All posts filed under: DIETA

Grubych cyborgów nie ma

No, bo tak: dałem się ponieść chwili i jakoś tak, przez nieuwagę, przytyło mi się. Ale to po tym, jak odechciało mi się biegać, trenować, męczyć – ogólnie. I teraz, kiedy chce mi się znowu biegać, mam tę oponę dookoła pasa, zero kondycji i w ogóle mierne morale. Ale… Gdzieś te marzenia się tlą, no i zazdrość wywołana przez sukcesy biegających znajomych, która męczy niczym zadra, powodują to, że o treningach myślę poważniej. Kombinuję więc jak urwać trochę czasu na dłuższy trening, na wieczorny rower i wygibasy, których jeszcze gimnastyką nazwać nie mogę. Powoli, bardzo powoli zaczynają się klarować plany, założenia, marzenia, zachciewajki. Przypomniałem sobie, że kiedyś nawet udało mi się fajnie wystartować w kilku imprezach, że nawet potrafiłem dać czadu. Poniosły mnie wspomnienia i zgłosiłem się na dwa maratony: we Wrocławiu i Poznaniu. Sam nie wiem, dlaczego tam, bo przecież nie lubię biegać po ulicy. Może dlatego, że właśnie te maratony były moimi pierwszymi, a na Sudeckiej Setce nie mogę być, bo w tym czasie wypada ślub kuzynki. Z drugiej strony startować w setce …

Siła!

Kiedy biegający znajomi odliczają dni dzielące ich od jesiennych startów, moje myśli zajmuje coś innego. 4:10! Mam cel na najbliższych sześć tygodni. I tego się trzymam. 4:10! Już szykuję się na wiosnę! Nie interesują mnie: waga, szybkość, długie wybiegania. Nie interesują mnie: asfalt, buty startowe, technika biegu. Nie interesują mnie: tempo na kilometr, spalone kalorie, rytmy. Nie obchodzą mnie: aura, pora dnia, uszczypliwe komentarze przechodniów. Trening, dieta, regeneracja!  Zaczynam wylewać fundament pod sześciomiesięczny trening. To, co mnie interesuje to: siła nóg, mocny korpus, silne ramiona. Chcę się dobrze przygotować, bo od listopada zaczynam ciężką harówkę. Nie powtórzę błędów popełnionych w zeszłym sezonie, kiedy zabrakło mocy, aby realizować specjalne jednostki treningowe z większą intensywnością. Dokładnie pamiętam jak umierałem podczas treningu, chcąc utrzymać zadane tempo. Serce i płuca pracowały na średnich obrotach, a nogi nie nadążały. Potem odradzałem się z nadzieją na poprawę, która nie przychodziła. Zaniedbałem jeden element, który wraz z innymi tworzy całość, w tym wypadku niezbyt doskonałą.

Lenistwo, Szaga i kłopoty z jedzeniem

O jak mi się nie chce! Tak, mi-się-nie-chce! Od ponad trzech tygodni, z premedytacją, obijam się. Unikam każdej formy aktywności. Postanowiłem dać się ponieść słodkiemu lenistwu: bo upał, bo lato, bo wakacje i urlop. A dziś, dziś mam wyjść pierwszy raz po tych dwudziestu kilku dniach nicnieróbstwa na trening i jakoś tak mi się nie chce. Łatwo wpaść w sidła lenistwa, najchętniej przeciągnąłbym roztrenowanie aż do września, a potem rozpocząłbym plan treningowy (< 3h) pod wiosenny maraton.

6 kg do raju

Ważę 76 kg. Kiedy stałem przed chwilą na wadze, drapiąc się po głowie, pomyślałem, że to nie będzie łatwe zadanie osiągnąć zamierzoną wagę 70 kg. Skąd akurat 70, a nie 72 czy 73,47? A, dlatego, że w dawnych czasach, kiedy byłem pięknym młodzieńcem, moja waga nie przekraczała właśnie 70 kg. Chudy szczypior był ze mnie ot, co. Poza tym chcę szybko biegać, a te sześć nadprogramowych kilogramów ździebko przeszkadza mi w tym, aby stać się władcą prędkości. I skoro ważyłem siedemdziesiątka, to chyba jestem w stanie wrócić do tej wagi. Chyba? Kiedy wracam pamięcią do pewnego zdarzenia sprzed lat, kiedy to stanąwszy na wadze doznałem szoku, widząc jak wskazówka zatrzymuje się na cyfrze 100 i dwie kreski, a patrząc na dzisiejsze siedemdziesiąt sześć kilogramów, nasuwa się prosta konkluzja: czym jest te sześć przy dwudziestu sześciu kilogramach zbędnej opony? Wydaje się czystą formalnością. Nic z tego! Biegam systematycznie od trzech miesięcy, pięć treningów i 80 km tygodniowo. Trzymam się zasad zdrowej, zbilansowanej diety… prawie. Mam jedną słabość. Ta słabość to cukiernia Meryka, a w szczególności najpyszniejsze, …