Wszystkie wpisy dla: ULTRA

Dystans cz.1

Dystans to krwawy rzeźnik. Obdziera cię z resztek sił, jak wampir wysysa energię. Pożera powoli, a potem wymiotuje, na linii mety, twoimi na wpół strawionymi resztkami. To on sprawia, że balansujesz na skraju obłędu. Jednocześnie pragniesz zakończyć mękę i przeć do przodu. Odwieczny dylemat. Ciężka próba. Dystans stawia cię przed lustrem. Zrywa z twej twarzy maskę. Spójrz! Czy widzisz siebie, bezbronnego wobec jego oblicza? Jedyną obroną jest atak, orężem – niezłomna wola. Dystans to wijąca się pośród wzgórz, lasów i łąk, bestia. Rzuca się na ciebie i przytłacza swym ogromem. Aby wygrać, musisz ją usidlić, przejąć inicjatywę. Krok, za krokiem. Noga, przed nogą. Powoli, sukcesywnie zdobywasz przewagę. Bądź łowcą, połykaj kilometry. Spraw, niech się skurczy. Niech zmaleje. Bądź czujny, nawet ostatni kilometr może odgryźć ci głowę!

Tutaj rządzi ból! – Historia pewnego startu #1

Doigrałem się. Kiedy jest się na wegańskiej diecie trzeba z należytą uwagą przygotować się do startu. Kilka zbożowych batoników z hipermarketu, garść suszonych owoców i paczka solonych orzechów to zdecydowanie za mało na trasę TP-100. Zachowałem się nonszalancko i bez szacunku do dystansu, przez to teraz cierpię. Stawiam nogę przed nogą i jak zombie sunę, półmartwy – półżywy, przed siebie. Trzy godziny temu rozpocząłem drugą pętlę. Przede mną jeszcze dziewięć punktów kontrolnych. Boli mnie wszystko, każdy mięsień, a będzie boleć bardziej. Zapowiada się fantastyczna zabawa. Ponoć nadmiar zajęć oraz brak czasu zmuszają do działania. Człowiek, potrzebą chwili, staje się bardziej zorganizowany. Mi zabrakło determinacji. Nie upiekłem mega smacznych ciach na sterydach, napakowanych kaloriami, które niosły mnie podczas Oriento Expresso. Nie spakowałem do plecaka tłustej pasty z awokado. Z braku czasu, i może chęci, poszedłem na łatwiznę i w drodze do bazy zawodów odwiedziłem sklep. Wszystkie te słodkości, które sobie zafundowałem wystarczyłby, gdybym zarzucał mięcho, a w skład żelaznej racji wchodziłby kawałek tłustego boczku lub wysuszonego na wiór kabanosa. Wystarczyłyby…

Lenistwo, Szaga i kłopoty z jedzeniem

O jak mi się nie chce! Tak, mi-się-nie-chce! Od ponad trzech tygodni, z premedytacją, obijam się. Unikam każdej formy aktywności. Postanowiłem dać się ponieść słodkiemu lenistwu: bo upał, bo lato, bo wakacje i urlop. A dziś, dziś mam wyjść pierwszy raz po tych dwudziestu kilku dniach nicnieróbstwa na trening i jakoś tak mi się nie chce. Łatwo wpaść w sidła lenistwa, najchętniej przeciągnąłbym roztrenowanie aż do września, a potem rozpocząłbym plan treningowy (< 3h) pod wiosenny maraton.

Sudecka 100

Stoję na środku drogi, gdzieś pośród łąk. Za plecami zostawiłem stadion, przede mną nic innego tylko czarna otchłań, którą tnie światło latarki. Co jakiś czas mija mnie zdyszany zawodnik. Konkurenci są bezlitośni. Napierają bez opamiętania. Wiem, że oni też cierpią, że też im z bólem nie po drodze. Ale mają tyle silnej woli, aby biec przed siebie ku mecie. Miotam się. Przed chwilą zostałem poddany największej próbie. Przebiegając przez stadion mogłem skrócić swoją mękę i zakończyć bieg. Na mej szyi zawisłby zgrabny medal, a ja mógłbym pić, jeść i odpoczywać do woli.