wycieczki biegowe

NBR on Tour 2012 – inauguracja

fot. Alvar http://www.national-geographic.pl/uzytkownik/alvar/

Minęło prawie pół roku od ostatniej wyrypy spod znaku NBR on Tour, gdzie w zacnym gronie mogłem uprawiać górski chillout  – nową dyscyplinę turystyki średniobiegowej. Od tego czasu niepostrzeżenie zrobiło się ciasno w moim kalendarzu. Tłoczą się tam czerwone krzyżyki, zielone kółka, pojawiają mrożące krew w żyłach nazwy: ekstremalne to, nocne ekstremalne tamto. Startowo – treningowy zawał. U Grześka sprawa wygląda zgoła odmiennie: facet realizuje się, spełnia w tym co robi, czyli łącząc pasję z pracą, trenuje, startuje, bije nowe rekordy. Niby wszystko gra, jest pięknie, ale czegoś tutaj brakuje. Gdzieś po drodze, przypominamy sobie, żeby zorganizować jakiś wypad, ale potem to ulatuje zostawiając po sobie pustkę. Nadchodzi jednak taki dzień, aby sprawy bieżące odsunąć na bok i zająć się tym, co najprzyjemniejsze: bieganiem po górach.

Tym razem na tapetę bierzemy Masyw Śnieżnika i G. Bialskie. Spotykamy się na przełomie maja i czerwca w małej miejscowości Międzygórze. Ostateczny termin podam za jakiś czas. W planach, wypad dwudniowy z noclegiem w schronisku.

Uprzedzam, że jeszcze nie zaplanowałem trasy tak, że ewentualne propozycje i sugestie są mile widziane. W wielkim skrócie: zamierzamy obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich, pojawić się w Kletnie, wypędzić niedźwiedzie z dziury, odwiedzić naszych południowych sąsiadów, przeprowadzić pełną degustację złotego nektaru, spędzić wieczór na pogaduchach, wyspać się smakowicie i…. i obiegać jak najwięcej Masywu i G. Bialskich.

EDIT:  Proponowana trasa: 

Dzień I
Z parkingu w Międzygórzu pobiegniemy zielonym szlakiem, trawersując Smrekowiec, do Przełęczy Śnieżnickiej. Następnie wykonamy rasowy downhill żółtym szlakiem do Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Warto zwiedzić jaskinię, cena biletu to 19zł, jednak należy wcześniej zarezerwować bilety, ale tym zajmę się ja. Z Jaskini udamy się niebieskim szlakiem rowerowym w stronę Kamienicy, aby wejść na szlak żółty, z nim do zielonego na Przełęcz Głęboka Jama. Następnie zielonym szlakiem dotrzeć na Śnieżnik. Tutaj zdecydujemy czy wracać do schroniska Na Śnieżniku, czy zbiec czerwonym szlakiem na stronę Czeską, wbić się na niebieski szlak, przejść Mokry hrbet, wejść na szlak zielony i ponownie na niebieski. Dotrzeć do Dolnej Morawy, gdzie nawodnimy się chmielowym izotonikiem. Po odpowiednim nawodnieniu się wrócimy na szlak niebieski, nim dotrzemy na zielony, który doprowadzi nas prosto do schroniska.

Dzień II   
Proponuję wstać przed wschodem słońca, zejść do Międzygórza, zapakować się do aut i pojechać do Czech. Za cel obrałem Staré Město, które możemy zwiedzić , następnie udać się w Góry Bialskie. Trasę ustalimy na miejscu.  

- MAPA -

Wszystkich chętnych na biegowy weekend, małą górską przygodę, w imieniu Grześka i swoim, serdecznie zapraszam.

Do zobaczenia na szlaku!


Jedziemy na wycieczkę – Czeska i Saksońska Szwajcaria

Jest okazja, jest okazja do świętowania! Rok działalności grześkowego sklepu dla biegaczy Naturtal Born Runners. Jak powszechnie widomo, albo nie, okazja czyni… czyni wycieczkę. Tym razem postanowiliśmy w ramach NBR on Tour zorganizować coś specjalnego, coś nieodległego, coś tak pięknego, że niemal bajkowego, mianowicie wybrać się w odwiedziny do naszych południowych sąsiadów, przy okazji zaglądnąć do sąsiadów zachodnich. Mówa tutaj o Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.

Mamy zamiar w ciągu dwóch dni obiegać i zwiedzić jak najwięcej atrakcji tego regionu. Miejsc godnych uwagi jest naprawdę sporo tak, więc w zależności od liczby chętnych na wycieczkę, ewentualną trasę ustalimy wspólnie. W planach jest biwak. Chcemy zaparkować samochody na jakimś przyjemnym, najlepiej zaopatrzonym w jakąś infrastrukturę pod podstacją wiaty i miejscem na rozpalenie ogniska, parkingu. W pierwszy dzień „zrobić” pętlę wschodnią objętą przez Národní park České Švýcarsko, po biwaku przy ognisku, na drugi dzień, wybrać się na teren Sächsische Schweiz.

Kiedy jedziemy? Spotkamy się w umówionym miejscu 22 października. Jesteśmy w trakcie dogrywania szczegółów tak, więc punkt zborny ustalimy za jakiś czas. Na Facebooku zostało utworzone wydarzenie pod nazwą Jubileuszowa wyrypa NBR on Tour , gdzie pojawią się wszystkie informacje na temat wycieczki. Dodatkowo, dodam je także poniżej tego wpisu, w formie komentarza.

O czym należy pamiętać? Październikowe noce bywają zimne, spanie pod chmurka odpada, zabieramy namioty, grube karimaty, maty samopompujące i ciepłe śpiwory. Jeśli okaże się, że grupa chętnych to twardzi fastpackerzy, zabieramy wymagane minimum. Choć optuję jednak za biwakiem z czeskimi atrakcjami w płynie – oczywiście w rozsądnych ilościach.  Czeskie Korony i kilka Euro w kieszeni, na ewentualne popasy gdzieś pod drodze. O całym niezbędnym sprzęcie nie będę się rozpisywał, każdy wie, co będzie mu potrzebne. Mapami zajmę się ja, przygotuje odpowiednią ilość zalaminowanych egzemplarzy. Dla bezpieczeństwa umieszczę tam nr telefonów alarmowych oraz uczestników wyrypy.

Już dziś zapraszam do publikowania swoich propozycji i spostrzeżeń, a wszystkich chętnych zapraszam w imieniu Grześka i swoim. Do zobaczenia na szlaku!

 

INTERAKTYWNA MAPA TURYSTYCZNA


Krkonoše cz.1

Karkonosze mi się przejadły? Tak twierdziłem jeszcze do tamtej soboty. Znudzony schodzonymi wszerz i wzdłuż szlakami. Rozpychając się łokciami na drodze między Szrenicą, a Śnieżką. Szukając samotności, aby oddać się intymnej chwili, pieszcząc wzrok widokiem gór, gdzieś między głazami skalnego rumoszu Ścieżki Nad Reglami. Wspinając się, zostawiając za sobą mury zamku Chojnik, w górę ku Śnieżnym Kotłom. Spadając na złamanie karku w dół obok jaru, przez kocioł ku Dolinie Łomniczki. Medytując na szczycie Skalnego Stołu.

Karkonosze jakie znałem dotąd, to sieć szlaków rozwieszona na grubym czerwonym sznurze – Głównym Szlaku Sudeckim –  wydawać by się mogło,  rozciągniętym niedbale przez sudeckie szczyty. Mea culpa. Nidy nie zapuściłem się dalej, w głąb, poza linię Maginonta zbudowaną z biało-czerwonych słupków. Nie poznałem najciekawszej ich części leżącej na terenie naszych południowych sąsiadów.  Znam tylko grań zawieszoną pomiędzy szczytami, stok i kotlinę – ot całe moje Karkonosze. (Nie zrozumcie mnie źle, nie twierdzę, że Polska część jest nieciekawa.  Jest na pewno inna, nie tylko pod względem ukształtowania, infrastruktury, ale także podejścia KPN do zarządzania parkiem, co ma niewątpliwie wpływ na kształtowanie Karkonoszy jako atrakcji turystycznej… )  Na szczęście dla mnie, ten stan niewiedzy minął bezpowrotnie. W towarzystwie Janusza, który był moim przewodnikiem po Czeskiej Stronie, zapuściłem się w głąb gór, aby odkryć (na nowo) Krkonoše.

Szlakiem Sourka

Z Pecu pod Snezkou do Śląskiego Domu.

Pec został za nami. Tym bardziej cieszę się, że uciekam od cywilizacji. Potrzeba mi wycieczki w góry, jak spragnionemu wody, jak głodnemu…  Początkowe metry truchtamy, potem przechodzimy do marszu. Dobra rozgrzewka, pierwsze kilometry i spore przewyższenie. Z parkingu na szczyt Śnieżki będzie z 850 metrów. Strome podejście rekompensują niesamowite widoki. Janusz żartuje: „zrobię Ci tutaj zdjęcie, będziesz mógł się pochwalić, że byłeś w Tatrach”. Chciałoby się napierać nieprzerwanie, ale ja tak nie potrafię. Musze się zatrzymać. Spić kolory z horyzontu, tam gdzie grań łączy się z niebem, zachłysnąć malowniczym krajobrazem, zanurzyć po czubek głowy w otaczającym mnie pięknie.

Wspinamy się stromym zboczem Upskiej Jamy,  w górę prowadzi nas niebieskimi znakami Kavionova cesta. Janusz przystaje co jakiś czas, czekając na mnie zawiesza wzrok gdzieś w dali, a ja uparcie staram się utrwalić na starym cyfraku niesamowite widoki. Wychodzimy ponad las. Przed nami wijąca się w górę ścieżka. Po drodze trafiamy na wybudowaną w 1912 roku pompownię wody. Miejsce godne uwagi, bardzo klimatyczne. Gdybym prowadził ranking takich miejsc, znalazłoby się w czołówce:  spływający stromym zboczem strumień, drewniany mostek z którego można zaczerpnąć zimnej wody po to, aby schłodzić rozgrzane czoło i kark. Poniżej, przylepiony do stoku kamienny schron, w którego wnętrzu kryje się stalowa aparatura stacji pomp.  Mini muzeum techniki.

Jeszcze tylko kilkaset metrów i znajdę się przy Śląskim Domu. Wydostanę się na grań, zostawię za sobą Obří důl. Janusz jest gdzieś z przodu, a ja skacząc z kamienia na kamień, biegnę mijając zdziwionych turystów. Już widzę dach schroniska i stojącego nieopodal Janusza.

Ekspresem na Śnieżkę

Śląski Dom – Śnieżka

To niesłychane jak szybko odzyskuję siły. Wystarczyła chwila, dosłownie moment, aby się zregenerować. Kucam, rozluźniam mięśnie, skupiam się na czekającym mnie wysiłku, po chwili jestem gotowy do dalszego biegu. Czy to zasługa Hornet Juice, skarpet kompresyjnych, treningu, a może miks powyższych czynników?

Jest gorąco, słońce grzeje niemiłosiernie. Wydawało się, że na grani będzie chłodniej, że nas potarga wiatr. Wydawało…  Źle znoszę upały. Typowe jest, to że bardzo szybko się odwadniam, po czym równie szybko wymiękam. Pilnuję się, piję w przerwach, zajadam jabłko. Nieustannie dorzucam coś do pieca, a spalam dużo, bo wysiłek jest spory, nawet jak na górskie wypady.

Przed nami droga na Śnieżkę. Ustalamy, że wspinamy się czerwonym szlakiem, a zbiegamy Drogą Jubileuszową. Wybiegłem do przodu, zostawiając Janusza  w tyle, za duże tempo, ale to przez te endorfiny. Chcę wbiec, wdrapać się jak najszybciej na szczyt. To taki mój test. Czy wytrzymam? Czy nogi nie odmówią posłuszeństwa? Dobiegam do łańcuchów, tutaj muszę przejść do marszu. Zrobiło się stromo, poza tym trochę przesadziłem – zwalniam aby odpocząć. Wyprzedzam grupkę turystów, za plecami słyszę złośliwe komentarze. Nic mnie już nie zdziwi, nawet w górach.
Wyprzedza mnie Janusz. Zwinnie, pomagając sobie kijami trekkingowymi, wdrapuje się do góry. Facet ma moc – niesamowitą! Jeszcze kilkanaście metrów, parę kamieni, ze cztery energiczne podejścia i jestem na szczycie.

Na złamanie karku.

Śnieżka – Śląski Dom – Luční bouda

Śnieżka. Odpoczynek, dosłownie 30 sekund na kilka łyków wody z bukłaka, wydostanie jabłka z plecaka. Jedna fotka aparatem telefonu komórkowego, MMS do żony: „Jesteśmy na Śnieżce” i spadamy w dół. Mijamy zasapanych turystów, którzy przyglądają nam się uważnie. Wyraźnie odstajemy, wyróżniamy się z „tłumu” górskich spacerowiczów. Biegnę skupiony na drodze, staram się biec jak najwięcej po poboczu Drogi Jubileuszowej. Przy takiej galopadzie kolana dostają swoje. Kątem oka zerkam w bok, dostrzegam serpentynę czerwonego szlaku prowadzącego w dół Kotła Łomniczki. Kawałek mięsistego szlaku. Potrafi z człowieka wycisnąć sporo soku.

To była szybka akcja. Wejście,  zbiegnięcie. Śnieżka w dwadzieścia pięć minut. Turystyka ekspresowa. A teraz… teraz zrobiło się tak płasko. Schustlerova cesta prowadzi do Białej Łąki (Bílá louka). Czuję się tak jak bym nie był w górach, tylko przemierzał podmokłą tundrę. Bezkres traw kończy się na nie tak odległym horyzoncie. W dolinach bliżej do lata, ale tutaj dopiero wkracza Pani Wiosna, spacerując pomiędzy gdzieniegdzie zalegającymi łatami śniegu.

CDN


Jedziemy na wycieczkę – Karkonosze

Przed nami kolejna wycieczka biegowa, może raczej powinienem użyć słowa trekking, gdyż trasa którą przygotował Janusz (Skiboy) nie będzie łatwą i raczej mało będzie okazji aby pobiegać, a więcej na to, aby powspinać się po stromych ścieżkach. Nie unikniemy spalenia kilku kalorii, nie ominą nas przepiękne widoki oraz klimat panujący na górskim szlaku. Będzie szansa aby zrobić pierwszy mocny trening przed Przejściem Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej, bo tym razem bierzemy na tapetę Karkonosze, a dokładniej ich część leżąca na terenie naszych południowych sąsiadów.

Termin: 21 maj 2011
Start: Miejsce zbiórki: Przełęcz Okraj , parking nieopodal schroniska Na Przełęczy Okraj, godz 8:00
Dystans: około 36km z możliwością wydłużenia o 15 km

Poniżej prezentuję opis trasy przygotowanej przez Janusza, a wszystkich chętnych tradycyjnie zapraszam:

„Rozpoczynamy w Pecu pod Snezkou. Miejsce startu-parking przy drodze do wyciągu krzesełkowego na Śnieżkę,ok.700m od centrum. Parking płatny, o ile dobrze pamiętam ok.100Kc za dzień. Miejscem spotkania może być np. Przełęcz Okraj,godz.7.00,dalej poprowadzę na miejsce do Pecu. Od parkingu szlakiem niebieskim przez Obri dul do Domu Sląskiego i dalej niebieskim na Śnieżkę. Ze Śnieżki spadamy czerwonym a następnie niebieskim szlakiem kierujemy się w stronę Lućni Boudy skąd dalej niebieskim szlakiem (Weberova cesta) przez Dul Bileho Labe do schroniska U Bileho Labe gdzie można zrobić mały popas z czeskim piwkiem zakąszając grilowanym pstrągiem. Od schroniska do Szpindlerowego Młyna docieramy żółtym szlakiem (Drevarska cesta).Ze Szpindlerowego Młyna czerwony szlak (Stara Bucharova cesta) biegnąca pod Kozimi Grzbietami doprowadzi nas z powrotem do Lucni Boudy a następnie dalej czerwonym szlakiem przez Lucni Horu do schroniska Vyrovka. Przy schronisku skręcamy w dół zielonym szlakiem gdzie
po ok.1500 metrach skręcamy w lewo przy Richterovej Boudzie na szlak czerwony (Zelezna stezka)i przez Rozowy Dul docieramy do mety. Trasa liczy ok.36km i 3500m przewyższeń. Można jeszcze trasę wydłużyć biegnąc ze Szpindla przez Labsky Dul do schroniska Labska Bouda i z powrotem czerwonym przez Medvedin,ale wydaje mi się że to byłoby już za duży dystans, powiększyłby się o ok.15km naprawdę morderczego odcinka i ok.1500m przewyższeń.”


Przełom Bobru

Janusz przygotował prawdziwie hardcorową trasę. Nie ominęły nas: chaszczowanie, strome podejścia, długie zbiegi, dające odetchnąć trawersy z pięknymi widokami na Bóbr. Na naszej drodze pojawiały się ciekawe budowle, choćby zapora w Pilchowicach, most kolejowy na Bobrze, potem następny most, z którego roztaczał się niesamowity widok (kolejny i jeden z wielu – dzień stał pod hasłem: widoki) na Jezioro Pilchowickie, zaporę oraz górujące w oddali, ośnieżone Karkonosze. Całą, ponad czterdziestopięciokilometrową trasę pokonaliśmy w kameralnym gronie: Janusz, Robert i moja nieodłączna kompanka Luna. Aura była łaskawa. Piękna pogoda utrzymała się praktycznie do końca naszej wycieczki, choć Pan Synoptyk zapowiadał dzień pochmurny i z opadami.

Na koniec tego krótkiego wpisu dodam, że już niebawem, bo w maju, wybieramy się na kolejną wycieczkę. Tym razem w planach trekking po Czeskich Karkonoszach. Trasę wyszykuje nam Janusz i jak obiecał będzie ponad 3500 metrów przewyższeń w górę i w dół. Wszystkich chętnych na wspólną mordęgę, czyli pierwszy trening przed Przejściem, już teraz zapraszam. Więcej informacji wkrótce.

[nggallery id=1]


Jedziemy na wycieczkę – Przełom Bobru.

Janusz (Skiboy), któregoś dnia, podrzucił informację na temat ciekawej miejscówki, którą możemy odwiedzić i obiegać. Jako, że mam niedosyt po „biegu” Dookoła Przełomu Kwisy, szybko podłapałem temat i jak to często bywa: od pomysłu do realizacji, zapraszam na wspólne bieganie wokół Przełomu Bobru.

Termin: 10 kwiecień 2011
Start: Jelenia Góra , dworzec PKS, godz 8:00
Dystans: około 30km

Poniżej prezentuję opis trasy przygotowanej przez Janusza:

Start-dworzec PKS Jelenia Góra. Samochody można zostawić na parkingu obok
dworca przy postoju taxi, parking bezpłatny. Przy dworcu wchodzimy na
szlak zielony,przechodzimy(przebiegamy) pod obwodnicą, następnie przez
mostek na rzece Kamiennej, dochodzimy do szlaku rowerowego ER-6 i pędzimy
do wiaduktu kolejowego na Bobrze, mijając Wzgórze Krzywoustego (miejsce
zarania Jeleniej Góry) z wieżą widokową tzw.grzybkiem (otwarta od 1 kwietnia 10-18,wstęp bezpłatny). Przechodzimy przez wiadukt kolejowy na drugą stronę Bobru.Spadamy z wiaduktu na prawy brzeg rzeki i gnamy ścieżką brzegiem rzeki mijając elektrownię przy Końcu Świata aż do mostku na Jeziorze Modrym (to ten mostek znany z Przejścia Kotliny). Przy mostku wspinamy się stromym zboczem na skałki i górą pokonujemy odcinek do elektrowni Bobrowice,mijamy Siedlęcin z zabytkową Wieżą Rycerską (do odwiedzenia w drodze powrotnej,otwarta od 10-16). Z Siedlęcina biegniemy bardzo fajną drogą rowerową ER-6 biegnącą linią brzegową do zapory we Wrzeszczynie. Stąd nieoznakowaną ścieżką do punktu widokowego na Wysokich Skałkach. Według mnie jest to najładniejsze miejsce w przełomie Bobru. Na przeciwnym brzegu znajduje się punkt widokowy Kapitański Mostek i dopływ rzeki Kamienica. Od tego miejsca zacznie się mały hardcore z improwizowaniem trasy, linia brzegowa jest bardzo kręta i urozmaicona głębokimi i stromymi jarami z licznymi dopływami strumieni. Miejscami brak wyraźnych ścieżek i trzeba się odsuwać od linii brzegowej aby przekroczyć strumienie i liczne zatoczki przy dopływach strumieni. W końcu docieramy do wiaduktu kolejowego na Jeziorem Pilchowickim,przekraczamy go i asfaltową drogą docieramy do zapory pilchowickiej.Z zapory udajemy się do szlaku zielonego i przekraczamy Bóbr na drugi brzeg przez mostek pod zaporą,dalej ścieżką nad rzeką do najbliższej przeprawy mostowej w Pilchowicach i z powrotem na prawy brzeg gdzie robimy nawrót.Myślę że nie ma sensu biegnięcie aż do elektrowni Pilchowice II bo widokowo teren ten jest już mało atrakcyjny i za dużo jest darcia asfaltu.Droga powrotna-dojście do zapory pilchowickiej,przejście na lewy brzeg rzeki,dalej niebieskim szlakiem do punktu widokowego Mostek Kapitański,stąd lewym brzegiem Kamienicy do Barcinka gdzie przy dawnym sanatorium przejdziemy mostkiem na prawy brzeg i dalej ścieżką nad rzeką do ujścia Kamienicy do Bobru, dalej wpadamy na żółty szlak którym zmierzamy do Siedlęcina przechodząc most na Bobrze aby zwiedzić Wieżę Rycerską. Przechodzimy z powrotem rzekę i biegniemy (o ile będę jeszcze miał siłę biec)zielonym szlakiem do Perły Zachodu a następnie na Wzgórze Krzywoustego gdzie wczołgamy się na wieżę widokową, a stąd już tylko kilka kroków do mety. Jeżeli chodzi o odcinek od Wrzeszczyna do mostu kolejowego nad Jeziorem Pilchowickim to muszę wykonać tam jeszcze jeden rekonesans aby dopracować to
bezdroże.”

Jak widać czeka nas moc atrakcji, od ciekawostek architektonicznych, przez chaszczowanie, do BnO. Wszystkich chętnych zapraszamy i do zobaczenia 10.04.2011 w Jeleniej Górze.


Przełom Kwisy

Stało się! Popełniliśmy wycieczkę. Wspaniały, pełen pozytywnych emocji, błotnistych szlaków, pięknych, gdzieniegdzie zeszpeconych przez cywilizację plenerów – trekkingowy chillout. Bez ciśnień, walki z czasem, rywalizacji. Relaks okraszony podwyższonym tętnem. Alternatywa dla niedzielnej biesiady telewizyjnej. A słowo dnia, które nie opuszczało mojej niespokojnej głowy to asymilacja.

GRYFÓW ŚL. Ósma zero, zero

Jak tutaj brzydko – przemknęło mi przez myśl, kiedy wjeżdżaliśmy do Gryfowa. Szarość i powszechność w najgorszym wydaniu. Nocna podróż z nieprzyjemnym wydarzeniem po drodze, spowodowała poranne zmęczenie materiału. Cały ten negatywny ładunek rozładowywałem myślą, że za chwilę będziemy w drodze przedzierając się brzegiem jezior w stronę Leśnej i z powrotem. Łachotałem się myślą o konfrontacji rzeczywistości z jej wizerunkiem odwzorowanym na mapie topograficznej.

Dojeżdżamy do dworca PKS. Janusz już czeka. Robert jest jeszcze w drodze. Przygotowanie do drogi, przyjazd Roberta, ostatnie ustalenia, wyjście z Gryfowa, przewinąły się tak szybko, nieistotnie, niezauważalnie. Start (początek wycieczki raczej) i powrót (nie mylić z metą) w takich sytuacjach uważam za opakowanie, niby istotny element, ale po wydobyciu zawartości – zbędny. Gdybym miał rozróżniać te dwa (nieistotne?) elementy, to wolę start i towarzyszące mu napięcie, niecierpliwość, niepewność, adrenalinę. Choć w wypadku, powiedzmy, wycieczki biegowej, trekkingu, ten start/początek jest różny od startu w zawodach. Nie ma tego skupienia na celu, na taktyce, a przeważa nutka odkrywania, poznania nowego.

 ZAPORA raz

Ruszamy, rozpoczynamy nową przygodę. Zmierzamy północną stroną Jeziora Złotnickiego w stronę zapory. Droga to jeden wielki trawers, co jakiś czas opadający, to znów wznoszący się po zboczach otaczających jezioro wzgórz. Janusz wiedzie prym, narzuca tempo. Przytroczona do mojego pasa, Luna wyrywa się do przodu pchana instynktem. Chce przewodzić stadu. Wywołuje lekkie zamieszanie, póki nie przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Dobre psisko. Z zaciekawieniem obserwuję jezioro i jego odtoczenie. Na południowej stronie pojawiają się ośrodki wypoczynkowe. Jeszcze nie wiem o tym, że staną się naszym utrapieniem. Słodka nieświadomość. Wzrok przyciąga zamarznięta tafla jeziora, wysoka linia brzegowa, jego szerokość – sto, sto pięćdziesiąt metrów. Może to wina pory roku, panującej właśnie odwilży, że sprawia wrażenie zimnego i głębokiego. Jest inne od jezior, których sporo w okolicy, w której mieszkam, które kojarzą się ze słoneczną plażą, rowerem wodnym, zapachem grillowanych potraw i hałasem dobiegającym z plaży. Te posiada inny klimat, raczej różnorodność klimatów, która objawi się już za chwilę za tą skałą i tamtym zakrętem.

Jest zapora! Przyspieszamy. Musimy uważać, bo lód pokrywa drogę i ślisko jest niesamowicie. Ale to nie ważne, nie teraz. Widok zachwyca. Sycę oczy. Zlizuję barwy zimy, rozjaśnione żółtym promieniem świecącego słońca. Bardzo podoba mi się architektura zapory i budynków leżących poniżej. Ich kamienna konstrukcja wtapia się w tło, wspaniale współgra z otaczającym je urwiskiem. Przystajemy na krótki popas, to miejsce jest warte tego, aby się zatrzymać. Sięgamy po żelazne racje, Luna dostaje swoje psie smakołyki. Przychodzi czas na krótką sesję zdjęciową i ruszamy w drogę. Przechodząc przez zaporę, Janusz niczym narciarz biegowy, pokonuje ją ślizgiem, odpychając się kijami.

CZOCHA

 Schodzimy z zapory, pokonujemy tunel i tym sposobem znajdujemy się na południowej stronie Przełomu Kwisy, pomiędzy jeziorami. Bywa tak, że są odcinki niesamowicie malownicze, estetycznie słuszne (mój ulubiony zwrot), bywa też tak, że trzeba się przemęczyć i zaliczyć odcinki „jałowe”, które w innych okolicznościach mogłyby być interesujące. Taki odcinek właśnie przemierzaliśmy. Szlak zbocza i odkleja się od linii brzegowej, prowadzi nas błotnistymi drogami, poprzez pola, zabudowania okolicznych wsi. Tylko horyzont zdobi zamkowa wieża.

 Z pól wydostajemy się na asfaltową drogę, którą docieramy do zamku. W tym momencie powinienem  umieścić obszerny opis zamku. Jest, o czym pisać. Piękna budowla, piękna okolica oraz to, co rzuciło mi się od razu w oczy, zachowana cała infrastruktura podzamcza. Wiem, że wrócę i zwiedzę Czochę, planuję poświęcić temu osobny wpis. Tymczasem, zatrzymaliśmy się na popas i pamiątkową fotografię. Mieliśmy dosłownie chwilę, aby rozglądnąć się po okolicy zamku, szlak przyciągał jak magnes.

 ZAPORA dwa. Zamarznięte jeziora.

 Brzeg jezior Leśniańskiego i Złotnickiego zagrabiony jest przez ośrodki wypoczynkowe. Odstraszają wysokie płoty, tabliczki z napisem „teren prywatny”. Szpecą budynki i domki letniskowe niedbale rozsypane po okolicy. Brzydota nie do opisania kościstymi łapami rozgarnia chmurę klimatu, jaki otacza zamek i jego otoczenie. Nie cierpię tego uczucia! To jest niemal tak, jak by ktoś wytrącił mnie, chwilę po tym jak załapię flow, z tego wspaniałego stanu ducha.

Mijamy pierwszą barykadę ustawioną ze szpetnych domków. Płot wyznacza nam kierunek marszu. Przed nami zamarznięta tafla jeziora, a na tafli wędkarze pochyleni nad przeręblami, wpatrzeni w kiwoki i spławiki, zaklinają ryby. To takie stymulujące. Przyglądam się z zaciekawieniem rozrzuconym po lodowej płycie postaciom. Spokój wędkarskiej ceremonii kontrastuje z naszym tempem. Przypominają mi się chwile spędzone z wędką w ręku nad brzegiem Odry. Odskocznię od miejskiego zgiełku; cisza, zieleń i wielka rzeka.

 Zbliżamy się do zapory. Tym razem nie wpadłem w zachwyt nad architekturą zapory, widokiem płynącej w dole Kwisy. Tym razem moja uwaga skupiła się na budynku stojącym po drugiej stronie, tuż nad zaporą. Fantastyczna budowla, niesamowita! Idealne połączenie kamienia, cegły i drewna. Chciałbym mieszkać w takim domu.

RAJSKO

Okrążamy jezioro. Mijamy kolejne pole zaminowane domkami letniskowymi. Ponownie znajdujemy się na północnej stronie. Przez pewien czas przedzieramy się przez śmietnisko powstałe z naniesionych przez nurt śmieci wrzucanych do wody przez plażowiczów. Bolą oczy. Chcę tylko jednego, uciec z tego miejsca jak najszybciej. Przyspieszamy.

Szlak odbija w lewo, skręca w stronę wsi. Postanawiamy trzymać się brzegu. Trawers stromego zbocza jest bardzo kuszący, a widok na górujący zamek – przepiękny. Przystaję na chwilę na skale, przede mną urwisko, w dole toń. Słońce ogrzewa promieniem twarz. Popadam w zadumę. Kontempluję otoczenie. W głowie trwa goń myślowa. Panowie znikają za wzniesieniem, a ja nie chcę przerywać tego stanu. O tym stanie pisałem niejednokrotnie, lubię się tak zanurzyć, odpaść na chwilę.

Zamek Rajsko stał się własnością prywatną. Teren dookoła zamku zamienił się w otoczony płotem plac budowy. Miły Pan Stróż informuje nas, że restaurowany zamek wraz z odbudowywanymi i dobudowywanymi budynkami ma stać się hotelem dla elit. Dzięki uprzejmości Pana Stróża dostajemy się na zamkowa wieżę, z której podziwiamy przepiękny widok na jezioro.

KANADA

Dla pokonania tego odcinka warto tutaj przyjechać. Odbyć szybką podróż po to, aby znaleźć się gdzieś na peryferiach Alaski, na Terytorium Jukon. To odcinek między zamkiem Rajsko, a zaporą spiętrzająca wody jeziora Złotnickiego, do którego docieramy po pokonaniu (niestety) kolejnego kempingu. Kwisa jest zimna, rwąca i niebezpieczna. Wymagający szlak prowadzi jej skalistym brzegiem. Musimy uważać aby nie zsunąć się prosto w nurt. Dla bezpieczeństwa odpinam Lunę. Poruszamy się powoli. Nawet nie staram się przyspieszać. Mam wrażenie jakbym wylądował gdzieś w Kanadzie u brzegu górskiej rzeki.

POŁUDNIOWA STRONA – TO JUŻ KONIEC?

 Kolejne przejście przez zaporę. Tutaj zawijamy ósemkę. Przechodzimy przez tunel i trzymając się ścieżek na południowej stronie jeziora, zmierzamy w stronę Gryfowa.

Mijamy ośrodek wypoczynkowy. Jesteśmy w trakcie finału. Kilka kilometrów dzieli nas od mety. Poruszamy się szybko. Ścieżka staje się klaustrofobiczna: po lewej – jezioro, po prawej – strome wzniesienie. Pojawiające się na drodze, obgryzione resztki sarnich ciał, na których widok Luna oblizuje się smakowicie, uświadamiają mi jaką ta ścieżka jest pułapką, gdy przykryje ją głęboki śnieg.

Przed nami kolejny ośrodek, oddalony o trzydzieści minut od poprzedniego. Jest, oczywiście, otoczony płotem, który stanowi przeszkodę na naszej drodze. Stanowi tez inną przeszkodę – oddziela od lata. Dla osób, które szukają samotności, lub chcą się wyrwać z objęć miasta najlepszą porą jest zima. W sezonie letnim spada atrakcyjność Przełomu Kwisy. Jazgot dochodzący z zatłoczonej plaży, wędkarze okupujący brzeg, te cholerne kempingi broniące dostępu do jeziora, mogą zniechęcić. Cieszę się, że znaleźliśmy się tutaj właśnie teraz, podczas zimowej odwilży.

Docieramy do Gryfowa. W mieście poruszenie i wielki bal, trwa finał WOŚP. Przedzieramy się przez tłum, lawirując między przechodniami, szybkim krokiem idziemy w stronę zaparkowanych przy dworcu PKS aut.

Następuje odcięcie. Koniec przygody.

 


Jedziemy na wycieczkę! Góry Sowie.

Wycieczka optymalna. Aby zachęcić do wspólnych wypadów rasowych napieraczy, niedzielnych biegaczy, wytrawnych turystów, trzeba iść na kompromis. Ze względu na różne tempo poruszania się oraz przygotowanie kondycyjne wymienionych grup, nie jestem w stanie utrzymać zasady: „Startujemy razem, kończymy razem”. W tym przypadku, niezbędny jest podział. Podział, który już raz zaistniał (na grupę biegową i Matiego – turystę, bo o grupie turystycznej trudno tutaj mówić), przy okazji wypadu w Góry Kamienne. Jestem spokojny, bo zadowolenie Matiego było w pełni potwierdzeniem tego, że nie poczuł się zaniedbany, zrealizował znaczną część swoich założeń, i po części spełnił się podczas wycieczki.

Z dala od tajemnic. Riese -  przyciąga jak magnes. Kompleksy Rzeczka, Osówka, Włodarz, podziemne sztolnie, mekka poszukiwaczy tajemnic. Przyznać się muszę, że w pierwotnej wersji trasa wycieczki miała przebiegać „szlakiem tajemnic”, a hasłem przewodnim miał być „Olbrzym”, który fascynuje do dziś. Dopełnieniem i wisienką na torcie byłoby zwiedzanie Twierdzy Srebrnogórskiej. Wytyczając trasy wcześniejszych wycieczek, starałem się aby na trasie zawsze znalazła się jakaś atrakcja.  Mając w pamięci, to że atrakcje te były jedynie małym dodatkiem na biegowej trasie, przy którym zatrzymywaliśmy się na krótki popas, szybką sesję fotograficzną, zamiast interesować się wspomnianymi, syciliśmy oczy pięknymi widokami, a bardziej od budowli interesowały nas góry – odpuściłem. Skoro tym razem wykluczam pojawienie się turystycznych atrakcji, to co mogę zaoferować w zamian?  Odpowiem: wspaniałą eskapadę w doborowym towarzystwie, Góry Sowie i biegnący przez nie czerwony szlak GSS, sporo spalonych kalorii i jednodniową przygodę. Wystarczy :) ?

Miejsce akcji: Góry Sowie
Dystans: opcja A – 50km, opcja B – 35 km
Zbiórka: 12.02.2011, Walim (skrzyżowanie szlaków: żółtego,niebieskiego i zielonego, nieopodal dworca PKP), godz. 7.45
Start: godz. 8.00

Trasa:

Opcja A. Trasa biegowa.

Z Walimia żółtym szlakiem na Wielką Sowę. Tutaj możliwość wejścia na kamienną wieżę widokową. Następnie, czerwonym szlakiem (GSS) w stronę Przełęczy Jugowskiej, mijając po drodze Niedźwiedzią Skałę, aż do schroniska „Zygmuntówka”. Dalej przez Rymarza, Słoneczną, Kalenice (metalowa wieża widokowa), Popielak, Kobylec do Przełęczy Waliborskiej. Od przełęczy, nadal szlakiem czerwonym, aż do Srebrnej Góry, mijając po drodze: Szeroką, Malinową, Gołębią, Gąsiorek, Chochoł Wielki, po lewej stronie Twierdzę Srebrnogórską. Nawrót przy schronisku Pod Fortami.

Opcja B. Trasa turystyczna.

Do Przełęczy Waliborskiej przebieg taki sam jak trasy biegowej. Następnie, z przełęczy szlakiem niebieskim do drogi. Na zakręcie gdzie szlak kieruje się na północ, a droga skręca w lewo trawersując Kozią Równię, zejść z drogi w kierunku zachodnim, w górę potoku Kamionka do zielonego szlaku, a nim do Koziego Siodła. dalej żółtym szlakiem do Schroniska Sowa. Dalej Srebrną Drogą i Drogą Gwarków (szlak fioletowy[?]) do szlaku żółtego a nim do Walimia.

Wycieczka jest częścią projektu NBR on Tour i grupy biegowej Natural Born Runners.


Gdzie jestem, kiedy mnie nie ma?

Należę do plemienia poszukiwaczy. Odnajduję miejsca i lubię się w nich zagubić. Łączę romantyzm chwili z klimatem i estetyką otoczenia. Zaglądam w zakamarki dotąd niezbadane, dziewicze. To zawsze wywołuje u mnie dreszczyk emocji, jak u dzieciaka, który dostał swoją upragnioną książkę o dinozaurach. Mój mikroświat pękł, rozleciał się na milion drobnych części. Nie składam go, bo i po co. Wyobcowanie? Nie. Melancholia? Nie!

Połączyłem zalążki odkrywcy z moją biegową pasją. Tak to narodziły się wycieczki biegowe, które staram się „organizować”, co jakiś czas, wybierając estetycznie słuszne plenery. Tak, też trwa odkrywanie tajemnic Magicznego Lasu, eksploracja Wzgórz Pszczółkowskich. W tej całej historii z odkrywaniem stawiam na „lokalnie”, choć od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie „globalnie”.

Pewnego razu korespondując z Grześkiem Łuczko, zaczęliśmy snuć plany (a wyobraźnia nas poniosła), na totalnie odjechane eskapady biegowe. Mniejsza o długość i czas, liczy się trasa i jej przebieg. Na razie nie zdradzę, nic a nic, z naszych śmiałych planów. Pewne jest to, że zaczynamy się „organizować” i pod szyldem NBR on Tour w lutym udamy się na kolejną wycieczkę biegową, tym razem po Górach Sowich, o której niebawem napiszę więcej. Grzesiek jeszcze o tym nie wie, ale mam zamiar w tym roku wprowadzić jeden z naszych śmiałych pomysłów w życie.

Tymczasem, oświadczam, że rozpoczynam publikację serii wpisów traktujących o wypadach połączonych z różnymi formami aktywnego spędzania czasu (nie tylko bieganiem człowiek żyje). Opiszę w nich miejsca, formę aktywności, przedstawię lokalne ścieżki biegowe. Pierwsza cześć już niebawem, a w niej: Dlaczego bieganie poza sezonem bywa atrakcyjne? Czyli lajtowy trekking dookoła Przełomu Kwisy. Następnie, relacja z zeszłorocznego wypadu w Góry Kamienne i to jak trasa przerosła jej twórcę. Chwilę po tych wpisach kolejny: Kochanie zgubiłem buta w bagnie. Czyli BnO po torfowiskach Wzgórz Pszczółkowskich.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam do lektury, a także do udziału w kolejnych wycieczkach biegowych. Do zobaczenia gdzieś w środku lasu :) .


Jedziemy na wycieczkę! „Dookoła Przełomu Kwisy”.

W nowy rok wejdę… a raczej wbiegnę.

Wraz z Zuzanką, tradycyjnie weźmiemy udział w Noworocznym Marszobiegu Nie Jesteś Sam. Przebiegniemy umowny dystans 1 km, po czym rozgrzewając się gorącą herbatą, weźmiemy udział w niosącym wiele emocji losowaniu nagród. Równie tradycyjnie, Piotrkowa familia zgarnie najwięcej fantów. Jednak mniejsza o fanty, najważniejsza będzie dobra zabawa w doborowym towarzystwie i aktywne spędzenie pierwszego dnia nowego roku.

Od pewnego czasu korci mnie, aby Nowy Rok rozpocząć bardziej „treściwie”, wybrać się w estetycznie słuszne miejsce, zaliczyć odpowiednio długi dystans w ciekawym terenie, spotkać się przy tym z ludźmi, których zainteresowania biegowe wykraczają daleko poza pojęte ramy miejskiego truchtania.  Nieśmiało rzuciłem temat przy okazji komentarzy do ostatniego wpisu. Taka inicjatywa jest tematem, sama w sobie, na odrębny wpis, który właśnie powstaje. Mam cichą nadzieję, że wyniknie z tego ciekawa, niekoniecznie w kameralnym gronie, wycieczka biegowa.

Miejsce akcji: Przełom Kwisy
Dystans: około 30 km

Zbiórka: 9.01.2011, Gryfów Śl. dworzec PKS, godz. 7.30
Start: godz. 8.00

mapa Przełomu Kwisy

Przełom Kwisy - mapa poglądowa.

Trasa: Zaczyna się przy dworcu PKS i wiedzie żółtym szlakiem, aż do mostu nad Jeziorem Złotnickim, gdzie należy kierować się na wprost do miejscowości Lestkowa. Tam spotyka się ze szlakiem czerwonym i podąża nim do zapory, gdzie łączy się ze  szlakiem niebieskim, który prowadzi do OW Turów. Spod ośrodka wypoczynkowego kieruje się żółtymi znakami, obok ruin szubienicy i prowadzi do zamku Czocha. Następnie dalej, szlakiem niebieskim, aż do ruin zamku Rajsko. I dalej, do szlaku czerwonego, gdzie ponownie przechodzi przez zaporę. Stamtąd na zachód szlakiem żółtym w stronę Gryfowa Śląskiego.

Dodatkowo, jeśli czas pozwoli, jest możliwość zwiedzenia zamku Gryf.

Atrakcje: Zamek Czocha, o którym sporo informacji można znaleźć TUTAJ. Ruiny zamku Rajsko z  punktem widokowym znajdującym się na szczycie zamkowej wierzy, z którego to rozciąga się przepiękny widok na Przełom Kwisy. Więcej informacji o zamku TUTAJ. Zapory na jeziorach: Złotnickim i Leśnickim. Ruiny szubienicy. Opcjonalnie zamek Gryf.

Udział w wycieczce zgłosili: Janusz (Skiboy) i Mati – razem poniewieraliśmy się po Górach Wałbrzyskich i Kamiennych podczas ostatniej wycieczki biegowej oraz Piotrek – mój towarzysz na wędrówki po górach, treningi i śmiałe eskapady. Jeśli ktoś ma ochotę spalić trochę kalorii podziwiając przy tym piękne plenery Przełomu Kwisy, serdecznie zapraszamy :) !

EDIT (2.01.2011) :

Janusz (w sieci znany jako Skiboy), wybrał się do Gryfowa, w celu sprawdzenia, nijako na własnej skórze, jakości szlaków, zbadania grubości pokrywy śnieżnej, ect.
Oto jak podsumował dzisiejszy rekonesans:

Przeszedłem dzisiaj połowę trasy, z Gryfowa dookoła jeziora Złotnickiego. Pokrywa śniegu na trasie to ok.15 do 30 cm. Około 70 procent trasy nieprzetarte i niestety trzeba orać. Dzisiaj było ok.  -1,5 stopnia, pod warstwą śniegu, miejscami niezamarznięta woda. Na południowym brzegu jest grubsza pokrywa śniegu niż na północnej stronie, ale nawet tam gdzie nikt nie chodził, zwierzaczki wydeptały ścieżkę wokół jeziora przez co lepiej  toruje się szlak. Całość dzisiejszej traski zajęła mi 4 godziny bez zbytniego pośpiechu. Zdecydowanie wskazane obuwie trekkingowe i stuptuty, no chyba że masz Ice-Bugi.

Jak wynika z relacji Janusza, czeka nas więcej „orania” niż biegania. A obowiązkowym obuwiem będą wysokie buty trekkingowe, chyba że sprawdzą się prognozy synoptyków i nadejdzie przewidywana odwilż. Generalnie, należy nastawić się na wycieczkę stricto trekkingową niż biegową. Z butów trekkingowych zrezygnuję, moje zimowe Merrelle, świetnie sprawują się w głębokim śniegu i niskich temperaturach, ale marnie wypadają podczas konfrontacji z większą ilością wody.  Tak więc, buty I8 wspomagane lekkimi stuptutami będą tak samo „wodoodporne” co trekkingi Merrella, ale o niebo lżejsze.

Janusz, twierdzi, że pokonanie połowy trasy „bez zbytniego pośpiechu” zajęło mu 4 godziny. Czyli pokonanie całej trasy, uwzględniając zwiedzanie znajdujących się na planowanej drodze zamków oraz biorąc poprawkę na Januszowe tempo, które dla co niektórych może być mordercze, może nam zająć 8 – 10 godzin. Nieźle jak na trzydziestokilometrowy spacer.