NBR on Tour 2012 – inauguracja
Minęło prawie pół roku od ostatniej wyrypy spod znaku NBR on Tour, gdzie w zacnym gronie mogłem uprawiać górski chillout – nową dyscyplinę turystyki średniobiegowej. Od tego czasu niepostrzeżenie zrobiło się ciasno w moim kalendarzu. Tłoczą się tam czerwone krzyżyki, zielone kółka, pojawiają mrożące krew w żyłach nazwy: ekstremalne to, nocne ekstremalne tamto. Startowo – treningowy zawał. U Grześka sprawa wygląda zgoła odmiennie: facet realizuje się, spełnia w tym co robi, czyli łącząc pasję z pracą, trenuje, startuje, bije nowe rekordy. Niby wszystko gra, jest pięknie, ale czegoś tutaj brakuje. Gdzieś po drodze, przypominamy sobie, żeby zorganizować jakiś wypad, ale potem to ulatuje zostawiając po sobie pustkę. Nadchodzi jednak taki dzień, aby sprawy bieżące odsunąć na bok i zająć się tym, co najprzyjemniejsze: bieganiem po górach.
Tym razem na tapetę bierzemy Masyw Śnieżnika i G. Bialskie. Spotykamy się na przełomie maja i czerwca w małej miejscowości Międzygórze. Ostateczny termin podam za jakiś czas. W planach, wypad dwudniowy z noclegiem w schronisku.
Uprzedzam, że jeszcze nie zaplanowałem trasy tak, że ewentualne propozycje i sugestie są mile widziane. W wielkim skrócie: zamierzamy obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich, pojawić się w Kletnie, wypędzić niedźwiedzie z dziury, odwiedzić naszych południowych sąsiadów, przeprowadzić pełną degustację złotego nektaru, spędzić wieczór na pogaduchach, wyspać się smakowicie i…. i obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich.
EDIT: Proponowana trasa:
Dzień I
Z parkingu w Międzygórzu pobiegniemy zielonym szlakiem, trawersując Smrekowiec, do Przełęczy Śnieżnickiej. Następnie wykonamy rasowy downhill żółtym szlakiem do Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Warto zwiedzić jaskinię, cena biletu to 19zł, jednak należy wcześniej zarezerwować bilety, ale tym zajmę się ja. Z Jaskini udamy się niebieskim szlakiem rowerowym w stronę Kamienicy, aby wejść na szlak żółty, z nim do zielonego na Przełęcz Głęboka Jama. Następnie zielonym szlakiem dotrzeć na Śnieżnik. Tutaj zdecydujemy czy wracać do schroniska Na Śnieżniku, czy zbiec czerwonym szlakiem na stronę Czeską, wbić się na niebieski szlak, przejść Mokry hrbet, wejść na szlak zielony i ponownie na niebieski. Dotrzeć do Dolnej Morawy, gdzie nawodnimy się chmielowym izotonikiem. Po odpowiednim nawodnieniu się wrócimy na szlak niebieski, nim dotrzemy na zielony, który doprowadzi nas prosto do schroniska.
Dzień II
Proponuję wstać przed wschodem słońca, zejść do Międzygórza, zapakować się do aut i pojechać do Czech. Za cel obrałem Staré Město, które możemy zwiedzić , następnie udać się w Góry Bialskie. Trasę ustalimy na miejscu.
Wszystkich chętnych na biegowy weekend, małą górską przygodę, w imieniu Grześka i swoim, serdecznie zapraszam.
Do zobaczenia na szlaku!
Jedziemy na wycieczkę – Czeska i Saksońska Szwajcaria

Jest okazja, jest okazja do świętowania! Rok działalności grześkowego sklepu dla biegaczy Naturtal Born Runners. Jak powszechnie widomo, albo nie, okazja czyni… czyni wycieczkę. Tym razem postanowiliśmy w ramach NBR on Tour zorganizować coś specjalnego, coś nieodległego, coś tak pięknego, że niemal bajkowego, mianowicie wybrać się w odwiedziny do naszych południowych sąsiadów, przy okazji zaglądnąć do sąsiadów zachodnich. Mówa tutaj o Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.
Mamy zamiar w ciągu dwóch dni obiegać i zwiedzić jak najwięcej atrakcji tego regionu. Miejsc godnych uwagi jest naprawdę sporo tak, więc w zależności od liczby chętnych na wycieczkę, ewentualną trasę ustalimy wspólnie. W planach jest biwak. Chcemy zaparkować samochody na jakimś przyjemnym, najlepiej zaopatrzonym w jakąś infrastrukturę pod podstacją wiaty i miejscem na rozpalenie ogniska, parkingu. W pierwszy dzień „zrobić” pętlę wschodnią objętą przez Národní park České Švýcarsko, po biwaku przy ognisku, na drugi dzień, wybrać się na teren Sächsische Schweiz.
Kiedy jedziemy? Spotkamy się w umówionym miejscu 22 października. Jesteśmy w trakcie dogrywania szczegółów tak, więc punkt zborny ustalimy za jakiś czas. Na Facebooku zostało utworzone wydarzenie pod nazwą Jubileuszowa wyrypa NBR on Tour , gdzie pojawią się wszystkie informacje na temat wycieczki. Dodatkowo, dodam je także poniżej tego wpisu, w formie komentarza.
O czym należy pamiętać? Październikowe noce bywają zimne, spanie pod chmurka odpada, zabieramy namioty, grube karimaty, maty samopompujące i ciepłe śpiwory. Jeśli okaże się, że grupa chętnych to twardzi fastpackerzy, zabieramy wymagane minimum. Choć optuję jednak za biwakiem z czeskimi atrakcjami w płynie – oczywiście w rozsądnych ilościach. Czeskie Korony i kilka Euro w kieszeni, na ewentualne popasy gdzieś pod drodze. O całym niezbędnym sprzęcie nie będę się rozpisywał, każdy wie, co będzie mu potrzebne. Mapami zajmę się ja, przygotuje odpowiednią ilość zalaminowanych egzemplarzy. Dla bezpieczeństwa umieszczę tam nr telefonów alarmowych oraz uczestników wyrypy.
Już dziś zapraszam do publikowania swoich propozycji i spostrzeżeń, a wszystkich chętnych zapraszam w imieniu Grześka i swoim. Do zobaczenia na szlaku!
B7D – kiedy pasja przegrywa z pracą.
Co powinienem teraz robić?
Powinienem opisywać wrażenia z Biegu 7 Dolin, Ultramatratonu 7 Dolin, napisać długą, pełną wrażeń, relację. Powinienem, spełniony, dbać o regenerację nadwerężonych wysiłkiem mięśni.
Powinienem analizować potencjalne błędy, taktykę.
Powinienem cieszyć się z wyniku, niezależnie od tego, jaki bym uzyskał.
Powinienem…
Rzeczywistość okazała się z goła odmienna, brutalna wręcz. Zamiast wystartować, spędziłem weekend w pracy. Myślami byłem w Krynicy, ciałem gdzieś na terenie HMG. Wściekłość minęła, pozostał żal. Nie, nie będę pisał, że trening poszedł na marne, bo nie poszedł. Zrobiłem znaczny postęp, a wysiłek, który włożyłem w przygotowanie do U7D zaowocuje w przyszłości. Szkoda mi startu, szkoda punktów do puli UTMB. Co teraz zrobię? Przeorganizuję kalendarz, zweryfikuje plany. Punkty są jeszcze do zdobycia, choćby nawet w grudniu. A starty? Kolejny już za dwa tygodnie, po drodze pojawi się bardzo nietypowa impreza organizowana przez Jurka Górskiego, o której w najbliższym czasie napiszę kilka słów.
Po ostatnim starcie, czyli, jak już pisałem za dwa tygodnie rozpoczynam planowane roztrenowanie. Trzy tygodnie laby. No nie do końca takiej laby. Przesiądę się na rower szosowy i pokręcę trochę korbą. Mam w planach pojeździć na dłuższych dystansach, ale bez ciśnień i walki z czasem, z resztą marny ze mnie kolarz tak, więc ta walka o czas może objawić się jedynie chęcią dotarcia do cywilizacji przed zmrokiem.
Jest jeszcze coś, wyrypa spod znaku NBR on Tour, tym razem coś specjalnego, na specjalną okazję. Planujemy dwudniowy wypad po Czeskiej Szwajcarii i Górach Łużyckich. Chcemy uczcić rok działalności sklepu Natural Born Runners i rok naszych spotkań biegowych. Niebawem napiszę małe co nieco odnośnie tej wycieczki, tym czasem muszę skupić się na dokończeniu relacji z IWW. To tyle, jeśli chodzi o plany. Koniec z tą dywagacją, wracam do tematu.
Rozmawiałem wczoraj z Grześkiem, uzyskał dobry wynik podczas U7D, o ile dobrze pamiętam było to coś w okolicy 13:47. Świetny czas jak na jego niebieganie. Kalkulując, porównując, stwierdzam, że nie byłbym w stanie zbliżyć się do 12 godzin. Trzynaście z wielkim hakiem tak, ale dwanaście to już jazda bez trzymanki, może do 50 km wytrzymałbym tempo, po nim padłbym trupem. Grzesiek wspomniał, że kryzys zaczął się około 26 km, a cały bieg, to walka ze sobą, z kilerską trasą. Ciekawi mnie jak porówna U7D do Sudeckiej Setki Marcin Pawłowski, który tak samo jak S100, U7D ukończył z czasem ponad 12 godzin. Czekam z niecierpliwością na relację i wrażenia z biegu.
Z wczorajszej rozmowy zapamiętałem jeszcze jedno. Grzesiek zalany endorfinami, adrenaliną, nasza rozmowa, dziwnie się nie kleiła, była bardzo chaotyczna. Miał kopa, postartowy high! Coś, co dopada nas uczestników, zawodników, startujących zaraz po przekroczeniu mety, chwilę po tym jak uświadamiamy sobie, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty, a zadowolenie z uzyskanego wyniku pogłębia ten stan. Ja też tak chciałem. Zamiast tego dostałem 8 godzin za biurkiem.
Praca versus Pasja. Mano-a-mano. Pasja, choć walczyła jak lew, dostała łomot jak Adamek…
NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 2
Poranek nadziei, długie rozmowy o wszystkim, Orlica i linia Maginota.
Schronisko Pasterka. Godzina 5:00. Ze snu wyrywa mnie sygnał budzika. Wstajemy niemal równocześnie. Wynosimy się po cichu z pokoju. Szybka toaleta, ubieranie na korytarzu, ostatni przepak przed drogą. Chwilę po tym stoję przed schroniskiem i patrzę z niedowierzaniem. Nie pada, a na horyzoncie odbywa się wspaniały spektakl: wschód słońca. Jest pięknie! Na wschodzie się przeciera, na zachodzie po niebie suną kłębiaste chmury. Jest szansa na słoneczny dzień.
Parkujemy nieopodal wejścia na szlak. Z parkingu rozciąga się rozległy widok na Góry Stołowe i Sowie. Humory dopisują. Jest zimno i wieje jak cholera. Wilgotna odzież wzmaga uczucie zimna. Zostawiamy samochód za sobą i wchodzimy w las. Szlak jest błotnisty i spływa nim strużka wody. Jest tak szaro i ponuro. Powoli zbliżamy się do grani. Grań ginie w chmurach. Zanurzymy się we mgle. Cieszę się, że nie pada.
Zazwyczaj przy tych naszych wyrypach pada dużo słów. Zdania ciągną się za nami niewidzialną smugą. Rozmawiamy dużo, o wszystkim i o niczym. Mati to milczek, rasowy introwertyk, za to Grzesiek, Grzesiek jest idealnym kompanem, tak samo do wędrówki jak i do rozmowy. Dobry z niego mówca, cierpliwy słuchacz. Zwłaszcza to drugie w nim podziwiam, przy moim gadulstwie, zachować taki spokój.
Gdzieś tutaj powinny być! Bunkry – potencjalne miejsce na nocleg. Z tym noclegiem to było tak: Wymyśliłem sobie, że prześpimy się gdzieś w górach. Zazwyczaj, gdy nie ma schroniska w pobliżu, śpi się w wiatach lub różnej maści schronach górskich. Górska, można powiedzieć, noclegowa rzeczywistość. Ale co zrobić, gdy mapa nie wskazuje gdzie na szlaku znajduje się wiata? Można wydedukować, że najczęściej bywają budowane przy skrzyżowaniach szlaków. Ale to nie jest normą. W naszym przypadku, mapa określała jasno gdzie rozpoczyna się linia umocnień i w którym kierunku ciągnie. Noc w bunkrze, ciekawa alternatywa dla „górskiej rzeczywistości noclegowej”.
Jakiś czas temu zeszliśmy z Orlicy, niezbyt imponujący wierzchołek. Ot, taki zarośnięty szczyt z tabliczką informacyjną wbitą w odpowiednim miejscu. Teraz idę rozglądając się na lewo i prawo. W dół prowadzi asfaltowa droga. Jest! Jest bunkier. Zaraz się okaże, co nas ominęło. Wyobrażam sobie wilgotne i zdewastowane wnętrze. Jak miło minie zaskoczyło to, co zobaczyłem. We wnętrzu jest sucho i względnie czysto. Jest ciasno, bunkier był, chyba, przewidziany na dwuosobową obsadę, jednak można by było się wyspać i w trójkę. Na ścianach i stropie ponabijane są deski, resztki szalunków. Potem, już w domu, doczytałem, że linia umocnień nigdy nie była użyta. Ironia losu. Historia potoczyła się inaczej, niż przewidywali to Czesi.
Jedyni turboturyści w okolicy, czeskie smaki, szybki powrót i granica w słońcu.
Mija kolejna godzina naszej wędrówki, zbliżamy się do miejscowości Deštné v Orlických horách. Wyglądamy jak uciekinierzy – ubłoceni, przemoczeni, niosący cały swój dobytek na plecach. Uciekinier – nie mija się to z prawdą, jestem uciekinierem, uciekam od cywilizacji, od głupich spraw, głupich ludzi. Moje pojęcie uciekiniera jest na stałe połączone z pojęciem odkrywcy. Uciekam od cywilizacji, zagłębiam się w otaczającą mnie naturę odkrywając – dla mnie – nowe, dzikie miejsca. Doświadczam wiatru, palących promieni słońca, deszczu, nocy. Za każdym razem chcę więcej i więcej. Nigdy nie mam dość!
Docieramy do schroniska, zamawiamy knedliki. Odpoczywamy racząc podniebienia nowym nieznanym smakiem potrawy. Knedlik jest przepyszny, w smaku i konsystencji, coś jak bułka na parze. Do niego wołowina i sos śmietanowy o aromacie cytrynowym. Obok wołowiny, słodki akcent, powidła żurawinowe, skrawek bitej śmietany i dopełniający kompozycję plasterek cytryny. Pisałem coś o odkrywaniu?
Prowadzeni słupkami granicznymi, maszerujemy w stronę parkingu. Chmury rozwiał wiatr, ukazając błękitne niebo. Słońce podkręciło nasycenie barw. Czuję się spełniony. Wypędziłem diabla, teraz spokojnie mogę wrócić do domu. Mijamy Orlicę. Wracamy po swoich śladach do auta. Po drodze opowiadam Grześkowi, w jaki sposób zacząłem swoją przygodę z bieganiem, jak wyglądały moje pierwsze treningi. Życie płata nam figle. Przebyłem długą drogę, od nihilisty nurzającego się w dekadencji, aż do.. właśnie, kim jestem?
Prawdziwy chillout, Zamek Książ, chleb ze smalcem i tęsknota za górskim szlakiem.
Wracamy. Przejeżdżamy przez Duszniki-Zdrój, mijamy drogę prowadzącą w kierunku Błędnych Skał, jadąc przyglądamy się, jeszcze wczoraj oblewanemu strugami deszczu, Szczelińcowi. Prowadzeni przez Drogę Stu Zakrętów zjeżdżamy w stronę Radkowa. Jakiś czas potem, pokazuję Grześkowi wąskie uliczki Nowej Rudy.
Świebodzice. Zatrzymujemy się nieopodal wejścia na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego. Kuszeni sprzedawanym grubym pajdom żytniego chleba, posmarowanym pysznym smalcem, dopełniając wyprawę, postanowiliśmy przespacerować się dookoła Zamku Książ. Wyszło ździebko inaczej niż zaplanowaliśmy. Deszczowa aura przepędziła wszystkich sprzedawców tak, że z chleba nici. Zwiedziliśmy dziedziniec zamku, jego okolicę. Podziwialiśmy zamek z daleka, patrząc na niego z punktu widokowego. Nasza wycieczka powoli dobiegała końcowi. Wracaliśmy do zaparkowanego auta, ze śpiącym w środku Matim.
Zawsze tak mam, że gdy zjeżdżam z gór, ogarnia mnie smutek. Żal, że to już koniec, że trzeba się pożegnać. Oczy bolą, gdy widzę doliny. Aby odzyskać równowagę planuję kolejny wypad. To taka gra: było pięknie, ale może być jeszcze piękniej! To pomaga. Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdybym mieszkał gdzieś w górach. Lepiej skończę już ten wpis. Siedzę przed komputerem, za oknem prosta linia horyzontu, w oddali las, za lasem…
NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 1

Długa droga do celu, Pasterka, zimne Opaty i słońce daleko ponad chmurami.
Piątek przywitał nas deszczowo. Niebo pokrywały czarne chmury, z których bezlitośnie lała się woda. Nic nie pokrzyżuje nam planów. Co tam deszcz, kiedy przygoda tuż, tuż!
Tradycyjnie, spotykamy się z Grześkiem w Szlichtyngowej, szybko pakujemy szpej do mojego małego autka i ruszamy w stronę Wałbrzycha. Droga dłuży się niemiłosiernie. Warunki pogodowe nie pozwalają na szybką jazdę. Może i da się szybciej, ale nie jestem samobójcą. Nie uśmiecha mi się podróż ze średnią prędkością 70km/h, ale co zrobić? Jezdnia tonie w wodzie, a widoczność jest poniżej średniej.
Po czterech godzinach, spóźnieni, docieramy do schroniska Pasterka. Szybkie przygotowanie do drogi, ostatni przegląd klamotów i ruszamy… ruszamy w stronę schroniska skosztować tak polecanego przez Monikę Opata. Piwko okazuje się całkiem pyszne – czereśniowe. Nie jest to typowe przesłodzone piwo w stylu Gingersa, a raczej dobre, porządnie chmielone piwo o aromacie czereśniowym bez grama zbędnego cukru.
Gdy degustacja piwa dobiega ku końcowi, zaczynam szykować się mentalnie na to, co czeka nas po przekroczeniu drzwi Pasterki. Niebo pokrywają kłębiaste, ołowiane chmury. Deszcz siąpi wesoło, nic nie robiąc sobie z trzech wędrowców, którzy przepełnieni radością podążają w stronę gór. Dla mnie słońce świeci całą swoją mocą, świeci tuż nad chmurami.
Broumovské stěny, strugi deszczu, ułańska fantazja Bormana i zmiana planu.
Jeszcze w schronisku ustaliliśmy, że trasą Maratonu Gór Stołowych dotrzemy do rezerwatu Broumovské stěny. Po trzech, czterech kilometrach marszu docieramy do pierwszych skał. Po drodze Przystajemy, kryjąc się pod wiatą, na mały przepak. Pozbywam się płaszcza przeciwdeszczowego – „foliaka” i spodni, które całkowicie przemoczone przylepiają się do nóg utrudniając marsz. Mati odpina ze spodni nogawki i razem idziemy na „krótko”.
Dwa tygodnie wcześniej biegłem tędy, wypacając dwudzieste poty, marząc o basenie wypełnionym chłodną wodą. Było gorąco, duszno i sucho. Dziś doświadczam nowego na już raz przebytym szlaku. Góry wyglądają niesamowicie. Majestatycznie. Mrocznie. Baśniowo. Mokre skały osnute mgłą. Klimat niczym z innego świata, świata czarów i magii. Ma się wrażenie, że zza skał wyłoni się galopujący na koniu jeździec, przyodziany w skórę i zbroję. Zdecydowanie wolę Góry Stołowe przyprawione takim klimatem.
Podziwiamy otaczające nas piękno. Próbuję fotografować. Warunki nie są sprzyjające, jest ciemno i mokro. Soczewka w moim starym wysłużonym cyfraku jest zaparowana, wycieram ją kawałkiem chusteczki, po czym szybko fotografuję. Brak dostatecznego oświetlenia ekspozycji. Staram się jak mogę, aby zastąpić statyw, opierając rękę na skale, drzewie, czymkolwiek. Jak się później okaże, efekt moich starań będzie nad wyraz zadowalający.
Schodzimy z trasy maratonu, kierując się w stronę miejscowości Suchý Důl. Zatrzymujemy się przy parkingu aby zerknąć na mapę. Nie mamy z góry wytyczonej trasy. W tym wypadku był tylko zarys, teren zamknięty w ramy G. Stołowych, Orlickich i Bystrzyckich, po którym będziemy się poruszać, a trasa powstawać będzie spontanicznie. Tym razem jednak przesadziłem. Poniosła mnie wyobraźnia. Z pozycji wygodnego fotela (powiedzenie z kanapą w roli głównej jest zbyt eksploatowane), założenie, że pokonamy około 100km w ciągu dwóch dni wydawało się bardzo realne. Rzeczywistość okazała się z goła odmienna. Góry Orlickie są bardzo odległe jak na wędrówkę w tak niesprzyjających warunkach, które panowały… brutalnie. Po naradzie ustalamy, że odpuszczamy nocleg „gdzieś w górach”, a wędrówkę w stronę Gór Orlickich zamienimy na zwiedzanie Błędnych Skał i Szczelińca Wielkiego. Godzinę później, przy granicy, decydujemy, że będziemy nocować w Pasterce.
Zimna skała, ciepły oddech, mokry szlak i sucha noc.
Docieramy do Błędnych Skał. Załapujemy się na darmowe zwiedzanie. Deszcz, pogoda barowa, kasa zamknięta. Zwiedzamy. Błędne Skały robią wrażenie. Forma, surowość mokrej, zimnej skały. Jest zimno i wilgotno. Nasze parujące oddechy komponują się harmonijnie z otoczeniem. Fotografuję. Mam problem z zamoczoną soczewką, nijak nie mogę jej osuszyć. Aktualnie nie posiadam nic suchego, oprócz zawiniętych w worki foliowe legginsów i bluzy. Nic to, fotki będą wiarygodne, w końcu jest tyle wody dookoła.
Szlak, którym nie tak dawno temu biegłem w pełnym słońcu, zamienił się w regularny potok. Męczy mnie ciągłe omijanie nurtu, niebezpieczne balansowanie na kamieniach. Wchodzę do zimnej wody, przecież i tak mam przemoczone buty. Dam odpocząć nogom, po płaskim idzie się wygodniej, a że w wodzie do kostek – trudno…
Znajdujemy się u podnóża Szczelińca Wielkiego. Jeszcze chwila i dotrzemy do schodów prowadzących na szczyt. Bardzo chciałem pokazać Grześkowi te schody. Finisz MGS, który dobijał wyczerpanych biegaczy. Spotykamy turystów! Stoją pod schodami i zastanawiają się czy wchodzić na górę. Wymijamy grupkę i zaczynamy wbiegać. Grzesiek nie trenuje już czwarty miesiąc, a mimo tego sprawnie pokonuje kolejne schody. Ledwo za nim nadążam. Dopadam go na szczycie, sapiąc i dysząc ze zmęczenia. To mi uzmysławia, jaka przepaść nas dzieli – lata treningów i startów.
Dołącza do nas Mati. Liczył schody, naliczył ich ponad siedemset. Trochę się chłopak przeliczył, o jakąś setkę.
Kolejny raz załapujemy się na gratisowe zwiedzanie. Przemykamy pomiędzy skałami, schodzimy wąskimi schodami wykutymi w skale. Docieramy do dna Piekła.
Dzień kończymy rozgrzewając się miętowym specyfikiem od pana Palikota, siedząc na grześkowym łóżku, w przytulnym pokoju, na pierwszym piętrze schroniska Pasterka. Po całym dniu intensywnego namaczania, suche i ciepłe łóżko to bardzo pozytywne ukoronowanie dnia. Brzuch napełniony pyszną kolacją, miętowy specyfik i masa emocji… Zasypiam.
CDN
Góry Stołowe wg kuerti w serwisie Garmin Connect – Szczegóły.
Krkonoše cz.1
Karkonosze mi się przejadły? Tak twierdziłem jeszcze do tamtej soboty. Znudzony schodzonymi wszerz i wzdłuż szlakami. Rozpychając się łokciami na drodze między Szrenicą, a Śnieżką. Szukając samotności, aby oddać się intymnej chwili, pieszcząc wzrok widokiem gór, gdzieś między głazami skalnego rumoszu Ścieżki Nad Reglami. Wspinając się, zostawiając za sobą mury zamku Chojnik, w górę ku Śnieżnym Kotłom. Spadając na złamanie karku w dół obok jaru, przez kocioł ku Dolinie Łomniczki. Medytując na szczycie Skalnego Stołu.
Karkonosze jakie znałem dotąd, to sieć szlaków rozwieszona na grubym czerwonym sznurze – Głównym Szlaku Sudeckim – wydawać by się mogło, rozciągniętym niedbale przez sudeckie szczyty. Mea culpa. Nidy nie zapuściłem się dalej, w głąb, poza linię Maginonta zbudowaną z biało-czerwonych słupków. Nie poznałem najciekawszej ich części leżącej na terenie naszych południowych sąsiadów. Znam tylko grań zawieszoną pomiędzy szczytami, stok i kotlinę – ot całe moje Karkonosze. (Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że Polska część jest nieciekawa. Jest na pewno inna, nie tylko pod względem ukształtowania, infrastruktury, ale także podejścia KPN do zarządzania parkiem, co ma niewątpliwie wpływ na kształtowanie Karkonoszy jako atrakcji turystycznej… ) Na szczęście dla mnie, ten stan niewiedzy minął bezpowrotnie. W towarzystwie Janusza, który był moim przewodnikiem po Czeskiej Stronie, zapuściłem się w głąb gór, aby odkryć (na nowo) Krkonoše.
Z Pecu pod Snezkou do Śląskiego Domu.
Pec został za nami. Tym bardziej cieszę się, że uciekam od cywilizacji. Potrzeba mi wycieczki w góry, jak spragnionemu wody, jak głodnemu… Początkowe metry truchtamy, potem przechodzimy do marszu. Dobra rozgrzewka, pierwsze kilometry i spore przewyższenie. Z parkingu na szczyt Śnieżki będzie z 850 metrów. Strome podejście rekompensują niesamowite widoki. Janusz żartuje: „zrobię Ci tutaj zdjęcie, będziesz mógł się pochwalić, że byłeś w Tatrach”. Chciałoby się napierać nieprzerwanie, ale ja tak nie potrafię. Musze się zatrzymać. Spić kolory z horyzontu, tam gdzie grań łączy się z niebem, zachłysnąć malowniczym krajobrazem, zanurzyć po czubek głowy w otaczającym mnie pięknie.
Wspinamy się stromym zboczem Upskiej Jamy, w górę prowadzi nas niebieskimi znakami Kavionova cesta. Janusz przystaje co jakiś czas, czekając na mnie zawiesza wzrok gdzieś w dali, a ja uparcie staram się utrwalić na starym cyfraku niesamowite widoki. Wychodzimy ponad las. Przed nami wijąca się w górę ścieżka. Po drodze trafiamy na wybudowaną w 1912 roku pompownię wody. Miejsce godne uwagi, bardzo klimatyczne. Gdybym prowadził ranking takich miejsc, znalazłoby się w czołówce: spływający stromym zboczem strumień, drewniany mostek z którego można zaczerpnąć zimnej wody po to, aby schłodzić rozgrzane czoło i kark. Poniżej, przylepiony do stoku kamienny schron, w którego wnętrzu kryje się stalowa aparatura stacji pomp. Mini muzeum techniki.
Jeszcze tylko kilkaset metrów i znajdę się przy Śląskim Domu. Wydostanę się na grań, zostawię za sobą Obří důl. Janusz jest gdzieś z przodu, a ja skacząc z kamienia na kamień, biegnę mijając zdziwionych turystów. Już widzę dach schroniska i stojącego nieopodal Janusza.
Śląski Dom – Śnieżka
To niesłychane jak szybko odzyskuję siły. Wystarczyła chwila, dosłownie moment, aby się zregenerować. Kucam, rozluźniam mięśnie, skupiam się na czekającym mnie wysiłku, po chwili jestem gotowy do dalszego biegu. Czy to zasługa Hornet Juice, skarpet kompresyjnych, treningu, a może miks powyższych czynników?
Jest gorąco, słońce grzeje niemiłosiernie. Wydawało się, że na grani będzie chłodniej, że nas potarga wiatr. Wydawało… Źle znoszę upały. Typowe jest, to że bardzo szybko się odwadniam, po czym równie szybko wymiękam. Pilnuję się, piję w przerwach, zajadam jabłko. Nieustannie dorzucam coś do pieca, a spalam dużo, bo wysiłek jest spory, nawet jak na górskie wypady.
Przed nami droga na Śnieżkę. Ustalamy, że wspinamy się czerwonym szlakiem, a zbiegamy Drogą Jubileuszową. Wybiegłem do przodu, zostawiając Janusza w tyle, za duże tempo, ale to przez te endorfiny. Chcę wbiec, wdrapać się jak najszybciej na szczyt. To taki mój test. Czy wytrzymam? Czy nogi nie odmówią posłuszeństwa? Dobiegam do łańcuchów, tutaj muszę przejść do marszu. Zrobiło się stromo, poza tym trochę przesadziłem – zwalniam aby odpocząć. Wyprzedzam grupkę turystów, za plecami słyszę złośliwe komentarze. Nic mnie już nie zdziwi, nawet w górach.
Wyprzedza mnie Janusz. Zwinnie, pomagając sobie kijami trekkingowymi, wdrapuje się do góry. Facet ma moc – niesamowitą! Jeszcze kilkanaście metrów, parę kamieni, ze cztery energiczne podejścia i jestem na szczycie.
Śnieżka – Śląski Dom – Luční bouda
Śnieżka. Odpoczynek, dosłownie 30 sekund na kilka łyków wody z bukłaka, wydostanie jabłka z plecaka. Jedna fotka aparatem telefonu komórkowego, MMS do żony: „Jesteśmy na Śnieżce” i spadamy w dół. Mijamy zasapanych turystów, którzy przyglądają nam się uważnie. Wyraźnie odstajemy, wyróżniamy się z „tłumu” górskich spacerowiczów. Biegnę skupiony na drodze, staram się biec jak najwięcej po poboczu Drogi Jubileuszowej. Przy takiej galopadzie kolana dostają swoje. Kątem oka zerkam w bok, dostrzegam serpentynę czerwonego szlaku prowadzącego w dół Kotła Łomniczki. Kawałek mięsistego szlaku. Potrafi z człowieka wycisnąć sporo soku.
To była szybka akcja. Wejście, zbiegnięcie. Śnieżka w dwadzieścia pięć minut. Turystyka ekspresowa. A teraz… teraz zrobiło się tak płasko. Schustlerova cesta prowadzi do Białej Łąki (Bílá louka). Czuję się tak jak bym nie był w górach, tylko przemierzał podmokłą tundrę. Bezkres traw kończy się na nie tak odległym horyzoncie. W dolinach bliżej do lata, ale tutaj dopiero wkracza Pani Wiosna, spacerując pomiędzy gdzieniegdzie zalegającymi łatami śniegu.
CDN
Przełom Bobru
Janusz przygotował prawdziwie hardcorową trasę. Nie ominęły nas: chaszczowanie, strome podejścia, długie zbiegi, dające odetchnąć trawersy z pięknymi widokami na Bóbr. Na naszej drodze pojawiały się ciekawe budowle, choćby zapora w Pilchowicach, most kolejowy na Bobrze, potem następny most, z którego roztaczał się niesamowity widok (kolejny i jeden z wielu – dzień stał pod hasłem: widoki) na Jezioro Pilchowickie, zaporę oraz górujące w oddali, ośnieżone Karkonosze. Całą, ponad czterdziestopięciokilometrową trasę pokonaliśmy w kameralnym gronie: Janusz, Robert i moja nieodłączna kompanka Luna. Aura była łaskawa. Piękna pogoda utrzymała się praktycznie do końca naszej wycieczki, choć Pan Synoptyk zapowiadał dzień pochmurny i z opadami.
Na koniec tego krótkiego wpisu dodam, że już niebawem, bo w maju, wybieramy się na kolejną wycieczkę. Tym razem w planach trekking po Czeskich Karkonoszach. Trasę wyszykuje nam Janusz i jak obiecał będzie ponad 3500 metrów przewyższeń w górę i w dół. Wszystkich chętnych na wspólną mordęgę, czyli pierwszy trening przed Przejściem, już teraz zapraszam. Więcej informacji wkrótce.
[nggallery id=1]
Przełom Kwisy
Stało się! Popełniliśmy wycieczkę. Wspaniały, pełen pozytywnych emocji, błotnistych szlaków, pięknych, gdzieniegdzie zeszpeconych przez cywilizację plenerów – trekkingowy chillout. Bez ciśnień, walki z czasem, rywalizacji. Relaks okraszony podwyższonym tętnem. Alternatywa dla niedzielnej biesiady telewizyjnej. A słowo dnia, które nie opuszczało mojej niespokojnej głowy to asymilacja.
GRYFÓW ŚL. Ósma zero, zero
Jak tutaj brzydko – przemknęło mi przez myśl, kiedy wjeżdżaliśmy do Gryfowa. Szarość i powszechność w najgorszym wydaniu. Nocna podróż z nieprzyjemnym wydarzeniem po drodze, spowodowała poranne zmęczenie materiału. Cały ten negatywny ładunek rozładowywałem myślą, że za chwilę będziemy w drodze przedzierając się brzegiem jezior w stronę Leśnej i z powrotem. Łachotałem się myślą o konfrontacji rzeczywistości z jej wizerunkiem odwzorowanym na mapie topograficznej.
Dojeżdżamy do dworca PKS. Janusz już czeka. Robert jest jeszcze w drodze. Przygotowanie do drogi, przyjazd Roberta, ostatnie ustalenia, wyjście z Gryfowa, przewinąły się tak szybko, nieistotnie, niezauważalnie. Start (początek wycieczki raczej) i powrót (nie mylić z metą) w takich sytuacjach uważam za opakowanie, niby istotny element, ale po wydobyciu zawartości – zbędny. Gdybym miał rozróżniać te dwa (nieistotne?) elementy, to wolę start i towarzyszące mu napięcie, niecierpliwość, niepewność, adrenalinę. Choć w wypadku, powiedzmy, wycieczki biegowej, trekkingu, ten start/początek jest różny od startu w zawodach. Nie ma tego skupienia na celu, na taktyce, a przeważa nutka odkrywania, poznania nowego.
ZAPORA raz
Ruszamy, rozpoczynamy nową przygodę. Zmierzamy północną stroną Jeziora Złotnickiego w stronę zapory. Droga to jeden wielki trawers, co jakiś czas opadający, to znów wznoszący się po zboczach otaczających jezioro wzgórz. Janusz wiedzie prym, narzuca tempo. Przytroczona do mojego pasa, Luna wyrywa się do przodu pchana instynktem. Chce przewodzić stadu. Wywołuje lekkie zamieszanie, póki nie przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Dobre psisko. Z zaciekawieniem obserwuję jezioro i jego odtoczenie. Na południowej stronie pojawiają się ośrodki wypoczynkowe. Jeszcze nie wiem o tym, że staną się naszym utrapieniem. Słodka nieświadomość. Wzrok przyciąga zamarznięta tafla jeziora, wysoka linia brzegowa, jego szerokość – sto, sto pięćdziesiąt metrów. Może to wina pory roku, panującej właśnie odwilży, że sprawia wrażenie zimnego i głębokiego. Jest inne od jezior, których sporo w okolicy, w której mieszkam, które kojarzą się ze słoneczną plażą, rowerem wodnym, zapachem grillowanych potraw i hałasem dobiegającym z plaży. Te posiada inny klimat, raczej różnorodność klimatów, która objawi się już za chwilę za tą skałą i tamtym zakrętem.
Jest zapora! Przyspieszamy. Musimy uważać, bo lód pokrywa drogę i ślisko jest niesamowicie. Ale to nie ważne, nie teraz. Widok zachwyca. Sycę oczy. Zlizuję barwy zimy, rozjaśnione żółtym promieniem świecącego słońca. Bardzo podoba mi się architektura zapory i budynków leżących poniżej. Ich kamienna konstrukcja wtapia się w tło, wspaniale współgra z otaczającym je urwiskiem. Przystajemy na krótki popas, to miejsce jest warte tego, aby się zatrzymać. Sięgamy po żelazne racje, Luna dostaje swoje psie smakołyki. Przychodzi czas na krótką sesję zdjęciową i ruszamy w drogę. Przechodząc przez zaporę, Janusz niczym narciarz biegowy, pokonuje ją ślizgiem, odpychając się kijami.
CZOCHA
Schodzimy z zapory, pokonujemy tunel i tym sposobem znajdujemy się na południowej stronie Przełomu Kwisy, pomiędzy jeziorami. Bywa tak, że są odcinki niesamowicie malownicze, estetycznie słuszne (mój ulubiony zwrot), bywa też tak, że trzeba się przemęczyć i zaliczyć odcinki „jałowe”, które w innych okolicznościach mogłyby być interesujące. Taki odcinek właśnie przemierzaliśmy. Szlak zbocza i odkleja się od linii brzegowej, prowadzi nas błotnistymi drogami, poprzez pola, zabudowania okolicznych wsi. Tylko horyzont zdobi zamkowa wieża.
Z pól wydostajemy się na asfaltową drogę, którą docieramy do zamku. W tym momencie powinienem umieścić obszerny opis zamku. Jest, o czym pisać. Piękna budowla, piękna okolica oraz to, co rzuciło mi się od razu w oczy, zachowana cała infrastruktura podzamcza. Wiem, że wrócę i zwiedzę Czochę, planuję poświęcić temu osobny wpis. Tymczasem, zatrzymaliśmy się na popas i pamiątkową fotografię. Mieliśmy dosłownie chwilę, aby rozglądnąć się po okolicy zamku, szlak przyciągał jak magnes.
ZAPORA dwa. Zamarznięte jeziora.
Brzeg jezior Leśniańskiego i Złotnickiego zagrabiony jest przez ośrodki wypoczynkowe. Odstraszają wysokie płoty, tabliczki z napisem „teren prywatny”. Szpecą budynki i domki letniskowe niedbale rozsypane po okolicy. Brzydota nie do opisania kościstymi łapami rozgarnia chmurę klimatu, jaki otacza zamek i jego otoczenie. Nie cierpię tego uczucia! To jest niemal tak, jak by ktoś wytrącił mnie, chwilę po tym jak załapię flow, z tego wspaniałego stanu ducha.
Mijamy pierwszą barykadę ustawioną ze szpetnych domków. Płot wyznacza nam kierunek marszu. Przed nami zamarznięta tafla jeziora, a na tafli wędkarze pochyleni nad przeręblami, wpatrzeni w kiwoki i spławiki, zaklinają ryby. To takie stymulujące. Przyglądam się z zaciekawieniem rozrzuconym po lodowej płycie postaciom. Spokój wędkarskiej ceremonii kontrastuje z naszym tempem. Przypominają mi się chwile spędzone z wędką w ręku nad brzegiem Odry. Odskocznię od miejskiego zgiełku; cisza, zieleń i wielka rzeka.
Zbliżamy się do zapory. Tym razem nie wpadłem w zachwyt nad architekturą zapory, widokiem płynącej w dole Kwisy. Tym razem moja uwaga skupiła się na budynku stojącym po drugiej stronie, tuż nad zaporą. Fantastyczna budowla, niesamowita! Idealne połączenie kamienia, cegły i drewna. Chciałbym mieszkać w takim domu.
RAJSKO
Okrążamy jezioro. Mijamy kolejne pole zaminowane domkami letniskowymi. Ponownie znajdujemy się na północnej stronie. Przez pewien czas przedzieramy się przez śmietnisko powstałe z naniesionych przez nurt śmieci wrzucanych do wody przez plażowiczów. Bolą oczy. Chcę tylko jednego, uciec z tego miejsca jak najszybciej. Przyspieszamy.
Szlak odbija w lewo, skręca w stronę wsi. Postanawiamy trzymać się brzegu. Trawers stromego zbocza jest bardzo kuszący, a widok na górujący zamek – przepiękny. Przystaję na chwilę na skale, przede mną urwisko, w dole toń. Słońce ogrzewa promieniem twarz. Popadam w zadumę. Kontempluję otoczenie. W głowie trwa goń myślowa. Panowie znikają za wzniesieniem, a ja nie chcę przerywać tego stanu. O tym stanie pisałem niejednokrotnie, lubię się tak zanurzyć, odpaść na chwilę.
Zamek Rajsko stał się własnością prywatną. Teren dookoła zamku zamienił się w otoczony płotem plac budowy. Miły Pan Stróż informuje nas, że restaurowany zamek wraz z odbudowywanymi i dobudowywanymi budynkami ma stać się hotelem dla elit. Dzięki uprzejmości Pana Stróża dostajemy się na zamkowa wieżę, z której podziwiamy przepiękny widok na jezioro.
KANADA
Dla pokonania tego odcinka warto tutaj przyjechać. Odbyć szybką podróż po to, aby znaleźć się gdzieś na peryferiach Alaski, na Terytorium Jukon. To odcinek między zamkiem Rajsko, a zaporą spiętrzająca wody jeziora Złotnickiego, do którego docieramy po pokonaniu (niestety) kolejnego kempingu. Kwisa jest zimna, rwąca i niebezpieczna. Wymagający szlak prowadzi jej skalistym brzegiem. Musimy uważać aby nie zsunąć się prosto w nurt. Dla bezpieczeństwa odpinam Lunę. Poruszamy się powoli. Nawet nie staram się przyspieszać. Mam wrażenie jakbym wylądował gdzieś w Kanadzie u brzegu górskiej rzeki.
POŁUDNIOWA STRONA – TO JUŻ KONIEC?
Kolejne przejście przez zaporę. Tutaj zawijamy ósemkę. Przechodzimy przez tunel i trzymając się ścieżek na południowej stronie jeziora, zmierzamy w stronę Gryfowa.
Mijamy ośrodek wypoczynkowy. Jesteśmy w trakcie finału. Kilka kilometrów dzieli nas od mety. Poruszamy się szybko. Ścieżka staje się klaustrofobiczna: po lewej – jezioro, po prawej – strome wzniesienie. Pojawiające się na drodze, obgryzione resztki sarnich ciał, na których widok Luna oblizuje się smakowicie, uświadamiają mi jaką ta ścieżka jest pułapką, gdy przykryje ją głęboki śnieg.
Przed nami kolejny ośrodek, oddalony o trzydzieści minut od poprzedniego. Jest, oczywiście, otoczony płotem, który stanowi przeszkodę na naszej drodze. Stanowi tez inną przeszkodę – oddziela od lata. Dla osób, które szukają samotności, lub chcą się wyrwać z objęć miasta najlepszą porą jest zima. W sezonie letnim spada atrakcyjność Przełomu Kwisy. Jazgot dochodzący z zatłoczonej plaży, wędkarze okupujący brzeg, te cholerne kempingi broniące dostępu do jeziora, mogą zniechęcić. Cieszę się, że znaleźliśmy się tutaj właśnie teraz, podczas zimowej odwilży.
Docieramy do Gryfowa. W mieście poruszenie i wielki bal, trwa finał WOŚP. Przedzieramy się przez tłum, lawirując między przechodniami, szybkim krokiem idziemy w stronę zaparkowanych przy dworcu PKS aut.
Następuje odcięcie. Koniec przygody.









