INNE
komentarze 4

Ewolucja biegacza – przypadek własny cz.1

Ewolucja to ciągły proces, polegający na stopniowych zmianach cech gatunkowych. Adaptacja do otaczającego środowiska – biegowego, rajdowego. Ewolucja to także progres wynikający z treningu. Przystosowanie do warunków panujących na trasach biegowych. Asymilacja. Startowa rutyna, brutalnie przerywana przez ciągłe podnoszenie poprzeczki, a także przez szeroki wybór imprez biegowych, które kuszą swoja różnorodnością. Ewolucja jest powolna i niezauważalna, niekiedy jednak następuje gwałtownie z sezonu na sezon. Powstaje z małej prymitywnej formy i rozrasta się do doskonałego, przystosowanego organizmu.
Niektóre organizmy trwają w stagnacji, uśpieniu, wydawać by się mogło, że nie poddają się mocy ewolucji. Inne natomiast, przechodzą burzliwe zmiany przechodząc z formy w formę. Mutują zmieniając specjalizację w zaskakująco szybkim tempie, tak jakby poszukiwały swojego miejsca, przystani, w której mogą się na moment zatrzymać, po to, aby za jakiś czas ruszyć w poszukiwaniu drogi, którą będą kroczyć ku doskonałości.

ZUPA PIERWOTNA
Pierwsze 20 km

To była kilka lat temu, po tym jak postanowiłem zrobić coś ze swoim życiem. Rozruszać zastałe kości, tknąć życie w zwiotczałe mięśnie. Aktywność była dla mnie obcą, zapomnianą dawno temu formą, kojarzącą się zazwyczaj z pracą fizyczną, czyli przymusem wynikłym z wykonania zleconej pracy. W międzyczasie, tęsknota za górami nasiliła się na tyle, że postanowiłem wraz z rodziną spędzić kilka dni w Karkonoszach. Tam właśnie, pierwszy raz spotkałem się z pojęciem Nornic Walking, a „patent” na łatwe i przyjemne, aktywne spędzanie czasu, sprzedała mi bardzo miła para naszych sąsiadów zza zachodniej granicy.

Tak, więc zacząłem uprawiać Nornic Walking w czasach, kiedy nie był to sport jedynie dla emerytów. Upatrzyłem sobie miejscówkę w obrębie, której mogłem nieskrępowanie oddawać się przyjemności spaceru z kijami nie narażając się na uszczypliwe komentarze wydobywające się z ust przechodniów. Wał przeciwpowodziowy wzdłuż Odry – odległa i cicha miejscówka. Tutaj zdobywałem pierwsze szlify, pracowałem nad techniką marszu, pokonywałem coraz większe odległości.

Codzienny ośmiokilometrowy marsz, był niemal jak ceremonia dokonywana każdego dnia na kilka godzin przed pracą. Po każdym powrocie – zimny prysznic, ale przed tym krótka notatka o pokonanym kilometrażu, czasie, pogodzie, nastroju – taki pierwszy dzienniczek treningowy.
W tym czasie dokonywały się we mnie zmiany, ubywało kilogramów, przybywało pewności siebie, nie opuszczał mnie doskonały nastrój i te uczucie świeżości i lekkości pojawiające się po każdym ze spacerów.

Pewnego dnia postanowiłem przejść niewiarygodnie długi dystans dwudziestu kilometrów. Technikę miałem opanowaną, ze spaceru na spacer czułem potrzebę zwiększania odległości. Przychodziło mi to tak łatwo. Osiem, dziesięć, dwanaście kilometrów. Zapragnąłem „złamać” duży okrągły dystans. Dwadzieścia kilometrów, jak ta cyfra wtedy brzmiała, niemal jak bym chciał dokonać czegoś nadludzkiego! Pojawiło się pierwsze wyzwanie. A ja byłem zdeterminowany.

ORGANIZMY JEDNOKOMÓRKOWE
Jestem biegaczem!

Maszerując codziennie po wale przeciwpowodziowym, mijałem, albo byłem wyprzedzany przez biegaczy. To byli ludzie z innego, nieznanego mi wcześniej wymiaru. Bardzo imponowała mi ich wytrzymałość, zdolność do pokonywania w biegu dużych odległości.
Jak ja chciałem tak biegać!

Nie byłbym sobą gdybym się spróbował. Podczas jednego ze spacerów pobiegłem. To było ciężkie doświadczenie, okupione potem, bólem i skurczem. Mimo niepowodzenia, myśl o tym, aby rozpocząć przygodę z bieganiem nie dawała mi spokoju. W sieci znalazłem plan treningowy autorstwa Jurka Skarżyskiego dla zupełnie zielonych. Chłonąłem jak gąbka wszelką wiedzę na temat biegania. Zaopatrzyłem się w odpowiednie obuwie, skromny dres, stoper i krokomierz, który odmierzał pokonaną odległość.

Systematycznie, cztery razy w tygodniu, wychodziłem na trening. Początki to bieg przeplatany marszem. Pięć minut truchtu, trzy minuty marszu, pięć minut truchtu, trzy minuty marszu… Z tygodnia na tydzień przerwy w marszu skracały się, a długość biegu wydłużała.
Potrafiłem jednorazowo biec trzydzieści minut, potem czterdzieści pięć. Ukoronowaniem planu treningowego był godzinny nieprzerwany bieg.

Było lato. Nie zapomnę tego dnia. Żar lał się z nieba, a ja biegłem z zaciśniętymi zębami przed siebie. Początek biegu był trudny, w myślach powtarzałem mantrę: dasz radę, dasz radę, dasz… W pewnym momencie ogarnęło mnie uczucie błogości, biegło mi się idealnie, miękko tak, tak jak bym płynął. Załapałem się na mój pierwszy flow!

CDN

Komentarze: 4

  1. Początki są zadziwiające. Co biegacz, to inna historia. W moim przypadku była to chęć oderwania się od komputera. Za dużo czasu przy nim siedziałem. No i udało się. Bieganie to dla mnie taki odpoczynek, spotkanie z naturą, oderwanie. Ech, długo by pisać.

  2. borman says

    Taka dygresja:
    Odłączenie od Matrixa.
    Za dużo czasu trwonimy na rzeczy nieważne. Wybieramy świat syntetyczny, nierealny. Życie w sieci kwitnie, tam jesteśmy doskonalsi… ale myślę, że jest to temat rzeka i można by było opuszki zetrzeć… Paradoksalnie, teraz też jestem online, uprawiam lans, czy tego chcę czy nie :) .

    Bieganie jest prawdziwe. Podczas startów nie udasz lepszego niż jesteś faktycznie. To nie przejdzie…

  3. Bardzo jestem ciekawa dalszego ciągu ewolucji. U mnie na razie rozwoj oscyluje między bardzo zaawansowaną zupą, a takim jeszcze nie do końca wykształconym organizmem jednokomórkowym, którym czasem bywam.

  4. borman says

    Sukcesem jest sam fakt zaistnienia. Przybrania formy aktywnej. A czy będziemy ewoluować i w jakim tempie, to już zależy od nas samych.
    :)

    Maj tuż, tuż. Janusz szykuje hardcorowa trasę po Czeskich Karkonoszach.
    Niebawem więcej informacji.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.