Wszystkie wpisy dla: WYRYPY

Tak, jak kiedyś…

Nieprawdopodobnie długa pętla. Kilkanaście punktów kontrolnych zaznaczonych na mapie. Kilometry, dużo kilometrów i jeden cel: poniewierka do wyrzygu. W plecaku: żarcie, płyny, odkażacz wody (gdybym miał pić z brudnej kałuży), para skarpet, saszetka z plastrami, folia NRC, zapasowy buff, stary odtwarzacz mp3, a na nim playlista z najlepszymi kawałkami granymi w latach 90, zapalniczka (gdyby zachciało mi się biwakować przy ognisku). Start. Godzina dziewiętnasta coś tam, coś tam. Minus dziesięć, temperatura spada. Ruszam niespiesznie w noc. Odwykłem od biegania w pełnym ultrabiegackim rynsztunku. Czołówka ciąży. Plecak, pomimo pasków ściągniętych do granic możliwości, majta się na boki. Ciężko jakoś. No i ten wiatr. Zbiegam z asfaltu i wbijam się w las. Znikam w ciemnościach. Dwadzieścia kilka kilometrów od domu później. Przemęcki Park Krajobrazowy. Skraj lasu, piaszczysta wydma, łąka, kępa trzcin. Jestem cholernie zmęczony. Cztery i pół godziny napierania po największych krzaczorach, jakie może zaoferować okolica, skutecznie wysysa moc. Postanawiam rozpalić ognisko i rozgrzać przemarznięte kończyny. Kryję się za skarpą, kilka metrów poniżej granicy lasu. Znoszę gałęzie, szykuję legowisko z trzcin. Noc jest mroźna, a porywisty wiatr …

Góry Stołowe

Uprzejmie donoszę, że

Biegam, można powiedzieć nawet, że trenuję. Wyginam grzbiet i naciągam gruby brzucho. Nie oszczędzam się i systematycznie uprawiam wiejski crossfit. Pięć razy w tygodniu zaliczam półtoragodzinny trening. Walczę z leniem, bo lenia miewam wielkiego jak jasna cholera. Potem pracuję, buduję, urządzam, tworzę, a w wolnej chwili, okazuje się, że bloguję. Tak, powrót do pisania o biegowej pasji stał się faktem. No ale cóż to byłoby za pisanie bez napierania, bez startów, bez przygód? Czy mam jakieś plany? Jasne! Bo pozostało kilka biegowych marzeń do spełnienia, całkiem sporo imprez i tras do przebiegnięcia. Choć do biegania podchodzę na wielkim luzie, a do startów to już w ogóle z mega dystansem, bardzo marszobiegowo, bo z obecną formą nie mam co szaleć, to jednak pojawiło się kilka punktów do odhaczenia na startowej liście. Przyznam się, że pozapisywałem się, pozgłaszałem się jak szalony w ostatnim czasie. I tak, z wielką radością, pojawię się na Śnieżnych Konwaliach (już w najbliższy weekend – ha! zabrzmiało niczym z zapowiedzi tv), przebiegnę 15 km na trasie, organizowanego w Bukówcu Górnym, Biegu Sokoła (z …

Złapać drugi oddech – wędrówka naprawcza cz.2

Dzień 1 C.D. – Góry Wałbrzyskie Zbiegam w dół ku asfaltowej drodze biegnącej z Unisławia Śląskiego do Głuszycy, a może odwrotnie. Ta droga to granica oddzielająca Góry Suche od Wałbrzyskich. Wąska, ale ruchliwa. Pamiętam leśną drogę, którą właśnie biegnę. Już raz ją pokonywałem, tylko że w przeciwnym kierunku. To na niej, podczas pierwszej wycieczki organizowanej pod szyldem NBR on Tour, złapał mnie pierwszy z wielu mega kryzysów. Tym razem nie odczuwam żadnego dyskomfortu. Jest upalnie, ale chłodzi mnie delikatny powiew wiatru. Jestem sam i gnam przed siebie zupełnie bez ciśnienia. Z pokonywanym dystansem klaruje się zmącony spokój. Na szosie mijają mnie kierowcy prowadzący swoje piekarniki na kółkach, motocykliści, rowerzyści. Biegnący pod górę facet musi wzbudzać niemałą sensację. Pamiętam jak jeszcze byłem po ciemnej stronie mocy, biegacze niezmiennie mi imponowali. Wtedy nie byłem w stanie zmusić się do wysiłku, zaprowadzić dyscyplinę i regularnie trenować. Regularność – słowo klucz. Do dziś buntuję się przed realizacją wszelkich planów treningowych. Taka moja przekorna natura: z planem źle, bez planu jeszcze gorzej… Gubię szlak. Postanawiam pobiec na azymut. Zbiegam z …

Złapać drugi oddech – wędrówka naprawcza cz.1

Dzień 1 – Góry Suche Gdy ujrzałem wyłaniające się znad horyzontu Góry Wałbrzyskie, zatęskniłem za przygodą. Pojawiły się zapisane w pamięci obrazy setkowych zmagań, młodzieńczych tułaczek po okolicznych wzniesieniach, hardcorowej wyrypy, na którą wybrałem się z Grześkiem i Januszem. Zielone szczyty, wyraźnie dominujące nad okolicą i ścieżki prowadzące pomiędzy nimi, stały się nie lada pokusą. Cel obrany na dzisiejszą noc oddalał się, a ja toczyłem wewnętrzną walkę. Rozsądek vs „startowe uzależnienie”. Zmęczenie materiału vs wygórowane ambicje. Nieprzygotowanie vs zasada „NNNSNP”. Za dużo ciśnień, taki start to żaden fun. Odpadłem. Zagubiłem się. Zszedłem z obranej drogi, ze szlaku, którym podążałem. Jak łatwo ulec złudzeniu, że można góry przenosić i eksploatować organizm do granic możliwości, nie dając mu czasu na wytchnienie. Wszystkie nauki o właściwym treningu, o regeneracji, jakimś cudem zostały zapomniane – pędząc przed siebie, zgubiłem zdrowy rozsądek. Musiałem się pozbierać, naprawić. Potrzebowałem czasu na refleksję, na uporządkowanie myśli. Z jaką ulgą przyjąłem fakt, że „zaspałem”, a Sudecka Setka się właśnie odbywa. Zeszło ze mnie powietrze. Odzyskałem spokój, a góry jeszcze nigdy tak mnie nie wzywały …