STARTY, ULTRA
komentarze 3

DRnO Jesienne Trudy

sl3

Jesienne Trudy są moim debiutem. Nie, nie w tego typu imprezach, nie na trasie TP-50. To jest moja pierwsza samodzielna impreza z kompasem na, a mapą w ręku. Dawno tak się nie denerwowałem. W zasadzie przywykłem do przedstartowego dreszczyku, stres wieki temu poszedł w niepamięć, przez co ostatnie starty najczęściej „biorę na zimno”. Tym razem aż mnie skręca. Czuję się jak nastolatek przed swoim pierwszym razem.  Droga do bazy rajdu jest długa i męcząca. Schładzam się zimnym powiewem prosto z opuszczonych szyb, a podwatowane radio i nadająca  Strefę rokendrola wolną od angola Trójka ma mnie rozluźnić. Kiedy, na czterdzieści minut przed startem, wjeżdżam moim małym autkiem na teren ośrodka wypoczynkowego Woświn, gdzie znajduje się baza rajdu, niepokój ustaje. Jego miejsce zajmuje kalkulacja, skupienie i koncentracja, a mój mózg automatycznie nastraja się na wykonanie zadania.

W momencie, kiedy dostaję mapę do ręki, muszę uporać się z pierwszym dylematem: ustalić kolejność zaliczania PK, a że zazwyczaj punkty układają się w pętlę, wybrać kierunek ruchu. Od wschodu, czy zachodu, północy, czy południa? Kolejna rzecz to taktyka i dobór odpowiedniego wariantu: mniej oczywiste lub „trudniejsze” PK zdobywać, jako pierwsze, czy zostawić na koniec, kiedy przyciągnie mety będzie na tyle silne, że przyjdzie je zdobyć siłą rozpędu? Następny dylemat: postawić na dłuższe przeloty o optymalnej przebieżności, czy może wybrać krótsze, terenowe, które potrafią dać w kość, a będące „smaczkiem” PMnO.

Kiedy zostaje kilka minut do sygnału oznaczającego start, wybieram odpowiedni wariant prowadzący do pierwszego PK, kolejne ustalam już podczas biegu. Do zdobycia jest osiem punktów kontrolnych, skrzętnie ukrytych przez orgów na rozległym obszarze pomiędzy miejscowościami Choćwiel i Ińsko. Teren zróżnicowany, charakteryzujący się dużą liczbą mokradeł, polodowcowych jezior i ginących w ścianie chaszczy leśnych przecinek.

JT udaje mi się ukończyć na 4 miejscu po pokonaniu 56 km w czasie 6:52:00. Przy tym zbieram następne punkty doświadczenia, przeżywam kolejną przygodę i upcham dużą porcję wrażeń do wielkiego worka pozytywnych doznań…

A oto wnioski, które wyciągnąłem z bardzo pouczającej lekcji, jaką był niewątpliwie samodzielny start w Jesiennych Trudach:

Jeśli masz liczyć na kogoś, licz na siebie!
Konsekwentnie realizować cel, nie oglądając się na konkurencję. Wykonywać zamierzony wariant i nie liczyć na to, że zawodnik biegnący przede mną jest nawigacyjnym guru. Czasami jednak, może z lenistwa, może z braku wiary w swoje możliwości, albo bez powodu, nielogicznie, odchodzę od założeń nawet, gdy rozsądek i intuicja krzyczą NIE!

W tym wypadku przyklejam się do Irka i Janka. Nie kontroluję mapy, pilnuję tylko tempa i patrząc w plecy chłopaków, biegnę za nimi. Okazuje się, że wylatujemy w kosmos. Zamiast podbijać PK musimy dobiec do niego ponad trzy kilometry. Jestem zły na siebie.

Mocniejszy nie znaczy wygrany
W InO nad siłą mięsni ma przewagę nawigacja. Opanowanie umiejętności posługiwania się mapą i kompasem, ma kluczowe znaczenie, a słabszy kondycyjnie zawodnik może dorównać temu lepiej przygotowanemu fizycznie, szczególnie, gdy ten drugi dzięki niedostatecznym umiejętnością traci czas na poszukiwanie PK, dokłada kolejne kilometry do ogólnego dystansu albo traci siły na wariantach terenowych zaliczając chaszczowanie lub fundując sobie błotne kąpiele w mokradłach.

Bywa tak, że spotykam się, podczas podbijania PK, z konkurencją, która dawno temu zniknęła mi z zasięgu wzroku. Nie twierdzę, że jestem doskonałym nawigatorem, wręcz przeciwnie, posiadam małe doświadczenie i wiele braków. Wiem, natomiast, że umiejętność nawigowania, na co najmniej dobrym poziomie, oprócz podającej łydki może mieć duży wpływ na rezultat końcowy. Idąc tym tropem, zapewne dołożę kilka godzin treningu BnO ekstra do planu treningowego. Z naciskiem na treningi nocne.

Kiedy nie gra… mapa
Pozostaje zachować zimną krew, znaleźć optymalne rozwiązanie mogące wybawić z opresji oraz zaufać intuicji. Tak jest na przelocie pomiędzy PK9 a PK4. Droga, którą biegnę zamienia się w regularny, gęsto porośnięty las. Próba utrzymania kierunku i odnalezienia dalszej części drogi, nie przynosi pożądanego skutku. Okazuje się, że wbiegłem zbyt głęboko w las i zbyt daleko, aby powrót do punktu wyjścia miał sens. W tej sytuacji nie staram się odnaleźć równoległej drogi, biegnę na azymut do asfaltu. W biegu obliczam pobieżnie, że nie nadłożę zbyt dużo drogi, czyli manewr wydaje się być (jak się później okazało) słusznym.

 MAPA

Jesienne Trudy – Długodystansowy Rajd na Orientację.

Puchar Polski w Pieszych maratonach na Orientację. 

 

Komentarze: 3

  1. Oj, bo my uwielbiamy wylatywać w kosmos. Co by to był za fun bez chociaż jednej wycieczki kosmosoznawczej? :)

    Z własnych obserwacji doszedłem do wniosku, że jednak mocna łydka to podstawa – jeśli człowiek jest w stanie „bez bólu” zrobić te 60km po lesie, to ma zupełnie inne morale i wpadka nawigacyjna nie jest tak druzgocząca. Rok temu katastrofalne były dla mnie właśnie kryzysy kondycyjne połączone z lekkim zagubieniem.

    Co nie zmienia faktu, że chciałbym nauczyć się nawigować :P

  2. Kalyman :) ,

    lekcja nawigacji bywa dłuuuga i bolesna :) , ale to już wiesz. Zgadza się z mocną łydka można zwiększyć zasięg etc. Ale gdy gra idzie o różnice 20 – 30 minutowe, to każda, nawet najmniejsza wpadka ma wpływ na ostateczny rezultat :) . Moja opinia jest czysto subiektywna i odnosi się do moich doświadczeń.

    PS O tak, przydała by mi się konkretna lekcja nawigacji :) .

  3. Dziki says

    Że też wcześniej nie przeczytałem tego wpisu… Doszedłem ostatnio do identycznych wniosków na własnej obolałej skórze.
    Przynajmniej na przyszłość będę mądrzejszy o te nowe doświadczenia! ;]

Dodaj komentarz