TRENING, ULTRA
komentarze 2

Dystans cz.1

Dystans to krwawy rzeźnik. Obdziera cię z resztek sił, jak wampir wysysa energię. Pożera powoli, a potem wymiotuje, na linii mety, twoimi na wpół strawionymi resztkami. To on sprawia, że balansujesz na skraju obłędu. Jednocześnie pragniesz zakończyć mękę i przeć do przodu. Odwieczny dylemat. Ciężka próba.

Dystans stawia cię przed lustrem. Zrywa z twej twarzy maskę. Spójrz! Czy widzisz siebie, bezbronnego wobec jego oblicza? Jedyną obroną jest atak, orężem – niezłomna wola.

Dystans to wijąca się pośród wzgórz, lasów i łąk, bestia. Rzuca się na ciebie i przytłacza swym ogromem. Aby wygrać, musisz ją usidlić, przejąć inicjatywę. Krok, za krokiem. Noga, przed nogą. Powoli, sukcesywnie zdobywasz przewagę. Bądź łowcą, połykaj kilometry. Spraw, niech się skurczy. Niech zmaleje. Bądź czujny, nawet ostatni kilometr może odgryźć ci głowę!

Spakować plecak, w kieszeń wiatrówki włożyć zmiętą mapę, na nadgarstek wsunąć kompas.

To będzie piękna niedziela. Ponoć słoneczna.

Cholerna latarka, zawsze musi szwankować, kiedy jest niezbędna. Otwieram zasobnik, podginam blaszki, poprawiam mocowanie baterii. Musi wytrzymać. Do świtu pozostały cztery i pół godziny.

Kiedy okazało się, że z powodów zawodowym nie mogę wziąć udziału w Śnieżnych Konwaliach ,wpadłem w złość. Cały misterny plan i masa przygotowań poszła na marne. Zależało mi na starcie, bo znajomi, bo świetna impreza, bo jestem wyposzczony i startów mi potrzeba. Gdy przełożony oznajmił mi, że sobota będzie pracowita, poczułem pustkę.

Zawiązuję, na drugi węzeł, sznurowadła. Poprawiam buffa, zakładam latarkę na głowę. Zerkam, jeszcze raz, kontrolnie na mapę. Spoglądam przez chwilę, w dół, na stopy. Wizualizuję czekającą mnie przygodę. Jeszcze moment, ostatnie spojrzenie w stronę uśpionego domu i ruszam przed siebie, w ciemną noc, wypełnić pustkę.

PK A. Winna Góra
Plan jest prosty: omijać drogi. I tego się trzymam. Biegnę na pamięć, bo to mój las i znam go jak własną kieszeń. Szybko przedzieram się przecinkami będącymi granicą kultur. Zmierzam w stronę najbliższego punktu kontrolnego, usytuowanego na szczycie Winnej Góry. Połykam dystans. Nogi same niosą. Jest moc. Jest wypłowiały wkurw i narastająca, z kilometra na kilometr, radość.

Bucham parą niczym stara lokomotywa. Wspinam się na zbocze, tutaj, gdzie kiedyś, przed wojną, była winnica. Oczami wyobraźni widzę eksplozję urodzaju, olbrzymie kiście słodkich winogron, pod którymi uginają się pnącza winorośli. Po winnicy nie pozostało nic, jedynie wzmianka na którejś z lokalnych stron internetowych. Przemijanie. Zapomnienie. Nicość.

Winna Góra, to moja katownia. Jej północne zbocze, ukształtowane przez lodowiec w pięciostopniowe gigantyczne schody, potrafi wycisnąć człowieka jak cytrynę. Wzdrygam się na myśl o niezliczonych podbiegach, o ostatnim robionym na miękkich nogach, o tym jak omdlały docieram ostatni raz na szczyt, zwalam się jak pień starego drzewa na ziemię i leżę, ciężko dysząc, spoglądając nieprzytomnie w niebo. A endorfiny, łapczywie, wypija piach.

PK B. Zamarznięte jezioro
Zmęczył mnie długi i nudny przelot prowadzący przez geometrycznie idealne powierzchnie leśne. Ordnung. Co jakiś czas mijam biały słupek z czarnym numerem. Miałem unikać dróg, ale jak to zrobić, kiedy taka jedna biegnie w tym samym kierunku? Nie muszę kontrolować mapy. Linia drogi ginie w oddali. Dookoła ciemność i nie ma na czym zawiesić oka. Takie chwile sprzyjają przemyśleniom. Myśli odpływają, wznoszą się ponad las.

Nie wiem ile tak biegłem, ale zmęczenie wyrwało mnie z letargu. Ktoś, ostrym nożem, odciął od symetrycznej siatki upraw spory kawałek, a w jego miejsce przykleił zmiętą kulę. Odżyłem. Zaczęło się: przedzieranie przez gęste zarośla, biczowanie, smaganie, chłostanie, wydrapywanie oczu, zdzieranie na żywca skóry z nóg. Same przyjemności biegu na azymut.

Z mapy wynika jasno, że za kilkanaście metrów trafię nad brzeg jeziora, a nim wzdłuż tafli wody dotrę do kolejnego PK. Jeszcze kilka kroków, obszernych ruchów ramion i trafię nad wodę. Gdzieś powinno być… Z ciemności wyłania się powierzchnia jeziora, zamarznięta na kość. Kilka dni siarczystego mrozu wystarczyło, aby skuć taflę jeziora grubą warstwą lodu. Mam stracha, ale wchodzę powoli, ślizgając się delikatnie przed siebie. Wychodzę poza pasmo trzcin i trafiam na jeszcze niezamarznięte przeręble. Skoro wędkarze śmiało chodzą po lodzie, to czemu ja nie miałbym zafundować sobie nietypowego przelotu?   

CDN

 

Komentarze: 2

  1. Na Śnieżnych też lecieliśmy przez jezioro, więc właściwie prawie jak byś tam był! (aczkolwiek cholernie żałuję, że Cię nie było…)

Dodaj komentarz