relacje i wrażenia

I GEMnO Rudawska Wyrypa – cz.2

fot. Asia Buczek

Już tak w życiu bywa, że wszystko, co piękne szybko się kończy. Równowaga musi być zachowana: po dobrym następuje złe, po zimnym przychodzi ciepłe, długie zastępuje krótkie, smutek – radość etc. Po szaleńczej gonitwie w dół do PK umieszczonego przy ruinach, ulatuje ze mnie powietrze. Dzięki adrenalinie wywołanej pojawiającym się za nami ogonem, z rozpędu docieram pod punkt. Wpadam w lekką panikę, przez co nie mogę zlokalizować tego cholernego lampionu. Tutaj na wysokości zadania staje Marcin. Na zimno analizuje mapkę dołączoną do opisu PK. Okazuje się, że jesteśmy nie przy tej powierzchni leśnej. Dwieście metrów dalej podbijamy karty.

I jest kryzys. Na dobre. Ledwo przebieram nogami. Staram się biec, ale trucht przeplatany marszem, to wszystko, na co mnie w tej chwili stać. Przed nami wieś. Marcin wychodzi z propozycją, że może znajdziemy sklep i podładujemy baterię dużą dawką coli. Przystaję na to. Pamiętam jak na Izerskiej kilka łyków coli przywróciło mnie do świata żywych.

Z tymi kryzysami u mnie jest tak, że szybko przychodzą i zazwyczaj szybko odchodzą. Fakt, że bywają te uporczywe, z którymi muszę walczyć przez godzinę i więcej, jednak po jakimś czasie ustępują. Kryzys pojawia się nagle. Jest moc – dwa kroki – jest odcięcie. Ten dzisiejszy wchodzi długo. Przed ostatecznym odpadnięciem pojawia się delikatne, krótkotrwałe preludium, jak wstrząsy wtórne przed trzęsieniem ziemi. Czuję się jakbym ciągnął za sobą wóz pełen węgla.

Konstruktor trasy zadbał o wszystko: odpowiednią trudność, słuszną deniwelację, atrakcyjność. Na naszej drodze pojawiają się, co rusz to nowe, ciekawe i warte zwiedzenia miejsca. Dobiegamy do Kolorowych Jeziorek. Wzbudzamy niemałą sensację, gdy szybko wspinamy się mijając tłumy turystów. Dochodzą do nas ciche komentarze: „jacy ubłoceni”, „skarbie popatrz, jacy dziwni”, „dokąd oni tak biegną, to jakieś zawody?”. Przyznam się do czegoś: pomimo tego, że czasami mają mnie za świra, ja czuję się jak bohater. Bywa, że czuję się lepszy od nich, ale bez arogancji – tak po prostu.

Mija kolejna godzina, a my niestrudzenie napieramy. Przed nami kamieniołom i usytuowany obok niego PK. Ale zanim dotrzemy do biało-czerwonego lampionu, musimy pokonać długie podejście. W bukłaku ubywa płynu, słońce grzeje niemiłosiernie, podejście daje w kość, a ja mimo wytężonego wysiłku odzyskuję siły. Kryzys nie wytrzymuje podejścia i zostaje gdzieś za mną, na zboczu. Z kroku na krok odzyskuję rytm, natomiast Maniek sprężystym krokiem wspina się tuż przede mną. Wracam do gry.

Podbijamy kolejne punkty, zaliczamy małą wpadziochę, która kosztuje nas kilkanaście minut straty. Zmęczenie robi swoje, nie potrafię znaleźć odpowiedniego odniesienia, punktu ataku, aby zlokalizować i zgarnąć PK. Maniek czesze okolice, obawia się, że zostawiliśmy PK za sobą. Teren jest średnio przebieżny w dodatku to zbocze. Schodzę powoli w dół i próbuję odnaleźć lampion. Nagle dostaję olśnienia. Przecież na mapce jest droga! Zaczyna się przy PK i ciągnie równolegle do tej, która biegnie po lewej stronie do kierunku marszu. Na świeżo dostrzegłbym ten szczegół od razu, ale kilka godzin na trasie męczy, w efekcie czego, w kryzysowej sytuacji, z trudem koncentruję się na mapie. Jest lampion i jest ulga.

Parkowa Góra, długi przelot, następny PK.  Marcin wyraźnie traci swoją sprężystość. Biegnie skupiony z zaciśniętymi ustami. Czyżby przeżywał kryzys? Następuje inwersja. Im bardziej Marcin słabnie, ja zyskuję na mocy. Myśl o jego kryzysie dodaje mi skrzydeł, tak jakbym karmił się jego chwilową słabością. Nie mogę pojąć tego stanu, biegniemy razem, nijako w jednym teamie, a mnie nakręca jego tymczasowa niedyspozycja. Dodatkowo, na horyzoncie pojawia się konkurencja. W głowie huczy syrena alarmowa, uruchamia się instrukcja: ścigać się, ścigać!

Z trudem opanowuję się, aby nie wyrwać do przodu. Biegniemy razem i razem dotrzemy do mety. Nie mam zamiaru zostawiać Marcina w tyle. Dopadamy niegdysiejszy ogon przy ostatnim punkcie, podbijamy kartę i puszczamy konkurenta przodem. Nie chcę już się ścigać, wiem, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, przetrwaliśmy ostrą selekcję, która wyeliminowała niejednego mocnego zawodnika i teraz możemy na luzie pokonać ostatnie metry do mety.

Jakiś czas później spokojnie wbiegamy do bazy zawodów. Czuję zadowolenie i spełnienie. To był świetny bieg, świetne zawody i miałem prześwietne towarzystwo pod postacią Mańka. Jeśli miałbym kiedykolwiek startować w zawodach drużynowych, to chciałbym, aby w teamie był właśnie Marcin. Niezły z niego fighter, który łatwo nie odpuszcza. Cieszę się, że jego debiut przypadł na Rudawską Wyrypę, która okazała się imprezą niebanalną, zróżnicowaną i na tyle hardcorową, aby Maniek w pełni poczuł smak InO.


I GEMnO Rudawska Wyrypa – cz.1

I kiedy witam wschodzące słońce na skalistym szczycie, a ono maluje pejzaż w dominancie czerwieni. I mglisty opar w doliny spływa, owijając miasta w miękki puch. I cisza jak makiem zasiał gości w uszach. I droga skalista przede mną. I nic, że trud pot ze skroni wyciska. I łza się w oku kręci, a serce z miłości rośnie, bo w górach jest wszystko, co kocham.

Rudawy Janowickie, najukochańsze z sudeckich pasm, jedynie Góry Kamienne mogą się z nim równać. Kocham te niskie góry, uwielbiam ich zielone szczyty, dolinki zalane słońcem. Gdy ze strony Pucharu dowiedziałem się, że w Rudawach odbędzie się jedna z imprez, to aż serce mi mocnej zabiło, bo przecież jakbym miał się tam nie pojawić, skoro myślę o tych górach i znęcam się nad sobą myślą, że już niedługo, już za chwilę się tam wybiorę – nie, nie na wspin, aby obiegać je w końcu. A okazja się znalazła i Rudawską Wyrypą się nazwała i w jedno połączyło się to, co lubię… Tak oto znalazłem się w Karpnikach.

Słonecznie. Błękitne niebo czyściutkie, nie uświadczysz najmniejszego obłoczka. Będzie gorąco, a to oznacza odwodnienie. Boję się powtórki z RDSu, dlatego jestem przygotowany. Co prawda zapomniałem spakować iskiate, ale mam przy sobie kilka saszetek izotonika i duży żel energetyczny. Tym razem zaufam chemii. W drodze do Karpnik intensywnie nawadniam organizm wodą mineralną z dużą zawartością mikroelementów.

W bazie zawodów panuje wesoła atmosfera. Dookoła znajome twarze. Pojawia się kilku mocnych zawodników. Przebieramy się i powoli pakujemy klamoty. Za dwadzieścia minut odprawa. Jestem spokojny. Czas płynie leniwie, jest tak cicho i spokojnie – przecież to, wiosną pachnący, górski chillout!   

Startuję razem z Marcinem. To jego pierwsze zmagania na tego typu imprezie. Cieszę, że podjął wyzwanie. Chcę, aby spróbował czegoś innego, niż udeptywanie asfaltu. Chłopak ma potencjał, a biegi uliczne nie dają takiej radochy jak bieganie po krzakach. Niech przekona się na własnej skórze.

Wystartowaliśmy!

Konstruktor trasy przygotował prawdziwą perełkę. Na PK1 rozpoczyna się OS, czyli odcinek specjalny. Tam dostajemy mapy sportowe z zaznaczonymi PK, bez opisów tychże. Czołówka rozbiega się po lesie, a my zaczynamy od zgarniania najdalej położonych PK. Dobra dycha z hakiem biegania pod i z górki. Prawie bezproblemowo zbieramy komplet punktów i po dwóch godzinach, na dziesiątej pozycji kończymy odcinek specjalny.

Kolejny punkt nie przysparza nam problemów. Szybko dobiegamy do Zamku Bolczów. Znam okolicę i pewnie nawiguję. Zielonym szlakiem dostajemy się pod zamkowa bramę, spod której szybko wpadamy na ukryty w skałach PK10.

Na przelocie pomiędzy PK10 i 11 zaczyna mnie łapać kryzys. Czuję w nogach Harpagana, nie było mi dane porządnie wypocząć, w dodatku nie jestem wyspany, Aga przez ostatni tydzień ciągnęła swoje zabójcze zmiany, które wypadły akurat na sześć dni przed startem – typowe. Z trudem wspinam się na szczyt Wołka po to, aby podbić PK i… i zostać dosłownie zmiażdżonym. Widok, który rozpościera się spod punktu powala. Dookoła łagodne szczyty, zielone łąki, a w oddali, przyozdobione śniegiem, Karkonosze.

Chwile później zbiegamy w dół, na złamanie karku, na azymut. Rozkładam ramiona, jak bym rozpościerał skrzydła, bo w tym momencie lecę, ja lecę. Widok zapiera dech w piersi, jest tak pięknie, jest idealnie!

C.D.N.


43 Harpagan – czyli debiucik, czyli setka na orientację

fot. Paweł Piwowarski

Oszołomiony zapachami kwitnącego kwiecia przebiegam kolejny kilometr, prowadzony leśnym duktem Magicznego Lasu. Dookoła eksplozja zieleni, tej pierwszej, wiosennej i najbardziej soczystej. Kojącej nadszarpnięte nerwy, jak kompres, przynoszącej ulgę zmęczonym oczom. Ptaki prowadzą koncert, owady tańczą w wielkich rojach do tej muzyki. Słońce jest nisko, tuż nad linią lasu, oświetla skraj polany pomarańczowym promieniem. Luna, wesoło machając kudłatym ogonem, biegnie przodem. Nie spieszę się, nie zerkam na ekran Garmina, nie interesuje mnie zakres, tempo, czas… Niech to idealne sobotnie popołudnie trwa! 

Przeszedłem do marszu, zbieram siły, zagryzam baton orzechowy, małymi łykami popijam napój izotoniczny. Właśnie kończy się ósma godzina rajdu. Nad Borami Tucholskimi wschodzi słońce. Obok mnie maszeruje Daniel. Przed nami PK10, a za nami 65 km drogi. Nie czuję zmęczenia, drobne kryzysy pojawiają się i znikają. Wiem, że przede mną najtrudniejszy etap i muszę być przygotowany na każdą ewentualność. Nie dopuszczam myśli o porażce, skupiam się na tym, co teraz jest, na mapie, na optymalnym wariancie, na tym, aby ogrzać dłonie, bo zmokłem i zmarzłem, a palce zesztywniały z zimna. Jestem ostrożny, analizuję każdy ruch, nie pozwalam sytuacji wymknąć się spod kontroli, bo chcę dotrwać do końca… Chcę dotrzeć do mety!

Kalkuluję, jeśli okoliczności pozwolą dotrzemy do mety z czasem 14 godzin. Łydka podaje, nic nie boli, nawigacja nie sprawia mi trudności. Mapa czasami nie gra, ale nie stanowi to problemu. Poruszamy się optymalnym wariantem, a pokonany dystans pokrywa się z dystansem podanym przez konstruktora trasy. Daniel równie optymistycznie zakłada, że uda nam się zmieścić w założonym czasie. Korci mnie, aby skracać i biec na azymut, stawiam jednak na przebieżność, czyli najkrótszy wariant biegnący po leśnych duktach i przecinkach.

Jedenasta godzina rajdu. Najdalej, na północ, wysunięty PK12 podbity. Za nami 75 km, a przed nami zbliżająca się, kilometr po kilometrze, meta. Kryzys w pełni, liczę na to, że skończy się równie nagle, jak się rozpoczął. Zmuszam się do biegu, ale nogi mam jak z ołowiu. Pojawiły się te głupie myśli z rodziny „nie mam siły, nie dam rady, zaraz umrę, chyba odpuszczę”. W ramach walki z kryzysem i czarnowidztwem, staram się skupić na pozytywach, zaczynam niewinnie: „Marcin nie łam się, jeszcze tylko dwadzieścia parę kilometrów, bułeczka z masełkiem, przecież dasz radę”, następnie staram się logicznie wytłumaczyć, że: „Maniuś, jesteś zmęczony, a to normalna reakcja organizmu, i ty się dajesz na coś takiego nabrać, weź się w garść i przestań mazać”. Potem serwuję sobie delikatny opiernicz, dzięki czemu na jakiś czas wraca równowaga. Zaczynam nieudolnie truchtać, a wraz ze mną Daniel oraz Kamil, który dołączył do nas w połowie drogi pomiędzy PK10, a PK11.

Często daję się ponieść. Jestem uzależniony od ponoszenia się. Ponoszenie się jest moją odskocznią od usystematyzowanego treningu. Podczas ponoszenia się, wyłączam Garniaka, bo włączony szybko potrafi sprowadzić na ziemię, wystarczy jedno spojrzenie, a nie o to w ponoszeniu się chodzi. Podczas ponoszenia się, należy czuć wolność, wpadać we flow, albo głośno śpiewać. Można też recytować wiersze, albo układać w głowie mega plany na przyszłość. Cokolwiek, ale należy poczuć luz. Podczas ponoszenia się, biegam intuicyjnie: szybko wbiegam na pagórek, powoli przebiegam przez porośnięty wysokimi modrzewiami las, schylony przedzieram się przez młodniak. Najbardziej lubię dać się ponieść nad brzeg jeziora, albo przemykać pomiędzy granicami kultur. Przebiec przez łąkę, albo niezaorane pole. Bywa jednak tak, że gdy dam się za daleko ponieść, powrót do rzeczywistości, i do domu, bywa bolesny. A przecież umiar podczas ponoszenia się nie jest wskazany. 

PK 13. Dogania nas trzyosobowy tramwaj. Jest w nim Edek, jest Staszek. Podbijamy PK i ruszamy dalej. Jestem zmęczony jak cholera i w dodatku kryzys powrócił. Marzenie o czternastu godzinach włożyłem między bajki. Teraz nastawiam się na przeżycie. Nie w głowie mi ściganie, chcę tylko dotrzeć do mety i zakończyć tą nierówną walkę, ja kontra słaba psycha. Ciągnę się z tyłu, staram dotrzymać kroku grupie. Gdy biegną, też biegnę, gdy maszerują, przechodzę do marszu i ja. To taka gra, coś jak „złap zająca”, podczas startu w maratonie. Przyznam, że mi to pomaga.

Dobiegamy do kanału Wdy. Przebiegamy przez pierwszy most, biegniemy w stronę następnego… Zaraz, zaraz gdzie jest drugi most?! Okazuje się, że most, widniejący na mapie w rzeczywistości dawno temu został zdemontowany. Nie, nie mam siły na przeprawę wpław. Jestem nadal zmarznięty po nocnych ulewach. Moja odporność na zimno spadła. Od czasu, kiedy tydzień przed startem w Harpaganie wybrałem się na dwustukilometrową przejażdżkę rowerem, podczas której zmokłem i zmarzłem tak mocno, że niemal dostałem hipotermii, nie potrafię uporać się z zimnem. Rezygnuję z przeprawy, wolę nadłożyć trzy kilometry do najbliższego mostu. Wiem, że po zimnej kąpieli nie pozbieram się i to będzie koniec napierania. Zazwyczaj tak łatwo nie rezygnuję, jednak nie tym razem. To moja pierwsza setka na orientację i chce ją ukończyć, nawet kosztem straty trzydziestu kilku minut.

Edek i Kamil przeprawiają się wpław, a reszta grupy biegnie dalej.

Piętnascie minut temu podbiłem ostatni PK, Daniel z resztą grupy pobiegł przodem. Jestem zły, cholernie zły. Nie mogę uporać się z gnębiącym mnie kryzysem. Nie mam czarnych myśli, nic z tych rzeczy, nie potrafię zmusić się do ostatniego wysiłku. Człapię przed siebie, chcę pobiec, lecz za nic nie mogę oderwać nóg od ziemi. Czas upływa, panowie znikają za horyzontem. Zaczynam studiować mapę, do mety zostało tak niewiele, może trzy kilometry. Przypominam sobie jak Grzesiek zaproponował wycieczkę rowerową z sakwami po Kaszubach, a ja tak bardzo chciałbym wrócić do Borów Tucholskich. Urzekły mnie tutejsze plenery. Ten zakątek Polski jest tak inny od mojego Magicznego Lasu. Meandrujące rzeki, niezliczona ilość jezior i te nazwy: Złe Mięso, Wdzydze, Wądoły, Pustki. Ach, odkrywać na nowo uroki Kociewia!

Podrywam się do biegu, niezbyt zgrabnego, wyglądam jak szczudlarz. Po kilkuset metrach nieudolnego truchtu, udaje mi się rozruszać zastałe mięśnie. Przyspieszam. Ostatnie kilometry kurczą się błyskawicznie. Przeskakuję tory, przebiegam przez las i wbiegam do Czarnej Wody. Nie patrzę na mapę. Przede mną trzech starszych jegomości raczy się czymś mocniejszym, pytam o drogę do szkoły, okazuje się, że biegnę w dobrym kierunku. Dobiegam do asfaltu, przede mną most, a za mostem Daniel i Piotrek ze Staszkiem. Chwilę potem wpadamy do bazy zawodów, okazuje się, ze ostatni PK stoi na boisku szkolnym. Ostatni wysiłek i  podbijam go po 15 godzinach 30 minutach i 59 sekundach napierania. Jako, że system SportIdent nie uwzględnia miejsc ex aequo, ostatecznie załapuję się na 10 miejsce.

Minął tydzień od startu w 43 Harpaganie, a ja myślę już o kolejnym. No i ta wycieczka rowerowa po Kaszubach nie daje mi spokoju. Eh, jest wiosna, a to rozprasza…


V RDS – list z obcego kraju cz.2

fot. Hubert Puka

Witaj!

Wiesz Andrzej, kiedyś zadałem pytanie pewnemu rajdowcowi: co kieruje ludźmi, że spotykają się gdzieś na końcu świata i robią, to co robią? Bo przecież to chore jest skazywać się na taką poniewierkę. On na to: ty mi odpowiedz. A ja wciąż nie znalazłem odpowiedzi na moje pytanie. Z resztą, czy to takie ważne, czy człowiek dostaje odcisków na palcu od przyciskania guzików pilota, czy od tego, że po czterdziestym kilometrze zaczynają uwierać buty? Każdy robi to, co lubi. Jedni marnują życie przed telewizorem, inni skazują się świadomie na ból, pokonując dziesiątki kilometrów w błocie, śniegu, deszczu lub upale. Ja wybrałem poniewierkę…

No i podbijam czwórkę. Zerkam szybko na mapę, cholera, ten przelot nie jest taki oczywisty. Szybka analiza, biegnę na zachód do drogi. Zbiegam za daleko na południe, szutrówką biegnącą obok szkółki leśnej. Potem wbijam się w las i slalomem omijając drzewa, przedzieram się do tej drogi, która powinna gdzieś tutaj być. Nagle przede mną pojawia się szeroki strumień. Ej, co jest? Zerkam na mapę i nagle dostaję olśnienia. To nie droga, to ciek wodny, a za nim następny i następny. Nie ma czasu na odwrót. Zagryzam telefon w zębach i wskakuję do strumienia. Zimna kąpiel i jestem na drugim brzegu. Tak pokonuję jeszcze dwa strumienie, potem przedzieram się przez grząskie bagno. Całe szczęście, że pod kępami trawy jest jeszcze lód. W oddali słychać jadące samochody, a więc jest droga! Za drogą wał, który poprowadzi mnie do mostu, a z mostu już niedaleko do PK3.

Opowiadałem Ci kiedyś Andrzej o tym, że źle znoszę upał. Wbiegłem właśnie na wał i truchtam powoli. Słońce grzeje niemiłosiernie, a mi w dodatku skończyła się woda w bukłaku. Dla mnie to koniec. Zawsze odpadam przy mocnej lampie. Pamiętasz, co się stało podczas Europamarathon, albo Maratonu Gór Stołowych? Cholerny niefart. Na własne życzenie skazuję się na dwadzieścia kilka kilometrów biegu o suchym pysku.

Wiesz Andrzej, gdy byłem na trasie, dzwonił do mnie Grzesiek. Nie poszło mu na Maniackiej – pewnie przez upał. Już to raz przeżyłem. Dobrze pamiętam pierwszy słoneczny dzień marca, gdy w zeszłym roku startowałem w Biegu Sokoła. Tym razem znalazłem się na wschodzie Polski, a słońce jest tutaj takie same jak wszędzie, gdzie do tej pory byłem. I wtedy w Bukówcu zdechłem po siódmym kilometrze, Grzesiek z kolei poległ podczas poznańskiego halfa. Historia lubi się powtarzać, a ja głupi nie uczę się na błędach.

Dodreptałem ledwo do PK3, w drodze wyprzedziło mnie dwóch zawodników. Nie jest dobrze. Jeszcze kilka kilometrów, a odpuszczę. Dopiłem resztki iskiate, w ustach mam sucho i chce mi się bardzo pić. Na domiar złego jestem gdzieś daleko od lasu i przyjemnego cienia. Łapię się na tym, że rozglądam się za rowem melioracyjnym z wodą. Pić!

Jaki ja jestem słaby, gdy ogarnia mnie pragnienie, a odwodnienie daje o sobie znać poprzez spuchnięte palce, suchość w gardle i to, co dzieje się z organizmem. Cała motywacja i chęć do ścigania pryska. Nie potrafię się skoncentrować na mapie, średnio widzę szczegóły, wszystko zlewa się w nieczytelny bohomaz. W głowie urządzają harce głupie myśli: może odpuścić? Nie, nie, nie, Maniuś dasz radę, jeszcze tylko kilka kilometrów, do tego zakrętu, a potem do drogi. Ale tak chce mi się pić. Pić, pić, pić!

Dalej, wszystko stało się jednowymiarowe i wyglądało miej więcej tak: dobiegł do mnie kolega, nie pamiętam jego imienia, ale spotkaliśmy się już na Skorpionie. Dociągnąłem za nim do wsi, a tam u starszej pani (dziękuję Ci dobra kobieto!) napełniliśmy bukłaki kranówą. Piłem łapczywie, wiem, że źle, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Rozpieprzyło mnie to kompletnie – nudności i ból brzucha – sama rozkosz. I jakoś tak czas przestał płynąć, a ja biegłem i maszerowałem. Zmuszałem się do biegu: jeszcze do tego drzewa i jeszcze do tego krzaka, za nim odpocznę. Kolega pobiegł przodem, a ja zostałem sam na sam z przelotem do PK2. Mimo tego, że byłem w ruchu, dystans uparcie nie topniał. Podbiłem PK2 i znowu dobiegł do mnie kolega – Bernard ma na imię. Człapaliśmy razem, on z bolącym kolanem, ja mega odwodniony. W Gorzycach dołączył do nas Adam z Napieraj.pl i w trójkę wylądowaliśmy na mecie.

Cieszyłem się jak dzieciak, że to już koniec. No i wynik niezły, bo wpadliśmy na 12 pozycji. A potem oddałem się postartowemu chilloutowi, zająłem się rozmowami z poznanymi ludźmi, trochę bełkotałem, ale jakoś to było. Pyszne jedzonko i tradycyjnie zimny prysznic dopełniły całości.

Wiesz Andrzej, podoba mi się te napieprzanie przed siebie pomimo wszystkich przeszkód. I ten rajd był właśnie takim napieprzaniem.

Do następnego!
Marcin

PS
Tutaj masz mapę z zaznaczonym przebiegiem.


V RDS – list z obcego kraju cz.1

Cześć!

Wiesz Andrzej, ja chyba wpadłem jak śliwka w kompot. Liżę rany po RDSie, a już myślę o starcie w Róży Wiatrów i, cholera, nie mogę się doczekać. Nie chodzi mi o zdobywanie laurów, choć to jest przyjemne uczucie, ani o Puchar. Podoba mi się te napieprzanie przed siebie pomimo wszystkich przeszkód. Podoba mi się pokonywanie dystansu. Naginanie możliwości organizmu do granic wytrzymałości, ta burza, która rozpętuje się w głowie, po tym jak włącza się czerwona kontrolka. Czasami wygląda to jak masochizm, ale uwierz mi, takiej przygody nie zaznasz będąc więźniem czterech ścian. Emocje towarzyszące podczas rajdu nie mają sobie równych, dlatego tak ciągnie mnie do ultra. Podobają mi się godziny spędzone na trasie. Podobają mi się ciche, księżycowe noce, pachnące, wilgotne poranki, popołudniowe słońce przenikające pomiędzy koronami drzew. Podobają mi się setki. Jeszcze tylko RW i startuję w pierwszej z nich, jeszcze tylko pięć tygodni i… ale po kolei.

W ostatni weekend startowałem w Rajdzie Dolnego Sanu. Och, co to za impreza była! Fantastyczna! Atmosfera, organizacja – uwielbiam to! Mogłem poznać i porozmawiać z ludźmi, których znam tylko z sieci, z opowiadań, z tego, co publikują na swoich blogach. Zmieniło mi się spojrzenie, a wszystko to, co do tej pory odrealnione było ciałem się stało i jest, będzie inne, lepsze.

Wstałem przed szóstą. Spać nie mogłem, a wiesz jak wygodne są podłogi sal gimnastycznych. Bez pośpiechu odświeżyłem się i zjadłem śniadanie. W międzyczasie uciąłem miłą pogawędkę z organizatorem rajdu, Hubertem. Co jakiś czas pojawiali się nowi uczestnicy, a ja spokojnie pakowałem plecak. I gdybym wiedział, że w tej chwili popełnię karygodny błąd, dolałbym do bukłaka litr wody, albo schował do kieszeni pieniądze i zaoszczędził sobie sporo bólu.

Tymczasem poranek zamienił się w piękny słoneczny dzień. Czas płynął leniwie, wskazówki zegara powoli zbliżały się do godziny dziewiątej, godziny startu. A ja czułem się jakbym był w obcym kraju. Wiesz Andrzej, gdy większość życia spędziło się w jednym miejscu, to każdy dalszy wyjazd jest jak egzotyczna wycieczka. Taki kontrast: nasza poniemiecka architektura i małe drewniane domy na wschodzie Polski. Jestem nimi zauroczony. Na zachodzie folklor możesz spotkać w nieudolnie spreparowanych skansenach, które służą jako alternatywna miejscówka, w której organizuje się imprezy integracyjne, a tutaj jest na każdej ulicy, a wieś nim kipi. I pewnie usłyszę jeszcze nie raz, że nie jest to, co było kiedyś – jakby niby miało być skoro świat pędzi do przodu.

Wystartowaliśmy. Część uczestników pobiegła na północ, część na południe. Ja ugryzłem trasę „od góry”. Wybiegłem z Gorzyc i udałem się na północ w stronę najbliższego punktu. Nie chcę Cię Andrzej zanudzać opisem trasy punkt po punkcie, ale wiedz, że czułem moc, biegłem z taką lekkością, niemal jak bym leciał. Łatwa nawigacja i podbijane bez problemu PK, zachęcały do większego wysiłku. Jakaż to odmiana po nieudanym starcie we Włóczykiju!

Podbijam PK9, 8, 7, 6, tutaj wyprzedza mnie Rafał – niezły przecinak – który przybiegł na metę jako pierwszy. Dalej, podbijam leżący na wschód od Zbydniowa PK5. Od piątki biegnę do szosy. Zbiegam z szosy w przecinkę, przecinką na południe. Kończy się las, lecę na azymut. Przebiegam łąkę, przeskakuję rów. Jestem przy czwórce. Tutaj spotykam czołówkę biegnącą wariantem od południa. PK4 podbijam po 2 godzinach i 50 minutach, w nogach mam jakieś 25 km, przede mną tylko trzy punkty o długich przelotach. Jestem w siódmym niebie!

Andrzej, nie napisałem Ci o jednym. Zazwyczaj przed startem odczuwałem napięcie, taki przedstartowy stres. Czasami był to lekki niepokój, a czasami przesiąknięte adrenaliną i niezbyt przyjemne uczucie euforii. Gdyby nie Ula, wiesz Krolisek, nie zauważyłbym tego, że jestem całkiem spokojny. Byłem spokojny przed startem w Skorpionie i Włóczykiju. To dlatego, że czekam na to, co przydarzy mi się na trasie. Nastrajam się na odbiór emocji o innej częstotliwości, a przedstartowy dreszczyk męczy mnie jak filiżanka kawy wypita tuż przed snem.

Późno już, dziewczynki od dawna śpią, a ja sam z chęcią przytulę głowę do poduszki. Jutro opiszę Ci to, co spotkało mnie po podbiciu PK4, opowiem o zwalniającym czasie i wydłużającym się dystansie, Tymczasem dobranoc, do jutra i do przeczytania.

Marcin


V PENZRnO Włóczykij Trip Extreme 2012

Pierwsza myśli… nie, nie będę marudził. Nie poszło mi. Nie będę gdybał, nie będę szukał usprawiedliwienia, ani przyczyny. Albo nie. Przyczyna jest jedna, fundamentalna, zabrakło mi obycia z mapą, umiejętności nawigacji. Zabrakło mądrości w doborze sprzętu. W dodatku zatrzymałem się. Złamałem tak przestrzeganą przez mnie zasadę: nigdy, nigdy, nigdy, nigdy się… nie zatrzymuj!

Druga myśl. Zamiast relacji, szczegółowa – przelot po przelocie – analiza przebytej trasy. Doskonały początek i wszystkie wtopy zaliczone po Punkcie Stop. Statystyka. Omówienie błędów, aby uniknąć ich w przyszłości. Tylko, po co to wszystko? Przecież to nie podniesie moich umiejętności nawigacji. Potrzebny jest trening, a najlepszym treningiem jest udział w zwodach. Doświadczenie zbiera się na trasie, a nie ślęcząc nad śladem GPS.

Trzecia myśl: ambicja. Ambicja boli! W zasadzie to bardziej złożony temat. Temat na kolejny wpis.

Włóczykij. Powinienem w palec się ugryźć, kiedy pisałem, że Włóczykij jest imprezą łatwą nawigacyjnie. Tym razem orgowie stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, aby PK nie były tak oczywiste jak rok temu. Mapa w niektórych miejscach nijak nie grała, przez co las został pięknie uczesany przez uczestników. Do półmetka nawigowałem bez większych poślizgów. Po PS i kilku kosmicznych wariantach, po których musieliśmy wraz z Irkiem wracać do naszej galaktyki, jakoś udało mi się dotrzeć do mety. Jak pisałem wcześniej: nie będę marudził. Były sytuacje kryzysowe, ale było też wesoło. Pierwszy raz podczas startu zgubiłem buta. Przebiegaliśmy przez podmokłe, zaorane pole no i zassało mi stopę, but został w cholernym błocku, a ja z rozpędu wylądowałem kilka metrów dalej. Był postartowy chillout na mega wygodnych kanapach w Gryfińskim Domu Kultury, gdzie znajdowała się meta i baza zawodów. Każdy wie, jaka fantastyczna atmosfera panuje po starcie. Kojący kompres na sponiewierane ego.

W zasadzie to wszystko. Od Włóczykija minął tydzień, emocje opadły. Znalazłem równowagę. Minusy nie przysłoniły mi plusów. Woda w Odrze niezmiennie płynie, słońce wschodzi i zachodzi, a przede mną kolejny start.


XI EInO „Skorpion 2012″

fot. Dariusz Bogumił

O Skorpionie i roztoczańskich wąwozach czytałem dawno temu, jeszcze w czasach, gdy namiętnie udeptywałem asfalt. Wtedy była to dla mnie fantastyka biegowa, biegowy thriller, film o grupie masochistów skazujących się na godziny męczarni w białym piekle. Niepojętym było dla mnie to, że kilkudziesięciogodzinne bieganie w niesprzyjających warunkach terenowych może sprawiać przyjemność, bo przecież nic nie mogło przebić tak lubianych przeze mnie porannych wybiegań po wygodnych, parkowych alejkach. Postukałbym się po czole gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że kiedyś stanę się jednym z tych masochistów, że zamienię jogging o świcie na wielką, zimową przygodę.

Poniżej kilka zajawek z tej zacnej imprezy. Zrzut z wydarzeń, garść przemyśleń.

PK1
Punkt podbijam po godzinnym błądzeniu. Klasyczny błąd w moim wykonaniu. Zamiast nawigować od samego początku, od odliczania na starcie, uczepiam się dużej grupy biegnącej przede mną. Potem wylatujemy w kosmos. Brak odniesienia i pomysłu na odnalezienie PK powoduje chaos. Dopiero po jakimś czasie jedna osoba przejmuje inicjatywę i wyprowadza nas z opresji. Jestem zły na siebie. Od momentu podbicia PK nawiguję na własną rękę, aż do miejsca, gdzieś pomiędzy PK5 a PK6, gdzie trafiam na ścieżkę wydeptaną w śniegu przez dziesięcioosobową czołówkę, która toruje drogę prowadzącą od punktu do punktu.

Punkty stowarzyszone
W mojej krótkiej przygodzie z InO, nie spotkałem się z tak trudną nawigacyjnie trasą. Moje skromne doświadczenie i umiejętności zostają wystawione na ciężką próbę. Przeloty pomiędzy punktami nie są oczywiste, a opis punktów nie wróży nic dobrego: początek wąwozu (na górze), rozgałęzienie wąwozu (na dole), początek wąwozu (na górze), szczyt wzniesienia. Zatęskniłem za opisówką z Włóczykija. Do tego pojawiają się punkty stowarzyszone z określonym PK, za których podbicie grozi kara czasowa.

Iskiate
W końcu mogę przetestować ten orzeźwiający napój indian Tarahumara w warunkach ekstremalnych. Iskiate przyrządziłem gęste, zawiesiste, z myślą o ewentualnym rozcieńczeniu go na trasie. Do półmetka opróżniam niecałą połowę litrowej butelki, po czym uzupełniam wodą. Nawet rozcieńczone nie traci swoich właściwości. Pokonuję 56 kilometrów w jedenaście godzin. Przez ten czas wypijam półtora litra Iskiate i pociągam kilka łyków wody z bukłaka. Nie odczuwam pragnienia, a po wypiciu napoju Raramuri wyraźnie wracają mi siły i chęć do biegu. W rankingu napojów izotonicznych pojawia się nowy prowadzący – Iskiate.

Ubiór optymalny
Mam taką skłonność, że nie potrafię trafić z właściwym ubiorem w warunki panujące podczas zawodów. Zazwyczaj ubieram się za ciepło, a potem muszę dźwigać w plecaku, koleinie ściągane warstwy. Przyznam się, że podczas treningów też mi się to zdarza. Nie wiem, dlaczego? Może, dlatego, że tak lubię ciepełko. Jednie w lecie ubieram się właściwie, ale tylko dlatego, że ubiór ogranicza się do krótkich legginsów i koszulki.

Tym razem trafiam w dziesiątkę. Na garb wrzucam – książkowo – trzy warstwy: koszulkę Brubecka, zimową bluzę od sponsora (uszytą przez firmę Quest Sport), lekką wiatrówkę Dobsoma. Do tego legginsy zimowe uszyte przez firmę Quest Sport, na stopy skarpety Columbia New Pagora, buty I8 Flyroc 310, na głowę buff. Ten komplet daje mi komfort termiczny podczas biegu pomiędzy drzewami, w zimnych wąwozach czy też, kiedy pokonuję przelot pomiędzy PK prowadzący przez pola.

Wschód
Skoro jestem przy polach, warto o nich wspomnieć. Dzielona przez pokolenia ojcowizna, zamieniona w długie acz wąskie pola pokrywające wzgórza niczym koc uszyty z prostokątnych, wąskich łatek. Oddziela je zasypana śniegiem głęboka miedza. Pokonywanie miedzy sprawia najwięcej trudności. Zdradliwa, jeden niewłaściwie odmierzony krok i zapadam się po pas w śniegu. Zabawa zaczyna się, gdy trawersując stok wzgórza, układają się niczym tarasy. Wspinam się na kolanach uważając, aby nie zsunąć się w głęboką miedzę. Koszmar? Wtedy, podczas pokonywania tej cholernej przeszkody, miałem ich dość. Z rozkoszą wbiegłem na zasypany śniegiem asfalt. Dziś z perspektywy czasu, wydają mi się tym smaczkiem, który sprawia, że Skorpion to impreza inna niż te, w których startowałem do tej pory.

PK12
Kiedy w oddali widzę łunę świateł, to Batorz, wtedy przyspieszam. Dobiegam do PK gdzie spotykam prawdziwego minimalistę, bez czołówki i kompasu, w dodatku jego mapa zamieniła się w mokry zlepek papieru. Naprowadzam go i radzę, aby biegł w stronę świetlistej łuny. Po tym przedziwnym spotkaniu, nachodzą mnie wątpliwości. Cholera, co jest? Skoro facet dotarł aż do ostatniego punktu kontrolnego bez mapy i w dodatku gdzieś tam zgubił kompas, to czy ta, ponoć, trudna nawigacja jest faktycznie trudną. A może to moje umiejętności są na niskim poziomie i nie potrafię sobie dać rady? Później, w drodze do domu, Irek rozwiewa moje wątpliwości.

***
Skorpiona ukończyłem z czasem 10:55, po doliczeniu dziesięciominutowej kary za skreślenie w karcie startowej, ostatecznie ląduję na dziesiątym miejscu. Ze startu jestem bardzo zadowolony, biorąc po uwagę to, że miałem półtoramiesięczną przerwę spowodowaną kontuzją, to osiągnąłem niezły wynik. W przyszłym roku chciałbym zmierzyć się z trasą stukilometrową. Na samą myśl o spędzeniu ponad doby na trasie zawodów, przechodzą mi po plecach ciarki. To będzie przygoda, to będzie wyzwanie! Do zobaczenia za rok!


DRnO Jesienne Trudy

Jesienne Trudy są moim debiutem. Nie, nie w tego typu imprezach, nie na trasie TP-50. To jest moja pierwsza samodzielna impreza z kompasem na, a mapą w ręku. Dawno tak się nie denerwowałem. W zasadzie przywykłem do przedstartowego dreszczyku, stres wieki temu poszedł w niepamięć, przez co ostatnie starty najczęściej „biorę na zimno”. Tym razem aż mnie skręca. Czuję się jak nastolatek przed swoim pierwszym razem.  Droga do bazy rajdu jest długa i męcząca. Schładzam się zimnym powiewem prosto z opuszczonych szyb, a podwatowane radio i nadająca  Strefę rokendrola wolną od angola Trójka ma mnie rozluźnić. Kiedy, na czterdzieści minut przed startem, wjeżdżam moim małym autkiem na teren ośrodka wypoczynkowego Woświn, gdzie znajduje się baza rajdu, niepokój ustaje. Jego miejsce zajmuje kalkulacja, skupienie i koncentracja, a mój mózg automatycznie nastraja się na wykonanie zadania.

W momencie, kiedy dostaję mapę do ręki, muszę uporać się z pierwszym dylematem: ustalić kolejność zaliczania PK, a że zazwyczaj punkty układają się w pętlę, wybrać kierunek ruchu. Od wschodu, czy zachodu, północy, czy południa? Kolejna rzecz to taktyka i dobór odpowiedniego wariantu: mniej oczywiste lub „trudniejsze” PK zdobywać, jako pierwsze, czy zostawić na koniec, kiedy przyciągnie mety będzie na tyle silne, że przyjdzie je zdobyć siłą rozpędu? Następny dylemat: postawić na dłuższe przeloty o optymalnej przebieżności, czy może wybrać krótsze, terenowe, które potrafią dać w kość, a będące „smaczkiem” PMnO.

Kiedy zostaje kilka minut do sygnału oznaczającego start, wybieram odpowiedni wariant prowadzący do pierwszego PK, kolejne ustalam już podczas biegu. Do zdobycia jest osiem punktów kontrolnych, skrzętnie ukrytych przez orgów na rozległym obszarze pomiędzy miejscowościami Choćwiel i Ińsko. Teren zróżnicowany, charakteryzujący się dużą liczbą mokradeł, polodowcowych jezior i ginących w ścianie chaszczy leśnych przecinek.

JT udaje mi się ukończyć na 4 miejscu po pokonaniu 56 km w czasie 6:52:00. Przy tym zbieram następne punkty doświadczenia, przeżywam kolejną przygodę i upcham dużą porcję wrażeń do wielkiego worka pozytywnych doznań…

A oto wnioski, które wyciągnąłem z bardzo pouczającej lekcji, jaką był niewątpliwie samodzielny start w Jesiennych Trudach:

Jeśli masz liczyć na kogoś, licz na siebie!
Konsekwentnie realizować cel, nie oglądając się na konkurencję. Wykonywać zamierzony wariant i nie liczyć na to, że zawodnik biegnący przede mną jest nawigacyjnym guru. Czasami jednak, może z lenistwa, może z braku wiary w swoje możliwości, albo bez powodu, nielogicznie, odchodzę od założeń nawet, gdy rozsądek i intuicja krzyczą NIE!

W tym wypadku przyklejam się do Irka i Janka. Nie kontroluję mapy, pilnuję tylko tempa i patrząc w plecy chłopaków, biegnę za nimi. Okazuje się, że wylatujemy w kosmos. Zamiast podbijać PK musimy dobiec do niego ponad trzy kilometry. Jestem zły na siebie.

Mocniejszy nie znaczy wygrany
W InO nad siłą mięsni ma przewagę nawigacja. Opanowanie umiejętności posługiwania się mapą i kompasem, ma kluczowe znaczenie, a słabszy kondycyjnie zawodnik może dorównać temu lepiej przygotowanemu fizycznie, szczególnie, gdy ten drugi dzięki niedostatecznym umiejętnością traci czas na poszukiwanie PK, dokłada kolejne kilometry do ogólnego dystansu albo traci siły na wariantach terenowych zaliczając chaszczowanie lub fundując sobie błotne kąpiele w mokradłach.

Bywa tak, że spotykam się, podczas podbijania PK, z konkurencją, która dawno temu zniknęła mi z zasięgu wzroku. Nie twierdzę, że jestem doskonałym nawigatorem, wręcz przeciwnie, posiadam małe doświadczenie i wiele braków. Wiem, natomiast, że umiejętność nawigowania, na co najmniej dobrym poziomie, oprócz podającej łydki może mieć duży wpływ na rezultat końcowy. Idąc tym tropem, zapewne dołożę kilka godzin treningu BnO ekstra do planu treningowego. Z naciskiem na treningi nocne.

Kiedy nie gra… mapa
Pozostaje zachować zimną krew, znaleźć optymalne rozwiązanie mogące wybawić z opresji oraz zaufać intuicji. Tak jest na przelocie pomiędzy PK9 a PK4. Droga, którą biegnę zamienia się w regularny, gęsto porośnięty las. Próba utrzymania kierunku i odnalezienia dalszej części drogi, nie przynosi pożądanego skutku. Okazuje się, że wbiegłem zbyt głęboko w las i zbyt daleko, aby powrót do punktu wyjścia miał sens. W tej sytuacji nie staram się odnaleźć równoległej drogi, biegnę na azymut do asfaltu. W biegu obliczam pobieżnie, że nie nadłożę zbyt dużo drogi, czyli manewr wydaje się być (jak się później okazało) słusznym.

 MAPA

Jesienne Trudy - Długodystansowy Rajd na Orientację.

Puchar Polski w Pieszych maratonach na Orientację. 

 


I Cross Straceńców

 

fot. Marcin Kargol

Niezmiernie ucieszyła mnie wiadomość, że w Głogowie zostanie zorganizowana impreza biegowa. Od czasów organizowanych w latach dziewięćdziesiątych przez Centrum Sportowe „Głogowski Triathlon” szeregu duatlonów i bodajże jednego triatlonu, do teraz nie działo się nic. Oczywiście, co roku odbywa się Kolorowy Marszobieg „Nie jesteś sam”, ale jest raczej pozbawiony rasowej rywalizacji, bardziej rodzinny o profilu imprezy dobroczynnej. Przyszedł jednak czas i biegowa luka została wypełniona nietypowym biegiem zorganizowanym przez Jerzego Górskiego i jego firmę Sport – Górski.

Co to takiego ten Cross Straceńców? Bieg na dystansie 5555 metrów, którego trasa poprowadzona jest po torze motocrossowym „Górków” w Głogowie. Trasa jest bardzo zróżnicowana, charakteryzująca się sporą ilością stromych podbiegów i równie stromych zbiegów. Dodatkową atrakcją są, przygotowane przez organizatora, dwa baseny z wodą, które po drugim okrążeniu i rozdeptaniu przez ponad 120 startujących zawodników, zamieniły się w błotnistą breję.

PLAKAT ZAWODÓW

fot. Piotr Krzemiński

Po opłacie wpisowego dostałem pakiet startowy, w którym znajdowały się standardowo: numer startowy, agrafki, chip, jakaś reklamowa makulatura wraz z naklejką, koszulka techniczna Newline z logiem zawodów oraz mniej standardowo, worek na buty (treningowy) Newline.

Przygotowując się do startu, skorzystałem z uprzejmości Marcina i zabezpieczyłem buty srebrną taśmą. Potem podczas biegu widziałem zawodników wyciągających obuwie z błota.

Start w Crossie Straceńców potraktowałem lekko. Biegłem bez ciśnień i parcia na wynik. Nie chciałem zarzynać się przed startem w Jesiennych Trudach, poza tym bałem się o nogi. Strome zbiegi masakrują kolana, w dodatku rozjeżdżony tor i nierówności mogły przyczynić się do ewentualnej kontuzji.

fot. Piotr Krzemiński

Postanowiłem biec w jednym tempie, spokojnie brać podbiegi, nadrabiając na zbiegach. W czasie pierwszego okrążenia nadgorliwi zawodnicy wyprzedzali mnie. Sytuacja zmieniła się przy drugiej pętli. Nieprzyzwyczajeni do biegów w terenie urozmaiconym, niektórzy z wywieszonym językiem, przystając od czasu do czasu, opierając dłonie na kolanach, zaczęli zwalniać. Wyprzedzałem ich nadal biegnąc swoim tempem. Dopiero w końcówce po pokonaniu ostatniego z basenów rozpoczął się finisz. Z tym finiszem było tak: zupełnie o nim zapomniałem, że należy biec ile sil w nogach, wykorzystać rezerwy siły i urwać tych kilka cennych sekund. Ale ja biegłem „rekreacyjnie” i zostałem zaskoczony. Zza pleców wyskoczył zawodnik, przyspieszyłem, ale było już za późno, był za bardzo rozpędzony. Zaraz za nim biegł kolejny, temu już nie odpuściłem. Po pięknej walce wpadliśmy równocześnie na metę. Co za bieg!

cross_stracencow

fot. Piotr Krzemiński

I Corss Straceńców uważam za udany. Na metę dotarłem, jako 35 na 122 startujących, w swojej kategorii wiekowej 12. Trasę pokonałem w 00:30:18.

Impreza nietypowa, krótka i intensywna, ciekawie poprowadzona przez samego Jurka Górskiego. Lokalny patriotyzm i fajność, karze wpisać mi ją na stałe do kalendarz startowego. Mam również nadzieję, że organizatorzy w przyszłym roku staną na wysokości zadania i przygotują kolejne niespodzianki.

CROSS STRACEŃCÓW – STRONA WWW

Foto nr 1 Marcin Kargol
Foto nr 2,3,4 Piotr Krzemiński 


IWW – łowca wrażeń i zdobywca doświadczeń

IWW

fot. Arek Jaskuła

NOWE DOŚWIADCZENIA

Start w imprezach biegowych przynosi ze sobą porcję wrażeń, w których z uwielbieniem zatapiam zęby. Adrenalina, dreszczyk emocji związany z odkrywaniem nowego, uzależniająca jak porcja endorfin, jak euforia ogarniająca zaraz po przekroczeniu linii mety. Znam kilku startomaniaków, którzy nigdy nie uczestniczą, rok po roku, w tych samych zawodach. Nigdy nie próbowałem dociec, czemu tak postępują, bo sam doświadczam tego uczucia, gdy wkraczam na nieznane dotąd tereny startowego świata.

Każdy nowy start, to kolejne „punkty” doświadczenia. Z imprezy na imprezę człowiek jest coraz bardziej obyty ze środowiskiem, z regułami rządzącymi podczas zawodów sportowych. To waśnie doświadczenie odróżnia startowego weterana od startowego żółtodzioba. Nie ma tutaj zastosowania forma, poziom wytrenowania, osiągnięte rezultaty. Doświadczenie kształtuje nas, a my bez niego jesteśmy jak dzieci idące pierwszy raz do szkoły: spłoszone, wystraszone i bezbronne.

Gimnastyczny sen

Dla mnie to nowość, nocleg na sali gimnastycznej. Twarda podłoga, miękka mata, ciepły śpiwór. Integracja i poczucie wspólnoty, pozytywne wibracje, przedstartowa atmosfera oraz możliwość poznania ciekawych osób, a także uczestniczenie w „startowym przedsięwzięciu” od początku do (prawie) samego końca, to niewątpliwie plusy koczowania na sali gimnastycznej.

Żeby być w miarę obiektywnym muszę przestrzec przed minusami takiego noclegu. Niewyspanie – odgłosy całonocnej krzątaniny mogą obudzić największego śpiocha. Znacie to rozchodzące się po sali gimnastycznej echo? Ta noc była długa i męcząca. Obudziłem się w dobrym nastroju, ale niewyspany, w dodatku sen na niewygodnej, twardej podłodze nie jest zbyt smaczny. Wiecie, jak sobie pościelisz… Dlatego na kolejny nocleg zaopatrzę się w wygodny dmuchany materac i – całkiem serio, serio – zatyczki do uszu.

IWW

Samodzielna nawigacja

O tak! Trening nawigacji przyniósł efekt. Sam nie wiem jak, ale zacząłem orientować się w terenie za pomocą mapy i kompasu. Potrafię się nie zgubić, ale jeśli już, to szybko odnaleźć. Zdobyte umiejętności przynoszą efekty podczas startów – nie biegłem za Grześkiem wpatrując się w mapę i próbując dociec „gdzie my to jesteśmy”. Podczas IWW nabrałem pewności siebie, na tyle żeby wystartować solo, nawigować samodzielnie i przekonać się jak to jest i czy dam radę ścigać się z konkurencją.

IWW była swoistym treningiem, każdy wariant musiał być bezbłędny, ewentualna wtopa analizowana na zimno, każda poprawka idealna. Biegając po Magicznym Lesie orientując się w znanym mi terenie, mając zapas czasu i biegnąc bez presji trafiam bezbłędnie do założonego PK. Dodatkowo „oprawa” jest inna. PK podczas treningów są „wirtualne”, oczywiste, obierane z mapy, tak abym wiedział, że dotarłem tam gdzie zamierzam. Nie jest to „drzewo w zagłębieniu terenu”, albo „polana, drzewo na NW”. Punkty nie są zaznaczone lampionami, nie posiadają perforatorów, nie ma rozsypanego konfetti. Nudy na pudy. Dlatego czekam z niecierpliwością do Jesiennych Trudów, z ochotą pobiegam po okolicznych krzakach.

Sztolnia – nie bierzemy jeńców

Rywalizacja to nieodłączny element imprez sportowych. Dzięki niej sprawdzamy swoje możliwości porównując się z konkurentami.  Pośrednio przyczynia się do tego, że chcemy być lepsi i jeszcze lepsi w tym, co robimy. A sprawdzenie swoich możliwości w walce z przeciwnikiem determinuje do większego wysiłku. Czym by były starty, gdyby nie możliwość konkurowania o pierwsze miejsce? Byłby kolejnym Przejściem…

Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Aby urozmaicić ściganie i nie dopuścić do monotonii mogącej pojawić podczas zdobywania kolejnych PK , umieścił na mapie Odcinki Specjalne oraz LOP – linię obowiązkowego przejścia.  Jedną z atrakcji było zdobycie PK znajdującego się we wnętrzu sztolni.

Do sztolni wchodzimy za czołówką i nie chodzi mi tutaj o latarkę, choć takową mam w użyciu. Robi się małe zamieszanie. Grupa nie może zlokalizować PK. Nagle Grzesiek dostrzega punkt w ciemności. Nie bierzemy jeńców. Podbijamy karty startowe i niepostrzeżenie, tłumiąc przy okazji światło latarki, wycofujemy się ze sztolni. Szybko wdrapujemy się po linie, wydostając się na powierzchnię. Wychodzimy na prowadzenie. Biegniemy LOPką do ostatniego PK Odcinka Specjalnego.

Kolejny punkt do doświadczenia. Mała strategia. Szybka kalkulacja sytuacji i skorzystanie z nadarzającej się okazji. Takie zabiegi to dla mnie nowość. Biegi uliczne, zwijanie asfaltu do którego jestem przyzwyczajony nie jest tak atrakcyjne. Cała taktyka polega na odpowiednim rozłożeniu sił i wybraniu momentu, w którym należy zacząć finisz – w wielkim skrócie.

fot. Arek Jaskuła

 

Rzecz o odwodnieniu i butelce coli 

Bywa tak, że pomimo zdobytego doświadczenia, popełniam ten sam błąd. Potem zaklinam się, że nigdy więcej i następnym razem nie dopuszczę do powtórzenia się niepożądanej sytuacji.

Podczas startu w Maratonie Gór Stołowych odwodniłem się, bo zamiast plecaka z bukłakiem zabrałem bidon. Płyny kończyły mi się nie dalej jak pół godziny po opuszczeniu bufetu. To był koszmar. Upał i odwodnienie.

Tym razem plecak z bukłakiem zabrałem i dobrze, bo żar lał się z nieba. Grzesiek nadmiernie perspirował, a pot kapał mu z końcówki nosa. Mi zwyczajowo zaczęło brakować pary i zacząłem ciągnąć się za Grześkiem, oglądając jego plecy. Na „półmetku” znajdował się bufet. Był gorący żurek, była i woda. Napoiłem się odpowiednio i ruszyłem dalej, zapominając napełnić pusty już bukłak. Skutki tego głupiego działania, a raczej braku jakiegokolwiek działania okazały się opłakane. Po wtopie nawigacyjnej przy kolejnym OeSie wysuszyłem się konkretnie. Coś, co przywróciło mnie do świata żywych to butelka coli. Paradoksalnie, coś złego – bo przecież ja nie przepadam za colą i uważam ją za paskudztwo – zrobiło tyle dobrego. Potem przekonałem się do coli i nawet skusiłem się na butelkę, czy dwie. Jednak nadal uważam ją za paskudztwo.

Afterparty, czyli górski chillout 

Doświadczam. Doświadczam siły, doświadczam wytrzymałości, doświadczam mocnej psychiki, doświadczam wszystkich korzyści płynących z treningu. Doświadczam startu, doświadczam postartowej atmosfery w bazie zawodów, doświadczam zmęczenia, doświadczam…

W krótkim podsumowaniu ze startu w IWW napisałem, że do tej pory normą było to, że po starcie byłem wykończony, obolały, niewyspany, głodny. Siły znajdowałem jedynie na prysznic, zapakowanie zwłok do samochodu i powrót do domu. Myślałem jedynie o domu, dobrym jedzeniu i regenerującym śnie do południa.

Tym razem po wyrype zaplanowaliśmy wycieczkę po czeskiej stronie Karkonoszy. Po dotarciu do mety, wymianie spostrzeżeń z trasy, prysznicu i ciepłym posiłku, spakowaliśmy się do mojego małego autka i wyruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby.  Już po zachodzie słońca dotarliśmy do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Poczęstowaliśmy swoje organizmy odrobiną snu i skoro świt ruszyliśmy w dalszą wędrówkę.

IWW

fot. Arek Jaskuła

 

POSTARTOWY FLASHBACK 

Po każdym starcie dokładam kolejne tomy do biblioteki wspomnień, kilka z nich zebrałem w trakcie II edycji Ekstremalnego Rajdu na Orientację IWW – Izerska Wielka Wyrypa po to by móc w przyszłości po nie sięgnąć i przy cieple kominka wspominać, wspominać, wspominać…

 


NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 2

bunkier

fot. Mati

Poranek nadziei, długie rozmowy o wszystkim, Orlica i linia Maginota.

Schronisko Pasterka. Godzina 5:00. Ze snu wyrywa mnie sygnał budzika. Wstajemy niemal równocześnie. Wynosimy się po cichu z pokoju. Szybka toaleta, ubieranie na korytarzu, ostatni przepak przed drogą. Chwilę po tym stoję przed schroniskiem i patrzę z niedowierzaniem. Nie pada, a na horyzoncie odbywa się wspaniały spektakl: wschód słońca. Jest pięknie! Na wschodzie się przeciera, na zachodzie po niebie suną kłębiaste chmury. Jest szansa na słoneczny dzień.

Parkujemy nieopodal wejścia na szlak. Z parkingu rozciąga się rozległy widok na Góry Stołowe i Sowie. Humory dopisują. Jest zimno i wieje jak cholera. Wilgotna odzież wzmaga uczucie zimna. Zostawiamy samochód za sobą i wchodzimy w las. Szlak jest błotnisty i spływa nim strużka wody. Jest tak szaro i ponuro. Powoli zbliżamy się do grani. Grań ginie w chmurach. Zanurzymy się we mgle. Cieszę się, że nie pada.

Zazwyczaj przy tych naszych wyrypach pada dużo słów. Zdania ciągną się za nami niewidzialną smugą. Rozmawiamy dużo, o wszystkim i o niczym. Mati to milczek, rasowy introwertyk, za to Grzesiek, Grzesiek jest idealnym kompanem, tak samo do wędrówki jak i do rozmowy. Dobry z niego mówca, cierpliwy słuchacz. Zwłaszcza to drugie w nim podziwiam, przy moim gadulstwie, zachować taki spokój.

Gdzieś tutaj powinny być! Bunkry – potencjalne miejsce na nocleg. Z tym noclegiem to było tak: Wymyśliłem sobie, że prześpimy się gdzieś w górach. Zazwyczaj, gdy nie ma schroniska w pobliżu, śpi się w wiatach lub różnej maści schronach górskich. Górska, można powiedzieć, noclegowa rzeczywistość. Ale co zrobić, gdy mapa nie wskazuje gdzie na szlaku znajduje się wiata? Można wydedukować, że najczęściej bywają budowane przy skrzyżowaniach szlaków. Ale to nie jest normą. W naszym przypadku, mapa określała jasno gdzie rozpoczyna się linia umocnień i w którym kierunku ciągnie. Noc w bunkrze, ciekawa alternatywa dla „górskiej rzeczywistości noclegowej”.

Jakiś czas temu zeszliśmy z Orlicy, niezbyt imponujący wierzchołek. Ot, taki zarośnięty szczyt z tabliczką informacyjną wbitą w odpowiednim miejscu. Teraz idę rozglądając się na lewo i prawo. W dół prowadzi asfaltowa droga. Jest! Jest bunkier. Zaraz się okaże, co nas ominęło. Wyobrażam sobie wilgotne i zdewastowane wnętrze. Jak miło minie zaskoczyło to, co zobaczyłem. We wnętrzu jest sucho i względnie czysto. Jest ciasno, bunkier był, chyba, przewidziany na dwuosobową obsadę, jednak można by było się wyspać i w trójkę.  Na ścianach i stropie ponabijane są deski, resztki szalunków. Potem, już w domu, doczytałem, że linia umocnień nigdy nie była użyta. Ironia losu. Historia potoczyła się inaczej, niż przewidywali to Czesi.

 

termometr

fot. Mati


Jedyni turboturyści w okolicy, czeskie smaki, szybki powrót i granica w słońcu.

Mija kolejna godzina naszej wędrówki, zbliżamy się do miejscowości Deštné v Orlických horách. Wyglądamy jak uciekinierzy – ubłoceni, przemoczeni, niosący cały swój dobytek na plecach.  Uciekinier – nie mija się to z prawdą, jestem uciekinierem, uciekam od cywilizacji, od głupich spraw, głupich ludzi. Moje pojęcie uciekiniera jest na stałe połączone z pojęciem odkrywcy. Uciekam od cywilizacji, zagłębiam się w otaczającą mnie naturę odkrywając – dla mnie – nowe, dzikie miejsca. Doświadczam wiatru, palących promieni słońca, deszczu, nocy. Za każdym razem chcę więcej i więcej.  Nigdy nie mam dość!

Docieramy do schroniska, zamawiamy knedliki. Odpoczywamy racząc podniebienia nowym nieznanym smakiem potrawy. Knedlik jest przepyszny, w smaku i konsystencji, coś jak bułka na parze. Do niego wołowina i sos śmietanowy o aromacie cytrynowym. Obok wołowiny, słodki akcent, powidła żurawinowe, skrawek bitej śmietany i dopełniający kompozycję plasterek cytryny. Pisałem coś o odkrywaniu?

Prowadzeni słupkami granicznymi, maszerujemy w stronę parkingu. Chmury rozwiał wiatr, ukazając błękitne niebo. Słońce podkręciło nasycenie barw. Czuję się spełniony. Wypędziłem diabla, teraz spokojnie mogę wrócić do domu. Mijamy Orlicę. Wracamy po swoich śladach do auta. Po drodze opowiadam Grześkowi, w jaki sposób zacząłem swoją przygodę z bieganiem, jak wyglądały moje pierwsze treningi. Życie płata nam figle. Przebyłem długą drogę, od nihilisty nurzającego się w dekadencji, aż do.. właśnie, kim jestem?

 

szlak

fot. Mati


Prawdziwy chillout, Zamek Książ, chleb ze smalcem i tęsknota za górskim szlakiem.

Wracamy. Przejeżdżamy przez Duszniki-Zdrój, mijamy drogę prowadzącą w kierunku Błędnych Skał, jadąc przyglądamy się, jeszcze wczoraj oblewanemu strugami deszczu, Szczelińcowi. Prowadzeni przez Drogę Stu Zakrętów zjeżdżamy w stronę Radkowa. Jakiś czas potem, pokazuję Grześkowi wąskie uliczki Nowej Rudy.

Świebodzice. Zatrzymujemy się nieopodal wejścia na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego. Kuszeni sprzedawanym grubym pajdom żytniego chleba, posmarowanym pysznym smalcem, dopełniając wyprawę, postanowiliśmy przespacerować się dookoła Zamku Książ. Wyszło ździebko inaczej niż zaplanowaliśmy. Deszczowa aura przepędziła wszystkich sprzedawców tak, że z chleba nici. Zwiedziliśmy dziedziniec zamku, jego okolicę. Podziwialiśmy zamek z daleka, patrząc na niego z punktu widokowego. Nasza wycieczka powoli dobiegała końcowi. Wracaliśmy do zaparkowanego auta, ze śpiącym w środku Matim.

Zawsze tak mam, że gdy zjeżdżam z gór, ogarnia mnie smutek. Żal, że to już koniec, że trzeba się pożegnać. Oczy bolą, gdy widzę doliny. Aby odzyskać równowagę planuję kolejny wypad. To taka gra: było pięknie, ale może być jeszcze piękniej! To pomaga. Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdybym mieszkał gdzieś w górach. Lepiej skończę już ten wpis. Siedzę przed komputerem, za oknem prosta linia horyzontu, w oddali las, za lasem…


NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 1


Długa droga do celu, Pasterka, zimne Opaty i słońce daleko ponad chmurami.

Piątek przywitał nas deszczowo. Niebo pokrywały czarne chmury, z których bezlitośnie lała się woda. Nic nie pokrzyżuje nam planów. Co tam deszcz, kiedy przygoda tuż, tuż!

Tradycyjnie, spotykamy się z Grześkiem w Szlichtyngowej, szybko pakujemy szpej do mojego małego autka i ruszamy w stronę Wałbrzycha. Droga dłuży się niemiłosiernie. Warunki pogodowe nie pozwalają na szybką jazdę. Może i da się szybciej, ale nie jestem samobójcą. Nie uśmiecha mi się podróż ze średnią prędkością 70km/h, ale co zrobić? Jezdnia tonie w wodzie, a widoczność jest poniżej średniej.

Po czterech godzinach, spóźnieni, docieramy do schroniska Pasterka. Szybkie przygotowanie do drogi, ostatni przegląd klamotów i ruszamy… ruszamy w stronę schroniska skosztować tak polecanego przez Monikę Opata. Piwko okazuje się całkiem pyszne – czereśniowe. Nie jest to typowe przesłodzone piwo w stylu Gingersa, a raczej dobre, porządnie chmielone piwo o aromacie czereśniowym bez grama zbędnego cukru.

Gdy degustacja piwa dobiega ku końcowi, zaczynam szykować się mentalnie na to, co czeka nas po przekroczeniu drzwi Pasterki. Niebo pokrywają kłębiaste, ołowiane chmury. Deszcz siąpi wesoło, nic nie robiąc sobie z trzech wędrowców, którzy przepełnieni radością podążają w stronę gór. Dla mnie słońce świeci całą swoją mocą, świeci tuż nad chmurami.

Broumovské stěny, strugi deszczu, ułańska fantazja Bormana i zmiana planu.

Jeszcze w schronisku ustaliliśmy, że trasą Maratonu Gór Stołowych dotrzemy do rezerwatu Broumovské stěny. Po trzech, czterech kilometrach marszu docieramy do pierwszych skał. Po drodze Przystajemy, kryjąc się pod wiatą, na mały przepak. Pozbywam się płaszcza przeciwdeszczowego – „foliaka” i spodni, które całkowicie przemoczone przylepiają się do nóg utrudniając marsz. Mati odpina ze spodni nogawki i razem idziemy na „krótko”.

Dwa tygodnie wcześniej biegłem tędy, wypacając dwudzieste poty, marząc o basenie wypełnionym chłodną wodą. Było gorąco, duszno i sucho. Dziś doświadczam nowego na już raz przebytym szlaku. Góry wyglądają niesamowicie. Majestatycznie. Mrocznie. Baśniowo. Mokre skały osnute mgłą. Klimat niczym z innego świata, świata czarów i magii. Ma się wrażenie, że zza skał wyłoni się galopujący na koniu jeździec, przyodziany w skórę i zbroję. Zdecydowanie wolę Góry Stołowe przyprawione takim klimatem.

Podziwiamy otaczające nas piękno. Próbuję fotografować. Warunki nie są sprzyjające, jest ciemno i mokro. Soczewka w moim starym wysłużonym cyfraku jest zaparowana, wycieram ją kawałkiem chusteczki, po czym szybko fotografuję. Brak dostatecznego oświetlenia ekspozycji. Staram się jak mogę, aby zastąpić statyw, opierając rękę na skale, drzewie, czymkolwiek. Jak się później okaże, efekt moich starań będzie nad wyraz zadowalający.

Schodzimy z trasy maratonu, kierując się w stronę miejscowości Suchý Důl. Zatrzymujemy się przy parkingu aby zerknąć na mapę. Nie mamy z góry wytyczonej trasy. W tym wypadku był tylko zarys, teren zamknięty w ramy G. Stołowych, Orlickich i Bystrzyckich, po którym będziemy się poruszać, a trasa powstawać będzie spontanicznie. Tym razem jednak przesadziłem. Poniosła mnie wyobraźnia. Z pozycji wygodnego fotela (powiedzenie z kanapą w roli głównej jest zbyt eksploatowane), założenie, że pokonamy około 100km w ciągu dwóch dni wydawało się bardzo realne. Rzeczywistość okazała się z goła odmienna. Góry Orlickie są bardzo odległe jak na wędrówkę w tak niesprzyjających warunkach, które panowały… brutalnie. Po naradzie ustalamy, że odpuszczamy nocleg „gdzieś w górach”, a wędrówkę w stronę Gór Orlickich zamienimy na zwiedzanie Błędnych Skał i Szczelińca Wielkiego. Godzinę później, przy granicy, decydujemy, że będziemy nocować w Pasterce.

Zimna skała, ciepły oddech, mokry szlak i sucha noc.

Docieramy do Błędnych Skał. Załapujemy się na darmowe zwiedzanie. Deszcz, pogoda barowa, kasa zamknięta. Zwiedzamy. Błędne Skały robią wrażenie. Forma, surowość mokrej, zimnej skały. Jest zimno i wilgotno. Nasze parujące oddechy komponują się harmonijnie z otoczeniem. Fotografuję. Mam problem z zamoczoną soczewką, nijak nie mogę jej osuszyć. Aktualnie nie posiadam nic suchego, oprócz zawiniętych w worki foliowe legginsów i bluzy. Nic to, fotki będą wiarygodne, w końcu jest tyle wody dookoła.

Szlak, którym nie tak dawno temu biegłem w pełnym słońcu, zamienił się w regularny potok. Męczy mnie ciągłe omijanie nurtu, niebezpieczne balansowanie na kamieniach. Wchodzę do zimnej wody, przecież i tak mam przemoczone buty. Dam odpocząć nogom, po płaskim idzie się wygodniej, a że w wodzie do kostek – trudno…

Znajdujemy się u podnóża Szczelińca Wielkiego. Jeszcze chwila i dotrzemy do schodów prowadzących na szczyt. Bardzo chciałem pokazać Grześkowi te schody. Finisz MGS, który dobijał wyczerpanych biegaczy. Spotykamy turystów! Stoją pod schodami i zastanawiają się czy wchodzić na górę. Wymijamy grupkę i zaczynamy wbiegać. Grzesiek nie trenuje już czwarty miesiąc, a mimo tego sprawnie pokonuje kolejne schody. Ledwo za nim nadążam. Dopadam go na szczycie, sapiąc i dysząc ze zmęczenia. To mi uzmysławia, jaka przepaść nas dzieli – lata treningów i startów.

Dołącza do nas Mati. Liczył schody, naliczył ich ponad siedemset. Trochę się chłopak przeliczył, o jakąś setkę.

Kolejny raz załapujemy się na gratisowe zwiedzanie. Przemykamy pomiędzy skałami, schodzimy wąskimi schodami wykutymi w skale. Docieramy do dna Piekła.

Dzień kończymy rozgrzewając się miętowym specyfikiem od pana Palikota, siedząc na grześkowym łóżku, w przytulnym pokoju, na pierwszym piętrze schroniska Pasterka. Po całym dniu intensywnego namaczania, suche i ciepłe łóżko to bardzo pozytywne ukoronowanie dnia. Brzuch napełniony pyszną kolacją, miętowy specyfik i masa emocji… Zasypiam.

CDN

Góry Stołowe wg kuerti w serwisie Garmin Connect – Szczegóły.

 


II Maraton Gór Stołowych

foto: Monika Strojny

„Prawdopodobnie to najtrudniejszy maraton w Polsce!

Skoro organizator twierdzi, że jest to prawdopodobnie najtrudniejszy maraton w Polsce, to nie musi być to kolejny „chłyt martetindody” mający na celu podniesienie rangi imprezy i można taką wiadomość potraktować z przymrużeniem oka. Nie należy też lekceważyć informacji o przybliżonej sumie przewyższeń, o trudnej technicznie trasie biegu. Należy wziąć pod uwagę to, że w lipcu raczej bywa upalnie, w związku z tym, oprócz zaznajomienia się z przebiegiem trasy, jej profilem warto zwrócić uwagę na ilość punktów odżywczych po to, aby zastosować odpowiednią taktykę, dobór akcesoriów biegowych ułatwiających uzupełnianie płynów podczas biegu etc.

Oto kilka oczywistych prawd, o których amator biegania i startów, nie tylko górskich, ale każdych(!) powinien pamiętać. Starty to nie tylko zwieńczenie poprzedzającego je treningu, to dopracowywanie szczegółów takich jak np. logistyka, wcześniejszy dobór i przygotowanie obuwia i odzieży, naładowanie akumulatorów, czy wyżej wspomniane zaznajomienie się z przebiegiem trasy.

Dlaczego o tych oczywistych prawdach piszę? Dlatego, że zlekceważyłem jedną z nich: „Bo co mnie może spotkać w Górach Stołowych?”. Przez zbytnią pewność siebie i lekkie potraktowanie tematu, nie przygotowałem się należycie do startu, czego konsekwencje miałem ponieść na trasie biegu.

foto: Karolina

Trasa

Poprowadzona po szlakach turystycznych. Najpiękniejszy i zarazem najtrudniejszy odcinek prowadził przez Broumovske Steny. Wąska ścieżka ciągnęła się między strzelistymi skałami piaskowca, czasami zamieniając się w ciasne, trudne do pokonania szczeliny. Pokryta kamieniami, wystającymi korzeniami: „drzewa lubieżnie obnażały swe ukryte dotąd kończyny” i błotnistymi odcinkami. Wznosiła stromo, trawersowała zbocza, opadała – na łeb, na szyję. Po pokonaniu piątego kilometra postanowiłem, że muszę wrócić w to miejsce, zatopić się w jego niesamowitym klimacie.

Finisz. O tym trzeba wspomnieć! Tego nie da się zapomnieć! To smaczek, który sprawia, że myśl o MGS jako najtrudniejszym maratonie w Polsce staje się faktem! Setki cholernych schodów stromo wznoszących się na szczyt Szczelińca. Meta usytuowana jest przy schronisku. Ostatnie metry maratonu, to dobijanie rannego, kopanie leżącego – mozolna wspinaczka, dodatkowy ból. Orgowie wiedzą jak sprawić, aby przekroczenie linii mety było niezapomnianym przeżyciem, aby zaraz po odebraniu pamiątkowego medalu, w głowie pojawiła się myśl o ponownym doświadczeniu trudu pokonania trasy: „do zobaczenia za rok”!

foto: Konrad Lech Cube

Bidon to za mało!

Bufety były ustawione, co 10km. Pierwotnie miały być trzy. Organizator przygotował jednak dodatkowy punkt usytuowany przy Błędnych Skałach. Był to chyba trzydziesty dziewiąty kilometr. Co za bonus! Jeszcze tego nie wiedziałem, ale przede mną był do  pokonania czerwony szlak w pełnej lampie. Słońce prażyło niemiłosiernie, a zmęczenie i duże odwodnienie odbierało moc i chęci do walki.

Popełniłem błąd, zamiast plecaka z bukłakiem na trasę zabrałem nerkę wyposażoną w mały bidon. Rozwiązanie, które sprawdziło się podczas startu w S100, w trakcie MGS przyniosło opłakane skutki. Już po drugim kilometrze od bufetu osuszałem bidon do ostatniej kropli. Piłem zachłannie, zapominając o tym, żeby pociągać łyk, dwa, co jakiś czas, zmniejszając w ten sposób ryzyko odwodnienia. Upały mi nie sprzyjają, szybko się odwadniam, tracę parę i chęć do ścigania. Zapłaciłem za swoją lekkomyślność, za niepoważne potraktowanie tematu. Dostałem nauczkę. Przydała mi się ta lekcja pokory.

W ultra nie ma miejsca na błędy!

 

Maraton Gór Stołowych wg marcin_borman w serwisie Garmin Connect – Szczegóły.

Strona Maratonu Gór Stołowych oraz odnośnik do mapy z zaznaczoną trasą.


Krkonoše cz.1

Karkonosze mi się przejadły? Tak twierdziłem jeszcze do tamtej soboty. Znudzony schodzonymi wszerz i wzdłuż szlakami. Rozpychając się łokciami na drodze między Szrenicą, a Śnieżką. Szukając samotności, aby oddać się intymnej chwili, pieszcząc wzrok widokiem gór, gdzieś między głazami skalnego rumoszu Ścieżki Nad Reglami. Wspinając się, zostawiając za sobą mury zamku Chojnik, w górę ku Śnieżnym Kotłom. Spadając na złamanie karku w dół obok jaru, przez kocioł ku Dolinie Łomniczki. Medytując na szczycie Skalnego Stołu.

Karkonosze jakie znałem dotąd, to sieć szlaków rozwieszona na grubym czerwonym sznurze – Głównym Szlaku Sudeckim –  wydawać by się mogło,  rozciągniętym niedbale przez sudeckie szczyty. Mea culpa. Nidy nie zapuściłem się dalej, w głąb, poza linię Maginonta zbudowaną z biało-czerwonych słupków. Nie poznałem najciekawszej ich części leżącej na terenie naszych południowych sąsiadów.  Znam tylko grań zawieszoną pomiędzy szczytami, stok i kotlinę – ot całe moje Karkonosze. (Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że Polska część jest nieciekawa.  Jest na pewno inna, nie tylko pod względem ukształtowania, infrastruktury, ale także podejścia KPN do zarządzania parkiem, co ma niewątpliwie wpływ na kształtowanie Karkonoszy jako atrakcji turystycznej… )  Na szczęście dla mnie, ten stan niewiedzy minął bezpowrotnie. W towarzystwie Janusza, który był moim przewodnikiem po Czeskiej Stronie, zapuściłem się w głąb gór, aby odkryć (na nowo) Krkonoše.

Szlakiem Sourka

Z Pecu pod Snezkou do Śląskiego Domu.

Pec został za nami. Tym bardziej cieszę się, że uciekam od cywilizacji. Potrzeba mi wycieczki w góry, jak spragnionemu wody, jak głodnemu…  Początkowe metry truchtamy, potem przechodzimy do marszu. Dobra rozgrzewka, pierwsze kilometry i spore przewyższenie. Z parkingu na szczyt Śnieżki będzie z 850 metrów. Strome podejście rekompensują niesamowite widoki. Janusz żartuje: „zrobię Ci tutaj zdjęcie, będziesz mógł się pochwalić, że byłeś w Tatrach”. Chciałoby się napierać nieprzerwanie, ale ja tak nie potrafię. Musze się zatrzymać. Spić kolory z horyzontu, tam gdzie grań łączy się z niebem, zachłysnąć malowniczym krajobrazem, zanurzyć po czubek głowy w otaczającym mnie pięknie.

Wspinamy się stromym zboczem Upskiej Jamy,  w górę prowadzi nas niebieskimi znakami Kavionova cesta. Janusz przystaje co jakiś czas, czekając na mnie zawiesza wzrok gdzieś w dali, a ja uparcie staram się utrwalić na starym cyfraku niesamowite widoki. Wychodzimy ponad las. Przed nami wijąca się w górę ścieżka. Po drodze trafiamy na wybudowaną w 1912 roku pompownię wody. Miejsce godne uwagi, bardzo klimatyczne. Gdybym prowadził ranking takich miejsc, znalazłoby się w czołówce:  spływający stromym zboczem strumień, drewniany mostek z którego można zaczerpnąć zimnej wody po to, aby schłodzić rozgrzane czoło i kark. Poniżej, przylepiony do stoku kamienny schron, w którego wnętrzu kryje się stalowa aparatura stacji pomp.  Mini muzeum techniki.

Jeszcze tylko kilkaset metrów i znajdę się przy Śląskim Domu. Wydostanę się na grań, zostawię za sobą Obří důl. Janusz jest gdzieś z przodu, a ja skacząc z kamienia na kamień, biegnę mijając zdziwionych turystów. Już widzę dach schroniska i stojącego nieopodal Janusza.

Ekspresem na Śnieżkę

Śląski Dom – Śnieżka

To niesłychane jak szybko odzyskuję siły. Wystarczyła chwila, dosłownie moment, aby się zregenerować. Kucam, rozluźniam mięśnie, skupiam się na czekającym mnie wysiłku, po chwili jestem gotowy do dalszego biegu. Czy to zasługa Hornet Juice, skarpet kompresyjnych, treningu, a może miks powyższych czynników?

Jest gorąco, słońce grzeje niemiłosiernie. Wydawało się, że na grani będzie chłodniej, że nas potarga wiatr. Wydawało…  Źle znoszę upały. Typowe jest, to że bardzo szybko się odwadniam, po czym równie szybko wymiękam. Pilnuję się, piję w przerwach, zajadam jabłko. Nieustannie dorzucam coś do pieca, a spalam dużo, bo wysiłek jest spory, nawet jak na górskie wypady.

Przed nami droga na Śnieżkę. Ustalamy, że wspinamy się czerwonym szlakiem, a zbiegamy Drogą Jubileuszową. Wybiegłem do przodu, zostawiając Janusza  w tyle, za duże tempo, ale to przez te endorfiny. Chcę wbiec, wdrapać się jak najszybciej na szczyt. To taki mój test. Czy wytrzymam? Czy nogi nie odmówią posłuszeństwa? Dobiegam do łańcuchów, tutaj muszę przejść do marszu. Zrobiło się stromo, poza tym trochę przesadziłem – zwalniam aby odpocząć. Wyprzedzam grupkę turystów, za plecami słyszę złośliwe komentarze. Nic mnie już nie zdziwi, nawet w górach.
Wyprzedza mnie Janusz. Zwinnie, pomagając sobie kijami trekkingowymi, wdrapuje się do góry. Facet ma moc – niesamowitą! Jeszcze kilkanaście metrów, parę kamieni, ze cztery energiczne podejścia i jestem na szczycie.

Na złamanie karku.

Śnieżka – Śląski Dom – Luční bouda

Śnieżka. Odpoczynek, dosłownie 30 sekund na kilka łyków wody z bukłaka, wydostanie jabłka z plecaka. Jedna fotka aparatem telefonu komórkowego, MMS do żony: „Jesteśmy na Śnieżce” i spadamy w dół. Mijamy zasapanych turystów, którzy przyglądają nam się uważnie. Wyraźnie odstajemy, wyróżniamy się z „tłumu” górskich spacerowiczów. Biegnę skupiony na drodze, staram się biec jak najwięcej po poboczu Drogi Jubileuszowej. Przy takiej galopadzie kolana dostają swoje. Kątem oka zerkam w bok, dostrzegam serpentynę czerwonego szlaku prowadzącego w dół Kotła Łomniczki. Kawałek mięsistego szlaku. Potrafi z człowieka wycisnąć sporo soku.

To była szybka akcja. Wejście,  zbiegnięcie. Śnieżka w dwadzieścia pięć minut. Turystyka ekspresowa. A teraz… teraz zrobiło się tak płasko. Schustlerova cesta prowadzi do Białej Łąki (Bílá louka). Czuję się tak jak bym nie był w górach, tylko przemierzał podmokłą tundrę. Bezkres traw kończy się na nie tak odległym horyzoncie. W dolinach bliżej do lata, ale tutaj dopiero wkracza Pani Wiosna, spacerując pomiędzy gdzieniegdzie zalegającymi łatami śniegu.

CDN


Przełom Bobru

Janusz przygotował prawdziwie hardcorową trasę. Nie ominęły nas: chaszczowanie, strome podejścia, długie zbiegi, dające odetchnąć trawersy z pięknymi widokami na Bóbr. Na naszej drodze pojawiały się ciekawe budowle, choćby zapora w Pilchowicach, most kolejowy na Bobrze, potem następny most, z którego roztaczał się niesamowity widok (kolejny i jeden z wielu – dzień stał pod hasłem: widoki) na Jezioro Pilchowickie, zaporę oraz górujące w oddali, ośnieżone Karkonosze. Całą, ponad czterdziestopięciokilometrową trasę pokonaliśmy w kameralnym gronie: Janusz, Robert i moja nieodłączna kompanka Luna. Aura była łaskawa. Piękna pogoda utrzymała się praktycznie do końca naszej wycieczki, choć Pan Synoptyk zapowiadał dzień pochmurny i z opadami.

Na koniec tego krótkiego wpisu dodam, że już niebawem, bo w maju, wybieramy się na kolejną wycieczkę. Tym razem w planach trekking po Czeskich Karkonoszach. Trasę wyszykuje nam Janusz i jak obiecał będzie ponad 3500 metrów przewyższeń w górę i w dół. Wszystkich chętnych na wspólną mordęgę, czyli pierwszy trening przed Przejściem, już teraz zapraszam. Więcej informacji wkrótce.

[nggallery id=1]


Bieg Sokoła

Stoję na starcie. Napięcie rośnie, poziom adrenaliny dochodzi do czerwonej kreski. Słońce przygrzewa równo. Nie lubię startować podczas tak pięknej pogody. Trening, owszem, ale start? Inna intensywność, brak możliwości zbiegu w zacienioną alejkę, ani chwili na złapanie oddechu – nie wróży to nic dobrego. Zwłaszcza, że złożenia mam bardzo ambitne: 1:06:00. Po udanym starcie w Maniackiej 10, uwierzyłem w swoje możliwości. Obrać realny cel i go zrealizować. Nic prostszego. Z drugiej strony wygląda to zgoła odmiennie. Osiągnięcie celu jest okupione masą wyrzeczeń, dyscypliną, nawet bólem. Bezpośrednio wiąże się to z systematycznym treningiem, obraną taktyką etc.

Jadąc do Bukówca nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. Biegający koledzy opowiadali mi niejednokrotnie o atmosferze panującej w trakcie Biegu Sokoła. Start w bukowieckiej piętnastce jest alternatywą do poznańskiego półmaratonu. Half w Poznaniu, to masówka nastawiona na bicie rekordów frekwencji. Bieg Sokoła to impreza z tradycjami, niemal kameralna. Tradycja stoi za rogiem, jest wciągana na maszt, odgrywana, wyśpiewywana. Przed startem – ceremonia otwarcia. Tradycyjne przemówienie włodarzy, organizatorów. Poczet flagowy. Hymn państwowy i Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Wzruszyłem się. Całe to przedstawienie, było jak podróż w odległe czasy. Jak pochód pierwszomajowy, jak wata cukrowa. Retrospekcja… Do tego otoczenie, mili autochtoni – drogę na parking wskazał mi ubrany w galowy mundur strażak, za chwilę bieg rozpocznie wystrzał oddany przez panów z Bractwa Kurkowego! Pojawiły się znajome twarze w tłumie biegaczy: Kuba, Romek, Rafał, panowie z Hutnika, ludzie z Drużyny Szpiku. Jest niemal idealnie!

Bukówiec Górny jest położony niecałe 33 km od mojej małej wioseczki. Leży na przewyższeniach ukształtowanych przez lodowiec.
Przejeżdżając samochodem przez te wzgórza, próbowałem sobie wmówić, że organizator poprowadził trasę tak, aby ominęła strome wzniesienia. A jeśli już jakieś się pojawią, to długie zbiegi zrekompensują stracone siły podczas pokonywania męczących podbiegów.
Potem, spotkany przed startem Romek, rozwiał wszelkie wątpliwości. Są podbiegi i jest ich sporo. Wizja złamania 1:06:00 zaczęła tracić barwy.

Kanonada wystrzału daje znak do startu. Bardziej idę, niż biegnę. Jest wąsko i tłum musi się rozciągnąć. Nie chcę tracić czasu i przeskakuję pomiędzy zawodnikami, bokiem trasy. Łapię założone tempo. To zadziwiające jak szybko nauczyłem się biec w równym tempie. Nigdy nie zwracałem uwagi podczas treningów na utrzymywanie założonego tempa. Biegałem pomiędzy zakresami tętna i to wystarczyło. Nie do końca – jak się później okazało. Od kiedy trenuję zgodnie z „zaleceniami” J. Danielsa, zauważyłem znaczny progres. Gdybym jeszcze mógł opanować do perfekcji sztukę regeneracji. Choćby wygospodarować dodatkową godzinę na sen.

Ubrałem na siebie dwie koszulki. Pod spód techniczną, na wierzch bawełnianego tamowego t-shirta. Przebiegam trzeci kilometr i czuję, że za chwilę się ugotuję. Asfaltowa droga bez skrawka cienia zaczyna łagodnie wspinać się pod górę. Mijam czwarty kilometr. Czuję niemoc. Podbieg dał mi w kość. Kolejnego nie wezmę w takim tempie. Nie dam rady. Walczę do siódmego kilometra. Po nim ulatuje ze mnie powietrze. Zwalniam.
Resztę trasy pokonuję nieśpiesznie truchtając, oblany potem, z zasuszonym gardłem. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Słońce bezlitośnie przypieka. Wdaję się w miłe pogawędki. Wymieniamy spostrzeżenia na temat organizacji biegu, pogody, drogi. Dociera do mnie, że nie jestem osamotniony w mojej „chwilowej niemocy”. Tym razem się nie udało. Trudno. Zrobię sobie mocny trening z miłą oprawą.
Docieram do mety, przed nią finiszując, walczę z biegaczem próbującym mnie wyprzedzić. Chwilę po tym dostaję pamiątkowy certyfikat uczestnictwa w Biegu Sokoła, oddaję chip. Po tym kiełbaska, ciacha, herbatka (niezły miks) i pogawędka ze znajomymi…

fot. z galerii Kuby Pudliszewskiego


Maniacka 10 – z wiatrem i pod wiatr

Ochłonąłem. Od startu w Maniackiej Dziesiątce minęły dwa dni. Przyszedł, więc czas na spisanie wrażeń, na krótkie podsumowanie, zimną analizę. Powinienem ten wpis zacząć od słów: „jest radość”, bo udało mi się zrealizować przedstartowe założenia. Pobiegłem poniżej 43 minut, czas netto wyniósł 00:42:49. Nastąpiło spełnienie oczekiwań, spełnienie totalne.

Potrafię określić realne oczekiwania i je zrealizować. Ze startu na start przychodzi mi to coraz łatwiej. Kolejne starty, natomiast określają stopień wytrenowania. To jest taki drogowskaz na drodze samodoskonalenia, bo tak chyba mogę określić fakt trenowania i uczestniczenia w imprezach biegowych oraz chęci bycia coraz lepszym.

Mimo odczuwanej wielkiej dumny z siebie, chcę sobie utrzeć nosa. Przypomnieć, że mimo udanego debiutu na dystansie 10km popełniłem kilka błędów, na które teraz mogę przymknąć oko, ale które w przyszłości mogą okazać się niewybaczalne i zniweczyć kilkumiesięczny okres przygotowań. Nie chcę wyjść na osobnika nie czerpiącego zadowolenia z treningów i startów, katującego się ciągłymi wygórowanymi wymaganiami, podnoszącego zbyt wysoko poprzeczkę. O, nie! Właśnie z dbałości o dobre samopoczucie i radość (w przyszłości) uwzględnić muszę pewne niepożądane zachowania i zweryfikować, wyeliminować póki czas.

Za mocno!

Na linię startu dotarłem realizując „wspólną” rozgrzewkę (bardzo minimalistyczną) z Grześkiem. Obaj biegniemy w jednym teamie Natural Born Runners z goła odmiennymi założeniami. Grzesiek pragnie złamać 40, a ja 43 minuty. Generalnie, nie mam odniesienia, to mój debiut na takim dystansie, oprócz kilku testów, nie posiadłem większego doświadczenia w tak „krótkich” biegach.

Jest wystrzał! Wystartowaliśmy. Ustawiłem się w miarę blisko linii startu, ale nie tak, blisko, aby być przeszkodą dla biegnących szybciej. Ruszyłem wolno, przede mną tłum, z boku są ustawione barierki, nie ma jak uciec. Po przekroczeniu linii startu zrobił się prześwit, wybiegłem z lewej strony, tuż przy pachołkach. Staram się złapać właściwe tempo. Mimo tego, że przed startem czułem się ociężale, biegnie mi się lekko. Od ostatniego testu przytyłem ponad 5 kg tak wiec mam, co dźwigać. Ten chwilowy wzrost wagi spowodowały eksperymenty dietetyczne, które w konsekwencji dały odmienny efekt niż spodziewany.

Biegnę spokojnie. Nagle w tłumie, tuż przede mną dostrzegam koszulkę NBR, to Grzesiek. No i ponosi mnie. Przyspieszam. To te zdradliwe uczucie lekkości i myśl: będę trzymać się tuż za Grześkiem, ile to możliwe. Mijam pierwszy kilometr – 4:01/km. Tłum, a ja wraz z nim zbiegamy z górki nad Maltę. Widzę wciąż plecy Grześka. Zza chmur wyłania się słońce. Mijam drugi kilometr – 4:07/km. Zaczynam się gotować. Za mocne tempo i te słońce powodują to, że w ostatniej chwili włącza mi się bezpiecznik. Zwalniam do właściwego tempa. Konsekwencją tej niepotrzebnej szarży jest zbyt szybkie zmęczenie, problem z koncentracją i utrzymaniem właściwej szybkości biegu.

Podbieg!

Staram się odpocząć w biegu. Usilnie próbuję wskoczyć na wyższy poziom koncentracji. Słyszę za plecami głośne sapanie. Ktoś za mną właśnie się wypala i biegnie na rezerwie. Tracę kontakt z otoczeniem, za chwilę wracam, wyrywany brutalnie z stanu flow. Załapuję tępo. Biegnę, kontrolnie zerkając, co jakiś czas na wskazania Garmina. Jest dobrze, jest stała, jest wyrównany oddech, jest… podbieg!

Tego się nie spodziewałem. Gdzieś po drodze usłyszałem urywki rozmowy, której tematem był podbieg. Ale umknęło mi to na kolejnym kilometrze. Biorę górkę z rozpędu, mocno przebieram nogami, aby nie stracić „stałej”. Czuję, że po raz drugi się gotuję, że jestem „pod kreską”. Zabrakło mocy, którą nadmiernie wykorzystałem na pierwszych dwóch kilometrach. Chwilę po tym, gdy udało mi się opanować oddech, po kilkuset metrach, następny podbieg. Dłuższy, ale łagodniejszy. Obnażył zaniedbywane treningi siły biegowej.

Za szybko!

Okrążam Maltę. Wychodzę na „prostą”. Udaje mi się załapać i utrzymać „stałą”. Czuję metę – jeszcze niecałe cztery kilometry. Mentalnie szykuję się do przyspieszenia. W pewnym momencie orientuję się, że biegnie obok mnie Kuba, „poznany” tuż przed startem. Równamy i przez jakiś czas biegniemy ramię w ramię. Dobiegamy do siódmego kilometra i w tym momencie zaczynam przyspieszać. Nie jest to finisz, jeszcze nie.

Mijam tabliczkę: 8km, cztery minuty z hakiem kolejną z napisem: 9km. Zbieram się do finiszu. I nagle okaże się, że szybciej nie mogę biec! Zacząłem zbyt szybko i zabrakło mocy na końcówce. Widzę w oddali metę. Nadal próbuję wycisnąć z mięśni więcej mocy. Do ostatniego wysiłku motywuje mnie podświadomie widok tablicy wyświetlającej uciekający czas. Wyrywam do przodu tuż przed metą.

Podsumowywując: start w Maniackiej Dziesiątce uważam za bardzo udany. Poprawiłem swój wynik w biegu na 10km – osiągnięty podczas biegów testowych – o półtora minuty. Był także bardo pouczający. Mogłem poznać smak startu na takim dystansie oraz poznać wady w taktyce, którą dość nieudolnie obrałem. Odkryłem coś jeszcze: dał mi więcej satysfakcji niż najlepszy start w maratonie…

foto: Piotr Job


Włóczykij 2011

PO DWUDZIESTE PIERWSZE
„Chcesz być dobry? Biegaj z najlepszymi!”
Stres, stres i jeszcze raz stres.
To przez tą presję. Startuję z dwukrotnym zwycięzcą Włóczykija. Grzesiek twierdzi, że nie ma ciśnienia, że biegniemy na luzie, że dam radę. Chciałbym mu wierzyć, chciałbym. Dzieli nas przepaść, kondycyjna, doświadczenia w startach. Kiedy się poznaliśmy, to było podczas poznańskiego półmaratonu, Grzesiek wybiegał 1:33:16, ja nie zszedłem poniżej dwóch godzin. Sześć miesięcy później, w Poznaniu, startujemy w maratonie – Grzesiek kończy z czasem 3:25:23, ja przybiegam 42 minuty po nim. Teraz wiecie skąd moje obawy.

Skoro startujemy jako team, nie mogę wymięknąć. Nie ma takiej opcji. Tam gdzie dla niego jest lajt, dla mnie zaczyna się wyciskanie soków. Podejmuję wyzwanie!

Organizator wywozi nas autokarami do miejscowości Banie. Gromadzimy się w GDK, z którego po wcześniejszym wyczytaniu nazwisk, startujemy. Start, podany w takiej formie, to dla mnie nowość. Udajemy się do sali, w której podpisujemy oświadczenie o starcie na własną odpowiedzialność, po czym dostajemy zestaw startowy: mapę i kartę startową. I już. To cały start. Bez ustawiania się na linii startu, bez wystrzału.

PK21 to czysta formalność. Odprowadzani przez jadącego konno jegomościa, docieramy w pobliże PK. Przed nami pojawia się biegnąca postać, to Karol. Szybko docieramy do Kanionu Colca. Krótkie poszukiwanie punktu. Klik! I biegniemy dalej.

PO DWUDZIESTE DRUGIE
Biegnij na lekko!
Dziś panuje nieprzyjemny ziąb, do tego z oczu wyciska łzy zimny wiatr, który liże mnie swoim lodowatym językiem. Przezornie ubieram na siebie jedną warstwę odzieży więcej. Z biegiem kilometrów rozgrzewam się, mocne tempo nie pozwala organizmowi się wychłodzić. Dodatkowa warstwa, a kilometr dalej następna, lądują w plecaku. Sztuka w tym, aby dobrać odzież optymalnie tak, aby nie dźwigać niepotrzebnego balastu. Michał Jędroszkowiak przebiegł trasę stukilometrową w koszulce wspomaganej przez lekką wiatrówkę I8!

Gdybym przewidział to, że na punkcie 25 będzie można uzupełnić płyny, zabrałbym do bukłaka litr napoju izotonicznego. Kilogram mniej do dźwigania. Pamiętać: czytać dokładnie regulamin!

Do PK22 docieramy szybko i bezbłędnie. Obieramy jedynie słuszny wariant, trzymamy się leśnych duktów. Przebieżność. Szybko, wygodnie i bez zbędnych kombinacji. Kilk! Kolejny zwierzak odbity na karcie startowej.

Opis rozmieszczenia PK przypadł mi do gustu. Organizatorzy uruchomili wyobraźnię i podali go w formie zagadek. Kladov-Lebenow. Kiedy docieramy do skrzyżowania dróg, okazuje się, że „lampion” umieszczony jest na poniemieckim kamiennym drogowskazie.

PO DWUDZIESTE TRZECIE
Mapa i kompas.
Podoba mi się! Cholera, jak mi się podoba te całe bieganie z mapą i kompasem. Jakże różne od asfaltowej monotonii. Nie wiedziałem, że bieganie od punktu do punku może być takie emocjonujące. Nawigując, kiedy całe skupienie kierowane jest na mapę, kompas i rzut na okolicę, powoduje to, że nie myśli się o zmęczeniu. Jeszcze.

Biegniemy w kierunku północno wschodnim. Przed nami miejscowość Lubanowo. Ustalamy, że za wsią wbijamy się w pola i do PK 23 biegniemy na azymut. Nie ma dla nas przeszkód, płot z siatki i drutu kolczastego, to nie przeszkoda, to urozmaicenie i tak ciekawej eskapady.

Za wsią wbiegamy w pola, za plecami słychać gwizd – nas nie dogonisz… Pole, asfalt, pole, polna droga, młyn. Przebiegamy przez prywatną posesję. Brama otwarta. Obiegam budynek młyna w poszukiwaniu ukrytego PK. Grzesiek pobiegł od drugiej strony. Po chwili słyszę wołanie: Marcin, jest tutaj! Klik! Biegniemy dalej.

PO DWUDZIESTE CZWARTE
Uwaga turyści!
Kolejne zaskoczenie. W biegach ulicznych, tego nie uświadczysz. Turyści. Nieśpiesznym krokiem, przy pełnym relaksie, prowadzeni przez mapę, zmierzają do kolejnego PK. Pełen przekrój ludzkich osobliwości. W maratonie jestem tłumem, nie ma jednostek, moja indywidualność zostaje na starcie, a powraca na mecie, moja pseudo indywidualność wyraża się poprzez numer startowy.

Wyprzedzanie kolejnych grup, daje niesamowite poczucie mocy i szybkości. To złudne uczucie, bo silniejszy i szybszy się nie stałem, za to zmęczenie daje znać o sobie. Nogi zaczynają ciążyć, a nie tak dawne bieganie na przełaj, przez pola, dało mi w kość.

Od PK23 kierujemy się na wschód do drogi gruntowej. Drogą, z kolei, na północ w stronę Sosnowa Gryfińskiego. Przed wsią proponuję kolejny skrót, biegniemy na azymut, przez pola. Wpadamy do wsi od wschodniej strony, okrążamy ją i wbijamy się na kolejną drogę prowadzącą w stronę PK24. Na skraju lasu widzimy tajemnicze Głaz’n Roses. Klik!

PO DWUDZIESTE PIĄTE
Nie eksperymentuj!
Chwilę przed startem, jeszcze w Gryfinie, sporządziłem sobie napój Vitargo Carboloader. Dzień wcześniej, uwarzyłem izotoniczną miksturę opartą na glukozie, soku z cytryny i soli. Zapomniałem o starej zasadzie: „podczas zawodów pij i jedz tylko sprawdzone w trakcie treningów pokarmy i płyny”. Po Vitargo mdli mnie jak cholera, a każdy łyk „izotonika” to męka. „Izotonik” przywołuje wspomnienie ohydnego smaku Carboloadera. Koło się zamyka, a ja podczas picia walczę, aby zawartość żołądka nie uciekła ze mnie. Od startu wypiłem tylko kilka łyków płynu. Czuję olbrzymie pragnienie, odwodnienie organizmu to kwestia godziny. Ratunek przychodzi, kiedy docieramy do PK25 – punktu stop. Tam wylewam zawartość bukłaka, Grzesiek pomaga mi dolać wodę. Podbijamy karty i wybiegamy w kierunku następnego punktu kontrolnego.

PO DWUDZIESTE SZÓSTE
Uwierz w siebie!
Minęliśmy półmetek. Nogi zaczynają ciążyć. Już nie biegnę tak rześko. Koncentruję się na oddechu, uważam gdzie stawiam kroki. Zerkam na wskazania Garmina, tempo spadło nam poniżej 6min/km. Grzesiek biegnie przodem, nawiguje. Mam wrażenie, że zaczynam nas spowalniać. Ta myśl działa jak dopalacz. Dobiegam do Grześka i trzymam się tuż za nim.

Takiego stanu jeszcze nie doświadczyłem. Ta ilość negatywnych myśli. Na dzień, na kilka godzin przed i w trakcie startu. Po co się tak katować? Nie potrafię nad tym zapanować. Dopiero, gdy wbiegliśmy na metę, poczułem ulgę. Teraz patrzę na to inaczej, z dystansu. Nabrałem pewności siebie.

Zbiegamy z asfaltu. Przecinamy pole, dobiegamy do drogi, która prowadzi nas do mokradeł. Biegniemy jeszcze jakiś czas drogą mając je po prawej stronie. W pewnym momencie Grzesiek rzuca szybkie: to chyba koniec tych mokradeł? Nie czekając na moją odpowiedź skręca w prowadzącą na zachód drogę. Kolejny raz wyprowadza nas prosto na PK. Klik!

PO DWUDZIESTE SIÓDME
No właśnie, co?
Przekraczamy Golden Gate i wkraczamy do leśnej krainy. Dookoła pokryte złotem buki. Aż dziw bierze, że suche liście utrzymały się na gałęziach aż do marca. Bardzo lubię takie klimatyczne drzewostany. Takie miejsca odprężają, wzburzone myśli łagodnieją. Remedium na startowe napięcie. Łapie mnie goń myślowa. Wizualizuję sobie tak nieodległą przyszłość, przyszłość zmierzoną kolejnymi PK , pozostałymi do zdobycia. Zaczynam oswajać się z myślą, że podołam. Biegnę, rozmyślam, w międzyczasie studiuję mapę. Jestem w komfortowej sytuacji, bo nawiguje Grzesiek, nie zwalnia mnie to jednak od myślenia i pilnowania mapy. Grzesiek działa jak automat. Jak łowca, który zwietrzył zwierza i podąża jego tropem. Zwierze to kolejny PK, a trop wyznacza mapa i kompas.

Biegniemy na północ, staramy się odnaleźć właściwą przecinkę, która doprowadzi nas do kolejnego punktu kontrolnego. Skręcamy w lewo, zaraz w prawo. Biegniemy po miękkim leśnym poszyciu, od przecinki, do przecinki. Po lewej jest zbocze, nadal biegniemy na północ, mijamy słupek z oznaczeniem powierzchni. Zbiegamy idealnie na PK27. Klik!

PO DWUDZIESTE ÓSME
Doładowanie o zachodzie słońca.
Wiatr ustał. Słońce chyli się ku zachodowi. Okolicę smagają pomarańczowe promienie. To moja ulubiona pora dnia. Tuż przed zachodem budzą się nocne duchy, a las zaczyna wydzielać intensywny aromat. Mnie tutaj nie ma! Biegnę po swoim Magicznym Lesie. Spokój powraca.  Wszelkie obawy przewiał wiatr. Co za chwila!

Właśnie w takiej atmosferze pokonujemy kolejne kilometry. Wybiegamy na skraj lasu i kierujemy się w stronę słupów energetycznych, które jeden po drugim wspinają się na wzgórze. Biegniemy drogą równoległą do przecinki, przez którą biegnie linia energetyczna. Na szczycie wzgórza skręcamy w przecinkę i zaczynamy zbiegać, rozglądając się za PK28.
Klik!

PO DWUDZIESTE DZIEWIĄTE
Cukrowstręt.
Nastała noc. Czuję narastające zmęczenie. Brakuje mi paliwa, staram się je uzupełnić zajadając rodzynki. W plecaku mam trochę owocowego suszu, dwie drożdżówki, które dostałem od Bardzo Miłej Pani na PK25, dwa wafle w czekoladzie, sezamki, chałwę. Próbuję przetrącić coś tresciwego, ale słodycze mnie odrzucają. Knapki, które przygotował Mateusz (mój siostrzeniec, który też startuje na trasie TP-50,a z którego jestem bardzo dumny) tuż przed wyjazdem do Gryfina, zostały na kuchennym stole. Tak, tak, wiem Grzesiek, mówiłeś abym kupił sobie jakąś bułę z wkładką – mea culpa!

Biegniemy leśną drogą w kierunku zachodnim. Docieramy nią aż pod sam PK, wystarczy skręcić w odpowiednią przecinkę. Jestem już porządnie zmęczony. Nic nie robię sobie z czepiających się ubrania chaszczy, bijących po twarzy, wątłych gałązek. Aby do przodu, do kolejnego PK. Klik!

PO TRZYDZIESTE
Kryzys
Kiedy wybiegaliśmy z lasu na asfaltowa drogę, poczułem niemoc, totalny odpad. Starałem się utrzymać tempo, ale musiałem przejść do marszu. Do tego uczucie tarcia, twardość asfaltu zaburzyła moją percepcję otoczenia.
Zbiegamy w las.  W międzyczasie, kiedy przedzieramy się przez zarośniętą przecinkę, zmuszam się do zjedzenia drożdżówki. Jednocześnie pilnuję aby nie zgubić Grześka. Idę za światłem jego latarki czołowej. Przecinka znika. Przedzieramy się przez chaszcze, starając się odnaleźć jakiś punkt odniesienia. PK opisany jest jako „podejdź no do płota”, szukamy więc ogrodzonej leśnej uprawy. Docieramy do drogi, drogą do płotu. Grześkowi coś nie pasuje. To nie tutaj! Wracamy, wbijamy się ponownie w zarośniętą przecinkę. Wyskakujemy z drugiej strony powierzchni wprost na kolejny płot, tym razem właściwy.
Klik!

PO TRZYDZIESTE PIERWSZE
Przyciąganie mety.
Biegniemy leśna drogą. Z uporem maniaka gapię się na niebo. Dookoła egipskie ciemności a nade mną gwieździste misterium. Czuję przypływ sił, choć nadal ciągnę się za Grześkiem. On stosuje tą swoja metodę. Przechodzi do marszu, pozwala mi podbiec do siebie, po czym zaczyna biec. Cholera by go wzięła!

Od PK 30 biegniemy przecinką w dół, w kierunku północnym. Nabieram rozpędu, bawię się, slalomem omijamy rosnące na naszej drodze drzewa. W ten sposób ponownie docieramy do asfaltu. Przeskakujemy drogę, chwilę po tym, leśny potok, docieramy do duktu prowadzącego nas do Bartkowa. Świadomość bliskości mety dodaje mocy. Grześka duchem tutaj nie ma. Wpadł w trans. Biegnę tuż za nim. Przebiegamy przez wieś. Jaka odmiana od ciemności! Światła lamp, światła w domach. Ciszę zagłusza ujadanie psów. Nawet nie wiem, kiedy znajdujemy się nad „Gryfińskim Kongiem”.
Klik!

PO TRZYDZIESTE DRUGIE
Drzewo poznania dobrego i złego.
Co za luz! Biegniemy asfaltem, dyskutujemy sobie o tym i o tamtym. Przed nami ostatni PK, w zasadzie to już formalność. W oddali światła Gryfina, a przed nami ostatnie starcie.Po małych tarapatach odnajdujemy ostatni punkt kontrolny, który jak się później okazało był na jabłoni. Przyciąganie mety jest tak wielkie, że przeskakujemy sad, wbiegamy w nieodległy pas zieleni. Gdzie ten PK? Krótka narada i wracamy do sadu, aby podbić kartę startową. Klik!

Ten start jest dla mnie takim Drzewem Poznania, kolejny raz muszę się przekonać na własnej skórze, co jest dobre, a co złe. Popełniam nowe błędy, powielam stare. Wyciągam wnioski, analizuję. Uczę się.

META
Kiedy biegniemy przez Gryfino, a meta jest na wyciągnięcie ręki, czas staje na moment, a wszystko zastyga w bezruchu. Słyszę bicie własnego serca, przyspieszony oddech i odbijający się echem odgłos naszych kroków. Niesamowita chwila. Kiedy dobiegamy do mety oddaję się we władanie chemii, poddaję się euforycznemu stanowi wywołanemu przez buzujące endorfiny. Czuję nadludzką moc, mógłbym góry przenosić. Chwilo trwaj!

foto: Piotrek Brzęczek

MAPA CZ.1

MAPA CZ.2


Przełom Kwisy

Stało się! Popełniliśmy wycieczkę. Wspaniały, pełen pozytywnych emocji, błotnistych szlaków, pięknych, gdzieniegdzie zeszpeconych przez cywilizację plenerów – trekkingowy chillout. Bez ciśnień, walki z czasem, rywalizacji. Relaks okraszony podwyższonym tętnem. Alternatywa dla niedzielnej biesiady telewizyjnej. A słowo dnia, które nie opuszczało mojej niespokojnej głowy to asymilacja.

GRYFÓW ŚL. Ósma zero, zero

Jak tutaj brzydko – przemknęło mi przez myśl, kiedy wjeżdżaliśmy do Gryfowa. Szarość i powszechność w najgorszym wydaniu. Nocna podróż z nieprzyjemnym wydarzeniem po drodze, spowodowała poranne zmęczenie materiału. Cały ten negatywny ładunek rozładowywałem myślą, że za chwilę będziemy w drodze przedzierając się brzegiem jezior w stronę Leśnej i z powrotem. Łachotałem się myślą o konfrontacji rzeczywistości z jej wizerunkiem odwzorowanym na mapie topograficznej.

Dojeżdżamy do dworca PKS. Janusz już czeka. Robert jest jeszcze w drodze. Przygotowanie do drogi, przyjazd Roberta, ostatnie ustalenia, wyjście z Gryfowa, przewinąły się tak szybko, nieistotnie, niezauważalnie. Start (początek wycieczki raczej) i powrót (nie mylić z metą) w takich sytuacjach uważam za opakowanie, niby istotny element, ale po wydobyciu zawartości – zbędny. Gdybym miał rozróżniać te dwa (nieistotne?) elementy, to wolę start i towarzyszące mu napięcie, niecierpliwość, niepewność, adrenalinę. Choć w wypadku, powiedzmy, wycieczki biegowej, trekkingu, ten start/początek jest różny od startu w zawodach. Nie ma tego skupienia na celu, na taktyce, a przeważa nutka odkrywania, poznania nowego.

 ZAPORA raz

Ruszamy, rozpoczynamy nową przygodę. Zmierzamy północną stroną Jeziora Złotnickiego w stronę zapory. Droga to jeden wielki trawers, co jakiś czas opadający, to znów wznoszący się po zboczach otaczających jezioro wzgórz. Janusz wiedzie prym, narzuca tempo. Przytroczona do mojego pasa, Luna wyrywa się do przodu pchana instynktem. Chce przewodzić stadu. Wywołuje lekkie zamieszanie, póki nie przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Dobre psisko. Z zaciekawieniem obserwuję jezioro i jego odtoczenie. Na południowej stronie pojawiają się ośrodki wypoczynkowe. Jeszcze nie wiem o tym, że staną się naszym utrapieniem. Słodka nieświadomość. Wzrok przyciąga zamarznięta tafla jeziora, wysoka linia brzegowa, jego szerokość – sto, sto pięćdziesiąt metrów. Może to wina pory roku, panującej właśnie odwilży, że sprawia wrażenie zimnego i głębokiego. Jest inne od jezior, których sporo w okolicy, w której mieszkam, które kojarzą się ze słoneczną plażą, rowerem wodnym, zapachem grillowanych potraw i hałasem dobiegającym z plaży. Te posiada inny klimat, raczej różnorodność klimatów, która objawi się już za chwilę za tą skałą i tamtym zakrętem.

Jest zapora! Przyspieszamy. Musimy uważać, bo lód pokrywa drogę i ślisko jest niesamowicie. Ale to nie ważne, nie teraz. Widok zachwyca. Sycę oczy. Zlizuję barwy zimy, rozjaśnione żółtym promieniem świecącego słońca. Bardzo podoba mi się architektura zapory i budynków leżących poniżej. Ich kamienna konstrukcja wtapia się w tło, wspaniale współgra z otaczającym je urwiskiem. Przystajemy na krótki popas, to miejsce jest warte tego, aby się zatrzymać. Sięgamy po żelazne racje, Luna dostaje swoje psie smakołyki. Przychodzi czas na krótką sesję zdjęciową i ruszamy w drogę. Przechodząc przez zaporę, Janusz niczym narciarz biegowy, pokonuje ją ślizgiem, odpychając się kijami.

CZOCHA

 Schodzimy z zapory, pokonujemy tunel i tym sposobem znajdujemy się na południowej stronie Przełomu Kwisy, pomiędzy jeziorami. Bywa tak, że są odcinki niesamowicie malownicze, estetycznie słuszne (mój ulubiony zwrot), bywa też tak, że trzeba się przemęczyć i zaliczyć odcinki „jałowe”, które w innych okolicznościach mogłyby być interesujące. Taki odcinek właśnie przemierzaliśmy. Szlak zbocza i odkleja się od linii brzegowej, prowadzi nas błotnistymi drogami, poprzez pola, zabudowania okolicznych wsi. Tylko horyzont zdobi zamkowa wieża.

 Z pól wydostajemy się na asfaltową drogę, którą docieramy do zamku. W tym momencie powinienem  umieścić obszerny opis zamku. Jest, o czym pisać. Piękna budowla, piękna okolica oraz to, co rzuciło mi się od razu w oczy, zachowana cała infrastruktura podzamcza. Wiem, że wrócę i zwiedzę Czochę, planuję poświęcić temu osobny wpis. Tymczasem, zatrzymaliśmy się na popas i pamiątkową fotografię. Mieliśmy dosłownie chwilę, aby rozglądnąć się po okolicy zamku, szlak przyciągał jak magnes.

 ZAPORA dwa. Zamarznięte jeziora.

 Brzeg jezior Leśniańskiego i Złotnickiego zagrabiony jest przez ośrodki wypoczynkowe. Odstraszają wysokie płoty, tabliczki z napisem „teren prywatny”. Szpecą budynki i domki letniskowe niedbale rozsypane po okolicy. Brzydota nie do opisania kościstymi łapami rozgarnia chmurę klimatu, jaki otacza zamek i jego otoczenie. Nie cierpię tego uczucia! To jest niemal tak, jak by ktoś wytrącił mnie, chwilę po tym jak załapię flow, z tego wspaniałego stanu ducha.

Mijamy pierwszą barykadę ustawioną ze szpetnych domków. Płot wyznacza nam kierunek marszu. Przed nami zamarznięta tafla jeziora, a na tafli wędkarze pochyleni nad przeręblami, wpatrzeni w kiwoki i spławiki, zaklinają ryby. To takie stymulujące. Przyglądam się z zaciekawieniem rozrzuconym po lodowej płycie postaciom. Spokój wędkarskiej ceremonii kontrastuje z naszym tempem. Przypominają mi się chwile spędzone z wędką w ręku nad brzegiem Odry. Odskocznię od miejskiego zgiełku; cisza, zieleń i wielka rzeka.

 Zbliżamy się do zapory. Tym razem nie wpadłem w zachwyt nad architekturą zapory, widokiem płynącej w dole Kwisy. Tym razem moja uwaga skupiła się na budynku stojącym po drugiej stronie, tuż nad zaporą. Fantastyczna budowla, niesamowita! Idealne połączenie kamienia, cegły i drewna. Chciałbym mieszkać w takim domu.

RAJSKO

Okrążamy jezioro. Mijamy kolejne pole zaminowane domkami letniskowymi. Ponownie znajdujemy się na północnej stronie. Przez pewien czas przedzieramy się przez śmietnisko powstałe z naniesionych przez nurt śmieci wrzucanych do wody przez plażowiczów. Bolą oczy. Chcę tylko jednego, uciec z tego miejsca jak najszybciej. Przyspieszamy.

Szlak odbija w lewo, skręca w stronę wsi. Postanawiamy trzymać się brzegu. Trawers stromego zbocza jest bardzo kuszący, a widok na górujący zamek – przepiękny. Przystaję na chwilę na skale, przede mną urwisko, w dole toń. Słońce ogrzewa promieniem twarz. Popadam w zadumę. Kontempluję otoczenie. W głowie trwa goń myślowa. Panowie znikają za wzniesieniem, a ja nie chcę przerywać tego stanu. O tym stanie pisałem niejednokrotnie, lubię się tak zanurzyć, odpaść na chwilę.

Zamek Rajsko stał się własnością prywatną. Teren dookoła zamku zamienił się w otoczony płotem plac budowy. Miły Pan Stróż informuje nas, że restaurowany zamek wraz z odbudowywanymi i dobudowywanymi budynkami ma stać się hotelem dla elit. Dzięki uprzejmości Pana Stróża dostajemy się na zamkowa wieżę, z której podziwiamy przepiękny widok na jezioro.

KANADA

Dla pokonania tego odcinka warto tutaj przyjechać. Odbyć szybką podróż po to, aby znaleźć się gdzieś na peryferiach Alaski, na Terytorium Jukon. To odcinek między zamkiem Rajsko, a zaporą spiętrzająca wody jeziora Złotnickiego, do którego docieramy po pokonaniu (niestety) kolejnego kempingu. Kwisa jest zimna, rwąca i niebezpieczna. Wymagający szlak prowadzi jej skalistym brzegiem. Musimy uważać aby nie zsunąć się prosto w nurt. Dla bezpieczeństwa odpinam Lunę. Poruszamy się powoli. Nawet nie staram się przyspieszać. Mam wrażenie jakbym wylądował gdzieś w Kanadzie u brzegu górskiej rzeki.

POŁUDNIOWA STRONA – TO JUŻ KONIEC?

 Kolejne przejście przez zaporę. Tutaj zawijamy ósemkę. Przechodzimy przez tunel i trzymając się ścieżek na południowej stronie jeziora, zmierzamy w stronę Gryfowa.

Mijamy ośrodek wypoczynkowy. Jesteśmy w trakcie finału. Kilka kilometrów dzieli nas od mety. Poruszamy się szybko. Ścieżka staje się klaustrofobiczna: po lewej – jezioro, po prawej – strome wzniesienie. Pojawiające się na drodze, obgryzione resztki sarnich ciał, na których widok Luna oblizuje się smakowicie, uświadamiają mi jaką ta ścieżka jest pułapką, gdy przykryje ją głęboki śnieg.

Przed nami kolejny ośrodek, oddalony o trzydzieści minut od poprzedniego. Jest, oczywiście, otoczony płotem, który stanowi przeszkodę na naszej drodze. Stanowi tez inną przeszkodę – oddziela od lata. Dla osób, które szukają samotności, lub chcą się wyrwać z objęć miasta najlepszą porą jest zima. W sezonie letnim spada atrakcyjność Przełomu Kwisy. Jazgot dochodzący z zatłoczonej plaży, wędkarze okupujący brzeg, te cholerne kempingi broniące dostępu do jeziora, mogą zniechęcić. Cieszę się, że znaleźliśmy się tutaj właśnie teraz, podczas zimowej odwilży.

Docieramy do Gryfowa. W mieście poruszenie i wielki bal, trwa finał WOŚP. Przedzieramy się przez tłum, lawirując między przechodniami, szybkim krokiem idziemy w stronę zaparkowanych przy dworcu PKS aut.

Następuje odcięcie. Koniec przygody.