wspomnienia

Ewolucja biegacza – przypadek własny cz.2

Nie potrafię odnaleźć stałej. Nadal poszukuję tej jednej dyscypliny, której poświęcę do reszty całą uwagę. Z drugiej strony, nie wiem, czy nie popadnę w marazm. Odkrywanie jest przecież takie podniecające. Ten dreszczyk emocji wywołany myślą o doświadczeniu czegoś nowego. Uczucie bycia w ciągłym ruchu. Spontaniczne decyzje i nieprzewidywalne skutki. To wszystko pcha mnie do przodu i dalej i dalej, często bez oglądania się za siebie. Nie chcę na siłę się zatrzymywać. Pęd ku poznaniu traktuję jako naturalną chęć samodoskonalenia na drodze ewolucji. Już sam trening jest jej częścią. Przystosowuję się do nowej formy aktywności. Od zabiurkowej, przedkomputerowej, poprzez biegnącą szybko po rozgrzanym asfalcie, albo tą umorusaną błotem, pochyloną, przedzierającą się przez zarośnięty górski szlak, aż do… właśnie, dokąd?

TRYLOBITY
Pierwszy start

Trenowałem. Z tygodnia na tydzień forma rosła. Gdzieś po drodze pojawiła się chęć na start. Do moich rąk trafił numer BIEGANIE, w którym ukazała się barwna zapowiedź Biegu Katorżnika. To było coś! Fantastyczna przygoda w sam raz dla mnie. Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego nie debiutowałem w biegu ulicznym? Powinienem wystartować w biegu na 10km lub „halfie”. Wypadło jednak na Katorżnika.

Zgłosiłem się na stronie biegu, uiściłem opłatę i cierpliwie wyczekiwałem dnia startu trenując w międzyczasie. Szykowałem się mentalnie na udział w Katorżniku. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać po tym starcie. Byłem jak dziecko odkrywające nieznany, obcy świat.

Po czterystukilometrowej podróży dostałem się do bazy zawodów. Bacznie obserwowałem otoczenie, zawodników, osoby z obsługi. To było dla mnie nowe, ciekawe doświadczenie. Atmosfera, biegowy światek w pigułce, widok linii startu i mety. Udałem się do biura zawodów w celu weryfikacji. Odebrałem pakiet startowy. Zaniosłem bagaż do depozytu, po czym wybrałem na krótki spacer wzdłuż trasy biegu.

Start w Katorżniku okazał się, żeby nie napisać tragicznym, bardzo pechowym. Zaraz po starcie, podczas zbiegu do wody, skręciłem staw kolanowy w lewej nodze. To była zła decyzja, ale nie odpuściłem. Kontynuowałem bieg z kontuzją. Cholerna droga przez mękę. Ale zawziąłem się. Sami wiecie jak to jest, gdy adrenalina buzuje we krwi, a meta przyciąga jak magnes. Do tego rywalizacja gorzkiego lęk prze porażką, której gorzkiego smaku nie zapomnę do dziś. To na tych naturalnych dopalaczach leciałem, pomimo bólu, przed siebie. W tym biegu, przy kapitulacji organizmu, tryumfował umysł.

Droga powrotna do domu. Ponad czterysta kilometrów męczącej, samotnej podróży minęło szybko. Nie czułem bólu, ale ciężar zawieszonej na szyi podkowy – tego dość nietypowego „medalu”, który dostaje każdy finisher.

PODWODNE POTWORY
Ultra dystans

Zawsze trenowałem pod maraton. Stosowałem plany treningowe przygotowane dla początkujących biegaczy chcących zmierzyć się z magicznym dystansem 42195 metrów. Czterdzieści dwa kilometry, to było niemal jak podróż do dalekiego kraju – odległa i mało realna. Na samą myśl o starcie, włos się jeżył, a głowę wypełniała niepewność i strach przed nieznanym. Sam nie wiem jak to się stało, że zgłosiłem się na bieg… bieg ultra na dystansie 100km! Przecież, to było zaprzeczenie całego okresu przygotowań! Nie byłem gotowy na tak długą trasę, na bieg górski!

Nawet nie spodziewałem się, co mnie czeka. Do biegu podszedłem z pewnością siebie i niepotrzebną nonszalancją. Niedoświadczony, ruszyłem przed siebie w noc, zmierzając ku odległej mecie. Start w Sudeckiej Setce, był dużą i przydatną lekcją pokory. W wielkim bólu poznawałem „uroki” dystansów ultra, bieganych w nocy po górach. Pomimo ogromnego wysiłku, jaki wkładałem w pokonanie każdego kilometra, odwodnienia, figli płatanych przez psychę, czułem, że to jest właśnie to, że doznaję spełnienia. Odpłynąłem na mecie. Doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym. Niesamowity stan ducha. Euforia.

Kilka miesięcy po Sudeckiej 100 wróciłem do Boguszowa zmierzyć się z dystansem 21 km. Half pokrywający się z trasą S100. Kolejny bieg górski w mojej „karierze” biegacza. Wspomnienie, jakie wiązało się z tym miejscem i poprzednim startem, niosło mnie jak na skrzydłach. Do dziś nie zapomnę smaku tamtych startów. A imprezy organizowane przez OSiR Boguszów-Gorce darzę sympatią i wspominam z sentymentem.

CDN


Ewolucja biegacza – przypadek własny cz.1

Ewolucja to ciągły proces, polegający na stopniowych zmianach cech gatunkowych. Adaptacja do otaczającego środowiska – biegowego, rajdowego. Ewolucja to także progres wynikający z treningu. Przystosowanie do warunków panujących na trasach biegowych. Asymilacja. Startowa rutyna, brutalnie przerywana przez ciągłe podnoszenie poprzeczki, a także przez szeroki wybór imprez biegowych, które kuszą swoja różnorodnością. Ewolucja jest powolna i niezauważalna, niekiedy jednak następuje gwałtownie z sezonu na sezon. Powstaje z małej prymitywnej formy i rozrasta się do doskonałego, przystosowanego organizmu.
Niektóre organizmy trwają w stagnacji, uśpieniu, wydawać by się mogło, że nie poddają się mocy ewolucji. Inne natomiast, przechodzą burzliwe zmiany przechodząc z formy w formę. Mutują zmieniając specjalizację w zaskakująco szybkim tempie, tak jakby poszukiwały swojego miejsca, przystani, w której mogą się na moment zatrzymać, po to, aby za jakiś czas ruszyć w poszukiwaniu drogi, którą będą kroczyć ku doskonałości.

ZUPA PIERWOTNA
Pierwsze 20 km

To była kilka lat temu, po tym jak postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem. Rozruszać zastałe kości, tknąć życie w zwiotczałe mięśnie. Aktywność była dla mnie obcą, zapomnianą dawno temu formą, kojarzącą się zazwyczaj z pracą fizyczną, czyli przymusem wynikłym z wykonania zleconej pracy. W międzyczasie, tęsknota za górami nasiliła się na tyle, że postanowiłem wraz z rodziną spędzić kilka dni w Karkonoszach. Tam właśnie, pierwszy raz spotkałem się z pojęciem Nornic Walking, a „patent” na łatwe i przyjemne, aktywne spędzanie czasu, sprzedała mi bardzo miła para naszych sąsiadów zza zachodniej granicy.

Tak, więc zacząłem uprawiać Nornic Walking w czasach, kiedy nie był to sport jedynie dla emerytów. Upatrzyłem sobie miejscówkę w obrębie, której mogłem nieskrępowanie oddawać się przyjemności spaceru z kijami nie narażając się na uszczypliwe komentarze wydobywające się z ust przechodniów. Wał przeciwpowodziowy wzdłuż Odry – odległe i cicha miejscówka. Tutaj zdobywałem pierwsze szlify, pracowałem nad techniką marszu, pokonywałem coraz większe odległości.

Codzienny ośmiokilometrowy marsz, był niemal jak ceremonia dokonywana każdego dnia na kilka godzin przed pracą. Po każdym powrocie – zimny prysznic, ale przed tym krótka notatka o pokonanym kilometrażu, czasie, pogodzie, nastroju – taki pierwszy dzienniczek treningowy.
W tym czasie dokonywały się we mnie zmiany, ubywało kilogramów, przybywało pewności siebie, nie opuszczał mnie doskonały nastrój i te uczucie świeżości i lekkości pojawiające się po każdym ze spacerów.

Pewnego dnia postanowiłem przejść niewiarygodnie długi dystans dwudziestu kilometrów. Technikę miałem opanowaną, ze spaceru na spacer czułem potrzebę zwiększania odległości. Przychodziło mi to tak łatwo. Osiem, dziesięć, dwanaście kilometrów. Zapragnąłem „złamać” duży okrągły dystans. Dwadzieścia kilometrów, jak ta cyfra wtedy brzmiała, niemal jak bym chciał dokonać czegoś nadludzkiego! Pojawiło się pierwsze wyzwanie. A ja byłem zdeterminowany.

ORGANIZMY JEDNOKOMÓRKOWE
Jestem biegaczem!

Maszerując codziennie po wale przeciwpowodziowym, mijałem, albo byłem wyprzedzany przez biegaczy. To byli ludzie z innego, nieznanego mi wcześniej wymiaru. Bardzo imponowała mi ich wytrzymałość, zdolność do pokonywania w biegu dużych odległości.
Jak ja chciałem tak biegać!

Nie byłbym sobą gdybym się spróbował. Podczas jednego ze spacerów pobiegłem. To było ciężkie doświadczenie, okupione potem, bólem i skurczem. Mimo niepowodzenia, myśl o tym, aby rozpocząć przygodę z bieganiem nie dawała mi spokoju. W sieci znalazłem plan treningowy autorstwa Jurka Skarżyskiego dla zupełnie zielonych. Chłonąłem jak gąbka wszelką wiedzę na temat biegania. Zaopatrzyłem się w odpowiednie obuwie, skromny dres, stoper i krokomierz, który odmierzał pokonaną odległość.

Systematycznie, cztery razy w tygodniu, wychodziłem na trening. Początki to bieg przeplatany marszem. Pięć minut truchtu, trzy minuty marszu, pięć minut truchtu, trzy minuty marszu… Z tygodnia na tydzień przerwy w marszu skracały się, a długość biegu wydłużała.
Potrafiłem jednorazowo biec trzydzieści minut, potem czterdzieści pięć. Ukoronowaniem planu treningowego był godzinny nieprzerwany bieg.

Było lato. Nie zapomnę tego dnia. Żar lał się z nieba, a ja biegłem z zaciśniętymi zębami przed siebie. Początek biegu był trudny, w myślach powtarzałem mantrę: dasz radę, dasz radę, dasz… W pewnym momencie ogarnęło mnie uczucie błogości, biegło mi się idealnie, miękko tak, tak jak bym płynął. Załapałem się na mój pierwszy flow!

CDN