TRENING, ULTRA
Zostaw komentarz

Dystans cz.2

Dystans jest ojcem bólu. Nieopisany, bez reguł. Nie ma wzoru: wzrost intensywności bólu nie jest wprost proporcjonalny do długości dystansu, nie jest też kwadratem szybkości biegu, ani iloczynem sumy długości oraz czasu trwania. Ból bywa. Dystans jest. 

Dystans jest bratem czasu. Niezależnie od jego długości, czas musi płynąć. Nie zatrzymasz go przyciskiem na stoperze, nie przyspieszysz, nie zwolnisz. Czas trwania jest względny. Względna jest percepcja – czas się wlecze lub mija w mgnieniu oka. 

Bezwzględne musi być dążenie do osiągnięcia celu. Do pokonania dystansu…  

Kiedy przybijałem piątkę z PK B, las zaczęła rozjaśniać pomarańczowa łuna. Nagle z mroku zaczęły wyłaniać się kształty, zarysy. Z każdą upływającą minutą, światło wydobywało więcej i więcej szczegółów. A im więcej szczegółów pojawiało się dookoła, tym bardziej odżywały, zmęczone ciemnością, oczy.

Chłonąłem las wszystkimi zmysłami. Pozwalałem sobie na wyskoki, to w lewo, to w prawo, aby przebiec obok małych wysepek, które wyraźnie wyróżniały się w leśnym świecie pionowych linii, biegnących od gruntu pokrytego ciepłą i miękką ściółką aż do zielonego dachu zasłaniającego niebo. Pokonywałem niewielkie wzniesienia porośnięte miękkim mchem, zbiegałem zakosami ze stromych skarp. Wprowadzałem zmieszanie, odciskając ślad buta pomiędzy setkami zwierzęcych tropów. I zagubiłem się wśród nienachalnej zieleni…

Tak było dziesięć kilometrów temu. Teraz las stał się tłem rozgrywającej się sceny: Biegnący człowiek. Nazwijmy go biegaczem. Nieznany dystans – przeciwnik do pokonania. Za biegaczem cztery dziesiątki urwane, odcięte niczym smocza głowa, która odrasta. Biegacz, stracił sprężystość kroku, sunie drobnym truchtem, pod górę, w stronę kolejnego PK. Na głowę Biegacza spadają kolejno: zmęczenie, niewyspanie, głód i zimno, poddając go próbie.

PK C. Niezidentyfikowany ciek wodny przecinający łąkę
Cholera, jak mi źle. Zatyka mnie i kłuje w piersi przy każdym głębokim oddechu. Zatkałem się batonem, a nie mam już wody, aby go popić. Zaraz się uduszę. Jakie to żałosne, głupie. Męczyć się przez łapczywie zjedzony kawałek ciastka. Nie mam wyboru, albo napiję się, albo uduszę. Dobiegam szybko do resztek śniegu pokrywającego suchą trawę, zgarniam dłonią, ugniatam w kulkę i wkładam do ust. Śnieżna bryłka szybko się rozpuszcza, przełykam wodę, na podniebieniu pozostaje smak ziemi.

Do kolejnego punktu kontrolnego dobiegam wyraźnie zmęczony. Pokonałem kawał drogi, jestem głodny i chce mi się pić. W głowie zaczyna świtać myśl, że może już czas odpuścić, wybiec do najbliższej drogi, zadzwonić po transport i wrócić do ciepłego domu, gdzie w lodówce chłodzą się orzeźwiające chmielowe izotoniki.

Bolą mnie stopy, a buty zrobiły się ciasne, to znak, że pojawiła się opuchlizna. Czyżby brak potasu? Odwodnienie? Przezornie napełniam bidony wodą ze strumienia, piję ile mogę mulistą ciecz, aby zabić smak żab, przegryzam batonem. Myśl o zakończeniu dzisiejszego treningu nie zaprząta już mojej zmęczonej mózgownicy. Ruszam. Nie biegnę, lecz idę. Oszczędzam siły, bo kiedy przedrę się przez wysokie i smukłe trawy, smagające bezlitośnie po twarzy, do skraju lasu, zostanie ich niewiele na bieg. Idę, a woda z roztopów zalewa mi buty.

PK D.  Polana
Nie boli, nie boli, nie boli… Bo w zasadzie to nie boli, czuję dyskomfort, a nie ból. Organizm eksponuje to, czym był raczony od późnych godzin nocnych. Zimno przenikło od stóp do szpiku kości piszczelowych. Napięte mięśnie drżą z wysiłku. Bolą plecy i spięte mięsnie brzucha. A głowa? Głowa jest lekka, a ja jestem lekko oszołomiony. Deficyt snu źle na mnie działa. W tygodniu nie wysypiam się, to i podczas takich eskapad jak ta, źle znoszę brak snu.

Natarczywa myśl o rezygnacji powraca. Głód, pragnienie i zmęczenie nie dają zapomnieć o ciepłym kocu, o miękkim łóżku i rodzinie czekającej w domu.

Do polany docieram truchtem. Staram się biec cały czas, jedynie w miejscach trudno przebieżnych przechodzę do marszu. Ten trening ma wypełnić pustkę, ma też przełamać lęk przed dystansem. Sprawdzić, na co mnie stać, kiedy na trasie nie ma konkurencji, a rywalizacja nie istnieje. Trudno tak biec na przekór sobie, kiedy nic, oprócz siły woli i chęci pokonania dystansu, nie pcha do przodu. Jestem narażony na inne pokusy, kiedy inne są cele niż czas i pozycja. Dziś zmagam się tylko z dystansem. Mam tylko jednego przeciwnika, a trudniej mi wygrać tę bitwę. Nawet ból pozostał poza mną i jeszcze nie doskwiera. W czym więc problem?

CDN

Dodaj komentarz