INNE
Zostaw komentarz

Gleba

Roztrzaskane kolano, zdarte do krwi dłonie i usta pełne ziemi. Chwilę przed upadkiem, długi lot. Potem głośne klapnięcie. Cichy jęk i głośne „o kurwa!”. Bolesna zmiana pozycji, szybka analiza sytuacji, raport strat. Podniesiona prawa dolna kończyna, zgięcie w kolanie – klik, klak. Działa! Podniesiona lewa kończyna – „o cholera, nie mam kolana”!

I kiedy leżałem tak na wilgotnej chłodnej ziemi, śmiałem się w głos. Jeszcze minutę temu pędziłem, jak wariat, zbiegając ze wzgórza wąską przecinką będącą granicą kultur. Łapczywie łapałem oddech. Goniłem cień. Liście buków szumiały na wietrze. Teraz leżałem w kałuży endorfin z wielkim jak arbuz kolanem. Pulsujący ból nie dawał powodu do śmiechu, a jednak. Kiedy rozpoczynałem trening, miałem wątpliwości, czy tego chcę, czy nadal chcę biegać? Wyszedłem z domu, bo skusiła mnie perspektywa obcowania z naturą, a trening? Trening był tylko jakimś tam dodatkiem. Był przy okazji. Z czasem i pokonywanymi kilometrami, nasyciłem się widokiem lasu, jednocześnie, poczułem przyjemność z biegu. Wysiłek dał mi absolutną radochę. Poczułem wolność. Powoli, stopniowo, gdzieś tam, kiełkowała we mnie potrzeba ruchu. Podbiegając pod Winną Górę, zdyszany jak jasna cholera, zaskoczyłem. Dotarło to do mnie. „Tak gruby gnomie, przyszedł czas ponakuriwać”. Stanąłem na szczycie. Podparłem się rękami o kolana i wygięty jak paragraf, rozglądałem się po okolicy. „Powroty bywają piękne” – pomyślałem prostując się. Kopnąłem lewą, kopnąłem prawą nogą, zagrzebując czubki butów w leśnej ściółce, szykując się do galopady.

Kilkadziesiąt metrów dalej, poniżej szczytu wzgórza, wyłożyłem się jak długi, lądując w stercie kamieni. Powroty bywają bolesne. I żałosne.

I kiedy leżałem tak na wilgotnej chłodnej ziemi, zrozumiałem. W każdym związku mogą pojawić się kryzysy, ale jeśli się kocha, to się walczy. Walczy. Mój kryzys dobiegł końca. Nie poddałem się. Wróciłem.

 

Dokusztykałem do strumienia. Usiadłem na jego brzegu. Ulepiłem błotną kulę i przyłożyłem ją do opuchniętego kolana. Zimny okład przyniósł ulgę. Czynności powtarzałem kilka razy, aż ból ustał. Myślę, że błotne okłady uchroniły mnie przed większymi kłopotami. Dziś, bez bólu poruszam nogą, zginam i prostuję kolano. Opuchlizna zeszła, pozostał mały siniak.

Kiedy piszę te słowa, z tęsknotą zerkam w kierunku, widocznego za oknem, ciemnego konturu lasu.

Nastała noc. Jutro wstanie nowy dzień. Skoro świt, wzuję buty i wyjdę na spacer. Może uda mi się pobiec.

Dodaj komentarz