początek wycieczki raczej) i powrót (nie mylić z metą) w takich sytuacjach uważam za opakowanie, niby istotny element, ale po wydobyciu zawartości – zbędny. Gdybym miał rozróżniać te dwa (nieistotne?) elementy, to wolę start i towarzyszące mu napięcie, niecierpliwość, niepewność, adrenalinę. Choć w wypadku, powiedzmy, wycieczki biegowej, trekkingu, ten start/początek jest różny od startu w zawodach. Nie ma tego skupienia na celu, na taktyce, a przeważa nutka odkrywania, poznania nowego.

 ZAPORA raz

Ruszamy, rozpoczynamy nową przygodę. Zmierzamy północną stroną Jeziora Złotnickiego w stronę zapory. Droga to jeden wielki trawers, co jakiś czas opadający, to znów wznoszący się po zboczach otaczających jezioro wzgórz. Janusz wiedzie prym, narzuca tempo. Przytroczona do mojego pasa, Luna wyrywa się do przodu pchana instynktem. Chce przewodzić stadu. Wywołuje lekkie zamieszanie, póki nie przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Dobre psisko. Z zaciekawieniem obserwuję jezioro i jego odtoczenie. Na południowej stronie pojawiają się ośrodki wypoczynkowe. Jeszcze nie wiem o tym, że staną się naszym utrapieniem. Słodka nieświadomość. Wzrok przyciąga zamarznięta tafla jeziora, wysoka linia brzegowa, jego szerokość – sto, sto pięćdziesiąt metrów. Może to wina pory roku, panującej właśnie odwilży, że sprawia wrażenie zimnego i głębokiego. Jest inne od jezior, których sporo w okolicy, w której mieszkam, które kojarzą się ze słoneczną plażą, rowerem wodnym, zapachem grillowanych potraw i hałasem dobiegającym z plaży. Te posiada inny klimat, raczej różnorodność klimatów, która objawi się już za chwilę za tą skałą i tamtym zakrętem.

Jest zapora! Przyspieszamy. Musimy uważać, bo lód pokrywa drogę i ślisko jest niesamowicie. Ale to nie ważne, nie teraz. Widok zachwyca. Sycę oczy. Zlizuję barwy zimy, rozjaśnione żółtym promieniem świecącego słońca. Bardzo podoba mi się architektura zapory i budynków leżących poniżej. Ich kamienna konstrukcja wtapia się w tło, wspaniale współgra z otaczającym je urwiskiem. Przystajemy na krótki popas, to miejsce jest warte tego, aby się zatrzymać. Sięgamy po żelazne racje, Luna dostaje swoje psie smakołyki. Przychodzi czas na krótką sesję zdjęciową i ruszamy w drogę. Przechodząc przez zaporę, Janusz niczym narciarz biegowy, pokonuje ją ślizgiem, odpychając się kijami.

CZOCHA

 Schodzimy z zapory, pokonujemy tunel i tym sposobem znajdujemy się na południowej stronie Przełomu Kwisy, pomiędzy jeziorami. Bywa tak, że są odcinki niesamowicie malownicze, estetycznie słuszne (mój ulubiony zwrot), bywa też tak, że trzeba się przemęczyć i zaliczyć odcinki „jałowe”, które w innych okolicznościach mogłyby być interesujące. Taki odcinek właśnie przemierzaliśmy. Szlak zbocza i odkleja się od linii brzegowej, prowadzi nas błotnistymi drogami, poprzez pola, zabudowania okolicznych wsi. Tylko horyzont zdobi zamkowa wieża.

 Z pól wydostajemy się na asfaltową drogę, którą docieramy do zamku. W tym momencie powinienem  umieścić obszerny opis zamku. Jest, o czym pisać. Piękna budowla, piękna okolica oraz to, co rzuciło mi się od razu w oczy, zachowana cała infrastruktura podzamcza. Wiem, że wrócę i zwiedzę Czochę, planuję poświęcić temu osobny wpis. Tymczasem, zatrzymaliśmy się na popas i pamiątkową fotografię. Mieliśmy dosłownie chwilę, aby rozglądnąć się po okolicy zamku, szlak przyciągał jak magnes.

 ZAPORA dwa. Zamarznięte jeziora.

 Brzeg jezior Leśniańskiego i Złotnickiego zagrabiony jest przez ośrodki wypoczynkowe. Odstraszają wysokie płoty, tabliczki z napisem „teren prywatny”. Szpecą budynki i domki letniskowe niedbale rozsypane po okolicy. Brzydota nie do opisania kościstymi łapami rozgarnia chmurę klimatu, jaki otacza zamek i jego otoczenie. Nie cierpię tego uczucia! To jest niemal tak, jak by ktoś wytrącił mnie, chwilę po tym jak załapię flow, z tego wspaniałego stanu ducha.

Mijamy pierwszą barykadę ustawioną ze szpetnych domków. Płot wyznacza nam kierunek marszu. Przed nami zamarznięta tafla jeziora, a na tafli wędkarze pochyleni nad przeręblami, wpatrzeni w kiwoki i spławiki, zaklinają ryby. To takie stymulujące. Przyglądam się z zaciekawieniem rozrzuconym po lodowej płycie postaciom. Spokój wędkarskiej ceremonii kontrastuje z naszym tempem. Przypominają mi się chwile spędzone z wędką w ręku nad brzegiem Odry. Odskocznię od miejskiego zgiełku; cisza, zieleń i wielka rzeka.

 Zbliżamy się do zapory. Tym razem nie wpadłem w zachwyt nad architekturą zapory, widokiem płynącej w dole Kwisy. Tym razem moja uwaga skupiła się na budynku stojącym po drugiej stronie, tuż nad zaporą. Fantastyczna budowla, niesamowita! Idealne połączenie kamienia, cegły i drewna. Chciałbym mieszkać w takim domu.

RAJSKO

Okrążamy jezioro. Mijamy kolejne pole zaminowane domkami letniskowymi. Ponownie znajdujemy się na północnej stronie. Przez pewien czas przedzieramy się przez śmietnisko powstałe z naniesionych przez nurt śmieci wrzucanych do wody przez plażowiczów. Bolą oczy. Chcę tylko jednego, uciec z tego miejsca jak najszybciej. Przyspieszamy.

Szlak odbija w lewo, skręca w stronę wsi. Postanawiamy trzymać się brzegu. Trawers stromego zbocza jest bardzo kuszący, a widok na górujący zamek – przepiękny. Przystaję na chwilę na skale, przede mną urwisko, w dole toń. Słońce ogrzewa promieniem twarz. Popadam w zadumę. Kontempluję otoczenie. W głowie trwa goń myślowa. Panowie znikają za wzniesieniem, a ja nie chcę przerywać tego stanu. O tym stanie pisałem niejednokrotnie, lubię się tak zanurzyć, odpaść na chwilę.

Zamek Rajsko stał się własnością prywatną. Teren dookoła zamku zamienił się w otoczony płotem plac budowy. Miły Pan Stróż informuje nas, że restaurowany zamek wraz z odbudowywanymi i dobudowywanymi budynkami ma stać się hotelem dla elit. Dzięki uprzejmości Pana Stróża dostajemy się na zamkowa wieżę, z której podziwiamy przepiękny widok na jezioro.

KANADA

Dla pokonania tego odcinka warto tutaj przyjechać. Odbyć szybką podróż po to, aby znaleźć się gdzieś na peryferiach Alaski, na Terytorium Jukon. To odcinek między zamkiem Rajsko, a zaporą spiętrzająca wody jeziora Złotnickiego, do którego docieramy po pokonaniu (niestety) kolejnego kempingu. Kwisa jest zimna, rwąca i niebezpieczna. Wymagający szlak prowadzi jej skalistym brzegiem. Musimy uważać aby nie zsunąć się prosto w nurt. Dla bezpieczeństwa odpinam Lunę. Poruszamy się powoli. Nawet nie staram się przyspieszać. Mam wrażenie jakbym wylądował gdzieś w Kanadzie u brzegu górskiej rzeki.

POŁUDNIOWA STRONA – TO JUŻ KONIEC?

 Kolejne przejście przez zaporę. Tutaj zawijamy ósemkę. Przechodzimy przez tunel i trzymając się ścieżek na południowej stronie jeziora, zmierzamy w stronę Gryfowa.

Mijamy ośrodek wypoczynkowy. Jesteśmy w trakcie finału. Kilka kilometrów dzieli nas od mety. Poruszamy się szybko. Ścieżka staje się klaustrofobiczna: po lewej – jezioro, po prawej – strome wzniesienie. Pojawiające się na drodze, obgryzione resztki sarnich ciał, na których widok Luna oblizuje się smakowicie, uświadamiają mi jaką ta ścieżka jest pułapką, gdy przykryje ją głęboki śnieg.

Przed nami kolejny ośrodek, oddalony o trzydzieści minut od poprzedniego. Jest, oczywiście, otoczony płotem, który stanowi przeszkodę na naszej drodze. Stanowi tez inną przeszkodę – oddziela od lata. Dla osób, które szukają samotności, lub chcą się wyrwać z objęć miasta najlepszą porą jest zima. W sezonie letnim spada atrakcyjność Przełomu Kwisy. Jazgot dochodzący z zatłoczonej plaży, wędkarze okupujący brzeg, te cholerne kempingi broniące dostępu do jeziora, mogą zniechęcić. Cieszę się, że znaleźliśmy się tutaj właśnie teraz, podczas zimowej odwilży.

Docieramy do Gryfowa. W mieście poruszenie i wielki bal, trwa finał WOŚP. Przedzieramy się przez tłum, lawirując między przechodniami, szybkim krokiem idziemy w stronę zaparkowanych przy dworcu PKS aut.

Następuje odcięcie. Koniec przygody.

 


Jedziemy na wycieczkę! Góry Sowie.

Wycieczka optymalna. Aby zachęcić do wspólnych wypadów rasowych napieraczy, niedzielnych biegaczy, wytrawnych turystów, trzeba iść na kompromis. Ze względu na różne tempo poruszania się oraz przygotowanie kondycyjne wymienionych grup, nie jestem w stanie utrzymać zasady: „Startujemy razem, kończymy razem”. W tym przypadku, niezbędny jest podział. Podział, który już raz zaistniał (na grupę biegową i Matiego – turystę, bo o grupie turystycznej trudno tutaj mówić), przy okazji wypadu w Góry Kamienne. Jestem spokojny, bo zadowolenie Matiego było w pełni potwierdzeniem tego, że nie poczuł się zaniedbany, zrealizował znaczną część swoich założeń, i po części spełnił się podczas wycieczki.

Z dala od tajemnic. Riese -  przyciąga jak magnes. Kompleksy Rzeczka, Osówka, Włodarz, podziemne sztolnie, mekka poszukiwaczy tajemnic. Przyznać się muszę, że w pierwotnej wersji trasa wycieczki miała przebiegać „szlakiem tajemnic”, a hasłem przewodnim miał być „Olbrzym”, który fascynuje do dziś. Dopełnieniem i wisienką na torcie byłoby zwiedzanie Twierdzy Srebrnogórskiej. Wytyczając trasy wcześniejszych wycieczek, starałem się aby na trasie zawsze znalazła się jakaś atrakcja.  Mając w pamięci, to że atrakcje te były jedynie małym dodatkiem na biegowej trasie, przy którym zatrzymywaliśmy się na krótki popas, szybką sesję fotograficzną, zamiast interesować się wspomnianymi, syciliśmy oczy pięknymi widokami, a bardziej od budowli interesowały nas góry – odpuściłem. Skoro tym razem wykluczam pojawienie się turystycznych atrakcji, to co mogę zaoferować w zamian?  Odpowiem: wspaniałą eskapadę w doborowym towarzystwie, Góry Sowie i biegnący przez nie czerwony szlak GSS, sporo spalonych kalorii i jednodniową przygodę. Wystarczy :) ?

Miejsce akcji: Góry Sowie
Dystans: opcja A – 50km, opcja B – 35 km
Zbiórka: 12.02.2011, Walim (skrzyżowanie szlaków: żółtego,niebieskiego i zielonego, nieopodal dworca PKP), godz. 7.45
Start: godz. 8.00

Trasa:

Opcja A. Trasa biegowa.

Z Walimia żółtym szlakiem na Wielką Sowę. Tutaj możliwość wejścia na kamienną wieżę widokową. Następnie, czerwonym szlakiem (GSS) w stronę Przełęczy Jugowskiej, mijając po drodze Niedźwiedzią Skałę, aż do schroniska „Zygmuntówka”. Dalej przez Rymarza, Słoneczną, Kalenice (metalowa wieża widokowa), Popielak, Kobylec do Przełęczy Waliborskiej. Od przełęczy, nadal szlakiem czerwonym, aż do Srebrnej Góry, mijając po drodze: Szeroką, Malinową, Gołębią, Gąsiorek, Chochoł Wielki, po lewej stronie Twierdzę Srebrnogórską. Nawrót przy schronisku Pod Fortami.

Opcja B. Trasa turystyczna.

Do Przełęczy Waliborskiej przebieg taki sam jak trasy biegowej. Następnie, z przełęczy szlakiem niebieskim do drogi. Na zakręcie gdzie szlak kieruje się na północ, a droga skręca w lewo trawersując Kozią Równię, zejść z drogi w kierunku zachodnim, w górę potoku Kamionka do zielonego szlaku, a nim do Koziego Siodła. dalej żółtym szlakiem do Schroniska Sowa. Dalej Srebrną Drogą i Drogą Gwarków (szlak fioletowy[?]) do szlaku żółtego a nim do Walimia.

Wycieczka jest częścią projektu NBR on Tour i grupy biegowej Natural Born Runners.


Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?

Należę do plemienia poszukiwaczy. Odnajduję miejsca i lubię się w nich zagubić. Łączę romantyzm chwili z klimatem i estetyką otoczenia. Zaglądam w zakamarki dotąd niezbadane, dziewicze. To zawsze wywołuje u mnie dreszczyk emocji, jak u dzieciaka, który dostał swoją upragnioną książkę o dinozaurach. Mój mikroświat pękł, rozleciał się na milion drobnych części. Nie składam go, bo i po co. Wyobcowanie? Nie. Melancholia? Nie!

Połączyłem zalążki odkrywcy z moją biegową pasją. Tak to narodziły się wycieczki biegowe, które staram się „organizować”, co jakiś czas, wybierając estetycznie słuszne plenery. Tak, też trwa odkrywanie tajemnic Magicznego Lasu, eksploracja Wzgórz Pszczółkowskich. W tej całej historii z odkrywaniem stawiam na „lokalnie”, choć od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie „globalnie”.

Pewnego razu korespondując z Grześkiem Łuczko, zaczęliśmy snuć plany (a wyobraźnia nas poniosła), na totalnie odjechane eskapady biegowe. Mniejsza o długość i czas, liczy się trasa i jej przebieg. Na razie nie zdradzę, nic a nic, z naszych śmiałych planów. Pewne jest to, że zaczynamy się „organizować” i pod szyldem NBR on Tour w lutym udamy się na kolejną wycieczkę biegową, tym razem po Górach Sowich, o której niebawem napiszę więcej. Grzesiek jeszcze o tym nie wie, ale mam zamiar w tym roku wprowadzić jeden z naszych śmiałych pomysłów w życie.

Tymczasem, oświadczam, że rozpoczynam publikację serii wpisów traktujących o wypadach połączonych z różnymi formami aktywnego spędzania czasu (nie tylko bieganiem człowiek żyje). Opiszę w nich miejsca, formę aktywności, przedstawię lokalne ścieżki biegowe. Pierwsza cześć już niebawem, a w niej: Dlaczego bieganie poza sezonem bywa atrakcyjne? Czyli lajtowy trekking dookoła Przełomu Kwisy. Następnie, relacja z zeszłorocznego wypadu w Góry Kamienne i to jak trasa przerosła jej twórcę. Chwilę po tych wpisach kolejny: Kochanie zgubiłem buta w bagnie. Czyli BnO po torfowiskach Wzgórz Pszczółkowskich.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do lektury, a także do udziału w kolejnych wycieczkach biegowych. Do zobaczenia gdzieś w środku lasu :) .


Jedziemy na wycieczkę! „Dookoła Przełomu Kwisy”.

W nowy rok wejdę… a raczej wbiegnę.

Wraz z Zuzanką, tradycyjnie weźmiemy udział w Noworocznym Marszobiegu Nie Jesteś Sam. Przebiegniemy umowny dystans 1 km, po czym rozgrzewając się gorącą herbatą, weźmiemy udział w niosącym wiele emocji losowaniu nagród. Równie tradycyjnie, Piotrkowa familia zgarnie najwięcej fantów. Jednak mniejsza o fanty, najważniejsza będzie dobra zabawa w doborowym towarzystwie i aktywne spędzenie pierwszego dnia nowego roku.

Od pewnego czasu korci mnie, aby Nowy Rok rozpocząć bardziej „treściwie”, wybrać się w estetycznie słuszne miejsce, zaliczyć odpowiednio długi dystans w ciekawym terenie, spotkać się przy tym z ludźmi, których zainteresowania biegowe wykraczają daleko poza pojęte ramy miejskiego truchtania.  Nieśmiało rzuciłem temat przy okazji komentarzy do ostatniego wpisu. Taka inicjatywa jest tematem, sama w sobie, na odrębny wpis, który właśnie powstaje. Mam cichą nadzieję, że wyniknie z tego ciekawa, niekoniecznie w kameralnym gronie, wycieczka biegowa.

Miejsce akcji: Przełom Kwisy
Dystans: około 30 km

Zbiórka: 9.01.2011, Gryfów Śl. dworzec PKS, godz. 7.30
Start: godz. 8.00

mapa Przełomu Kwisy

Przełom Kwisy - mapa poglądowa.

Trasa: Zaczyna się przy dworcu PKS i wiedzie żółtym szlakiem, aż do mostu nad Jeziorem Złotnickim, gdzie należy kierować się na wprost do miejscowości Lestkowa. Tam spotyka się ze szlakiem czerwonym i podąża nim do zapory, gdzie łączy się ze  szlakiem niebieskim, który prowadzi do OW Turów. Spod ośrodka wypoczynkowego kieruje się żółtymi znakami, obok ruin szubienicy i prowadzi do zamku Czocha. Następnie dalej, szlakiem niebieskim, aż do ruin zamku Rajsko. I dalej, do szlaku czerwonego, gdzie ponownie przechodzi przez zaporę. Stamtąd na zachód szlakiem żółtym w stronę Gryfowa Śląskiego.

Dodatkowo, jeśli czas pozwoli, jest możliwość zwiedzenia zamku Gryf.

Atrakcje: Zamek Czocha, o którym sporo informacji można znaleźć TUTAJ. Ruiny zamku Rajsko z  punktem widokowym znajdującym się na szczycie zamkowej wierzy, z którego to rozciąga się przepiękny widok na Przełom Kwisy. Więcej informacji o zamku TUTAJ. Zapory na jeziorach: Złotnickim i Leśnickim. Ruiny szubienicy. Opcjonalnie zamek Gryf.

Udział w wycieczce zgłosili: Janusz (Skiboy) i Mati – razem poniewieraliśmy się po Górach Wałbrzyskich i Kamiennych podczas ostatniej wycieczki biegowej oraz Piotrek – mój towarzysz na wędrówki po górach, treningi i śmiałe eskapady. Jeśli ktoś ma ochotę spalić trochę kalorii podziwiając przy tym piękne plenery Przełomu Kwisy, serdecznie zapraszamy :) !

EDIT (2.01.2011) :

Janusz (w sieci znany jako Skiboy), wybrał się do Gryfowa, w celu sprawdzenia, nijako na własnej skórze, jakości szlaków, zbadania grubości pokrywy śnieżnej, ect.
Oto jak podsumował dzisiejszy rekonesans:

Przeszedłem dzisiaj połowę trasy, z Gryfowa dookoła jeziora Złotnickiego. Pokrywa śniegu na trasie to ok.15 do 30 cm. Około 70 procent trasy nieprzetarte i niestety trzeba orać. Dzisiaj było ok.  -1,5 stopnia, pod warstwą śniegu, miejscami niezamarznięta woda. Na południowym brzegu jest grubsza pokrywa śniegu niż na północnej stronie, ale nawet tam gdzie nikt nie chodził, zwierzaczki wydeptały ścieżkę wokół jeziora przez co lepiej  toruje się szlak. Całość dzisiejszej traski zajęła mi 4 godziny bez zbytniego pośpiechu. Zdecydowanie wskazane obuwie trekkingowe i stuptuty, no chyba że masz Ice-Bugi.

Jak wynika z relacji Janusza, czeka nas więcej „orania” niż biegania. A obowiązkowym obuwiem będą wysokie buty trekkingowe, chyba że sprawdzą się prognozy synoptyków i nadejdzie przewidywana odwilż. Generalnie, należy nastawić się na wycieczkę stricto trekkingową niż biegową. Z butów trekkingowych zrezygnuję, moje zimowe Merrelle, świetnie sprawują się w głębokim śniegu i niskich temperaturach, ale marnie wypadają podczas konfrontacji z większą ilością wody.  Tak więc, buty I8 wspomagane lekkimi stuptutami będą tak samo „wodoodporne” co trekkingi Merrella, ale o niebo lżejsze.

Janusz, twierdzi, że pokonanie połowy trasy „bez zbytniego pośpiechu” zajęło mu 4 godziny. Czyli pokonanie całej trasy, uwzględniając zwiedzanie znajdujących się na planowanej drodze zamków oraz biorąc poprawkę na Januszowe tempo, które dla co niektórych może być mordercze, może nam zająć 8 – 10 godzin. Nieźle jak na trzydziestokilometrowy spacer.