Wszystkie wpisy dla: TRENING

Jestem… łojantem, czyli kilka akapitów o górze, szalonym planie i o tym, że warto

Ponoć, każdy ma swoją górę do zdobycia… Moja góra jest cholernie wielka. Czasami jej wielkość mnie przeraża. Ale wspinam się po jej stromych zboczach, próbując dotrzeć na sam szczyt. Są jednak takie dni, kiedy myślę, że wierzchołek góry jest odleglejszy, niż się wydaje. Bywa tak wtedy, kiedy nie wszystko idzie po mojej myśli albo kiedy przychodzi okres kompletnej załamki. Panuje ogólna dupówa, woda leje się strumieniami albo wieje paskudny halny, prosto w twarz. Czasami pojawi się jakiś schron na drodze, który kusi ciepłem i bezpiecznym kątem. Lubię przycupnąć na moment, skryć się przed niesprzyjającą aurą, odpocząć. Paskudny kryzys, w którym tkwiłem minął – mam nadzieję – bezpowrotnie. Znowu jestem w ciągu, trenuję: biegam, pĄpuję, wyginam kończyny, rozciągam ścięgna i mięśnie. Z przyjemnością zagłębiam się w zielone ostępy Magicznego Lasu, katuję się podbiegami na Winnej Górze. Trenuję i planuję. Mam kilka marzeń i cudownie byłoby je zrealizować. Z tymi marzeniami jest tak, że same się nie spełnią, trzeba im odrobinę pomóc. No dobra, bardziej niż odrobinę. Trzeba orać jak wół, żeby zbliżyć się do pułapu osiągalności. …

Kilka faktów z życia biegowego #5

O jak bosko zaczynać wpis takim tytułem. Systematyczne treningi. Bieganie, kręcenie korbą i jak się okazuje – przy takiej aurze – nawet możliwe pływanie pomiędzy sosnami. Tak, tak. Niebo płacze od kilkudziesięciu godzin albo, bardziej hardcorowo, aniołki na nas sikają. Ale nie o tym ja chciałem… Chciałem mianowicie o tym, że odzyskałem radość z biegu, załapałem chęć na poniewierkę, no i nawet pisać systematycznie chyba zacznę. Wiem, wiem, już kiedyś – chyba w marcu – o tym wspominałem. Tylko wtedy, zmuszałem się licząc na to, że załapię jak silnik w traktorze i jakoś dalej pójdzie. Płonne nadzieje. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Lecz teraz, od trzech tygodni, jestem w ciągu. I robię jak należy te wszystkie gieesy i gieery, no i biegam przede wszystkim. Pięć, sześć, razy w tygodniu udeptuję ścieżki Magicznego Lasu i jest mi z tym dobrze. Nawet widok innych biegaczy nie robi na mnie wrażenia. Przyznam się, że jestem cholernie zazdrosny o ten mój kawałek lasu. Wolałbym go mieć tylko dla siebie, na wyłączność, na wieki, cały, calusieńki. Jednak biegaczy jest …

Szósty – 5/7

Jest dobrze! Więcej. Jest mega dobrze! Zacznę z innej beczki. Krasus złamał magiczną granicę trzech godzin podczas Rotterdam Marathon. Nie, nie zazdroszczę mu. Nie o to chodzi. Cieszy mnie bardzo to, że się facetowi udało. Z resztą, co miałoby się nie udać. Ciężko pracował i osiągnął swój cel. Tak! Teraz o mnie. Plan mieliśmy podobny. Krasus zrobił swoje, a ja? A ja zamiast trenować przeżywałem paskudne doły. Kryzys – bydlak – męczył mnie bezlitośnie. Stres dusił, choróbska osłabiały organizm i nie pozwalały myśleć o treningu. Nie, to nie jest narzekanie. To wszystko było i mam nadzieję, że minęło bezpowrotnie. Kryzys odpuścił. Ze stresem poradziłem sobie w niesłychanie prosty sposób – złożyłem wypowiedzenie. Choroby ustępują, a radość związana z każdym zaliczonym treningiem jest coraz większa. Jestem napalony jak jasna cholera. Połykałbym każdy kilometr. Biegałbym po leśnych duktach, górskich szlakach, poboczem drogi. Asfaltem, parkową alejką, chodnikiem, przez trawnik. Po górach, po wzgórzach, przez łąki i las. Biegałbym jak wariat, bo biegania mi trzeba. O tak! I muszę gasić entuzjazm, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Budować palny – …

Trzeci. Kilka faktów z życia biegowego

Zachciało mi się. Wróciłem do treningów i pisania. Pierwszy trening okazał się mało spektakularny. Skończyło się na kilkukilometrowym rozbieganiu, potężnym zmęczeniu i… tak, mogę to uczucie, już po, nazwać zadowoleniem. W zasadzie nie miałem żadnych oczekiwań i przewidywałem, że poziom formy nie zaskoczy mnie pozytywnie, okaże się marny i kiepski jak samopoczucie, które ostatnio mi doskwierało. Sukcesem, niewątpliwie, jest to, że w miarę szybko wróciłem do zdrowia po paskudnej grypie i zapaleniu oskrzeli. Sukcesem jest również to, że pozwoliłem sobie na wypoczynek, przełamałem się, uporządkowałem co niektóre sprawy oraz zweryfikowałem cele i bez zbędnych ciśnień wróciłem do tego, co lubię, czyli udeptywania bezdroży. Przyjemny deficyt czasu? Sam w to nie mogę uwierzyć, ale tak, okazało się, że brak czasu i napięty harmonogram może być przyjemny, szczególnie jeśli odnosi się do zbioru ulubionych zajęć. Łączę pracę w ogrodzie – postanowiłem wprowadzić w życie pewien śmiały plan – i treningi siłowe. Trening obwodowy można wykonywać w różnych okolicznościach, ale ten miks przypadł mi szczególnie do gustu. Trenuję, pracuję, a ogród z dnia na dzień staje się coraz …