GÓRY, STARTY, ULTRA
komentarzy 13

I GEMnO Rudawska Wyrypa – cz.2

fot. Asia Buczek

Już tak w życiu bywa, że wszystko, co piękne szybko się kończy. Równowaga musi być zachowana: po dobrym następuje złe, po zimnym przychodzi ciepłe, długie zastępuje krótkie, smutek – radość etc. Po szaleńczej gonitwie w dół do PK umieszczonego przy ruinach, ulatuje ze mnie powietrze. Dzięki adrenalinie wywołanej pojawiającym się za nami ogonem, z rozpędu docieram pod punkt. Wpadam w lekką panikę, przez co nie mogę zlokalizować tego cholernego lampionu. Tutaj na wysokości zadania staje Marcin. Na zimno analizuje mapkę dołączoną do opisu PK. Okazuje się, że jesteśmy nie przy tej powierzchni leśnej. Dwieście metrów dalej podbijamy karty.

I jest kryzys. Na dobre. Ledwo przebieram nogami. Staram się biec, ale trucht przeplatany marszem, to wszystko, na co mnie w tej chwili stać. Przed nami wieś. Marcin wychodzi z propozycją, że może znajdziemy sklep i podładujemy baterię dużą dawką coli. Przystaję na to. Pamiętam jak na Izerskiej kilka łyków coli przywróciło mnie do świata żywych.

Z tymi kryzysami u mnie jest tak, że szybko przychodzą i zazwyczaj szybko odchodzą. Fakt, że bywają te uporczywe, z którymi muszę walczyć przez godzinę i więcej, jednak po jakimś czasie ustępują. Kryzys pojawia się nagle. Jest moc – dwa kroki – jest odcięcie. Ten dzisiejszy wchodzi długo. Przed ostatecznym odpadnięciem pojawia się delikatne, krótkotrwałe preludium, jak wstrząsy wtórne przed trzęsieniem ziemi. Czuję się jakbym ciągnął za sobą wóz pełen węgla.

Konstruktor trasy zadbał o wszystko: odpowiednią trudność, słuszną deniwelację, atrakcyjność. Na naszej drodze pojawiają się, co rusz to nowe, ciekawe i warte zwiedzenia miejsca. Dobiegamy do Kolorowych Jeziorek. Wzbudzamy niemałą sensację, gdy szybko wspinamy się mijając tłumy turystów. Dochodzą do nas ciche komentarze: „jacy ubłoceni”, „skarbie popatrz, jacy dziwni”, „dokąd oni tak biegną, to jakieś zawody?”. Przyznam się do czegoś: pomimo tego, że czasami mają mnie za świra, ja czuję się jak bohater. Bywa, że czuję się lepszy od nich, ale bez arogancji – tak po prostu.

Mija kolejna godzina, a my niestrudzenie napieramy. Przed nami kamieniołom i usytuowany obok niego PK. Ale zanim dotrzemy do biało-czerwonego lampionu, musimy pokonać długie podejście. W bukłaku ubywa płynu, słońce grzeje niemiłosiernie, podejście daje w kość, a ja mimo wytężonego wysiłku odzyskuję siły. Kryzys nie wytrzymuje podejścia i zostaje gdzieś za mną, na zboczu. Z kroku na krok odzyskuję rytm, natomiast Maniek sprężystym krokiem wspina się tuż przede mną. Wracam do gry.

Podbijamy kolejne punkty, zaliczamy małą wpadziochę, która kosztuje nas kilkanaście minut straty. Zmęczenie robi swoje, nie potrafię znaleźć odpowiedniego odniesienia, punktu ataku, aby zlokalizować i zgarnąć PK. Maniek czesze okolice, obawia się, że zostawiliśmy PK za sobą. Teren jest średnio przebieżny w dodatku to zbocze. Schodzę powoli w dół i próbuję odnaleźć lampion. Nagle dostaję olśnienia. Przecież na mapce jest droga! Zaczyna się przy PK i ciągnie równolegle do tej, która biegnie po lewej stronie do kierunku marszu. Na świeżo dostrzegłbym ten szczegół od razu, ale kilka godzin na trasie męczy, w efekcie czego, w kryzysowej sytuacji, z trudem koncentruję się na mapie. Jest lampion i jest ulga.

Parkowa Góra, długi przelot, następny PK.  Marcin wyraźnie traci swoją sprężystość. Biegnie skupiony z zaciśniętymi ustami. Czyżby przeżywał kryzys? Następuje inwersja. Im bardziej Marcin słabnie, ja zyskuję na mocy. Myśl o jego kryzysie dodaje mi skrzydeł, tak jakbym karmił się jego chwilową słabością. Nie mogę pojąć tego stanu, biegniemy razem, nijako w jednym teamie, a mnie nakręca jego tymczasowa niedyspozycja. Dodatkowo, na horyzoncie pojawia się konkurencja. W głowie huczy syrena alarmowa, uruchamia się instrukcja: ścigać się, ścigać!

Z trudem opanowuję się, aby nie wyrwać do przodu. Biegniemy razem i razem dotrzemy do mety. Nie mam zamiaru zostawiać Marcina w tyle. Dopadamy niegdysiejszy ogon przy ostatnim punkcie, podbijamy kartę i puszczamy konkurenta przodem. Nie chcę już się ścigać, wiem, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty, przetrwaliśmy ostrą selekcję, która wyeliminowała niejednego mocnego zawodnika i teraz możemy na luzie pokonać ostatnie metry do mety.

Jakiś czas później spokojnie wbiegamy do bazy zawodów. Czuję zadowolenie i spełnienie. To był świetny bieg, świetne zawody i miałem prześwietne towarzystwo pod postacią Mańka. Jeśli miałbym kiedykolwiek startować w zawodach drużynowych, to chciałbym, aby w teamie był właśnie Marcin. Niezły z niego fighter, który łatwo nie odpuszcza. Cieszę się, że jego debiut przypadł na Rudawską Wyrypę, która okazała się imprezą niebanalną, zróżnicowaną i na tyle hardcorową, aby Maniek w pełni poczuł smak InO.

Komentarze: 13

  1. Dziki says

    Gratuluję wyniku!
    Borman powiedz mi, jak jest według Ciebie z kryzysami. Jak czytam relację osób biorących udział w rajdach, każdemu zdarza się kryzys i po pewnym czasie przechodzi.
    Z kolei u mnie wygląda to tak, że jak mnie dopadnie to już koniec, mięśnie odmawiają posłuszeństwa i nie jestem w stanie z tym nic zrobić. I taki stan „braku pary” utrzymuje się jeszcze od dnia do dwóch po zawodach.

  2. Fajne zdjęcie i relacja. „Następuje inwersja. Im bardziej Marcin słabnie, ja zyskuję na mocy.” – wydaje mi się, że to dość typowy stan. U mnie pojawiał się zawsze w górach (jeszcze w czasach, nazwijmy to, przedstartowych). Na zawodach często, o ile oczywiście mam towarzystwo, które w ogóle wymięka :). Kiedyś się zastanawiałam, z czego to wynika. Chyba uderza adrenalina, pojawia się poczucie odpowiedzialności za wynik, czasem za bezpieczeństwo i drugą osobę. A stąd tylko krok do pokonania własnego kryzysu. Działa zawsze i niezawodnie.
    Dziki, spróbuj na zawodach nigdy nie dopuścić do sytuacji, gdy skończy się glikogen, a nie masz żadnego węglowodana. Jak mówi popularne powiedzenie, tłuszcze (na których robimy długie zawody) spalają się w ogniu węglowodanów. Czyli powiedzmy po godzinie wysiłku zaczynamy już przyjmować stale małe porcje węgli (np. batonika jemy w 4-5 porcjach – nie naraz!). Spróbuj, może pomoże.

  3. borman says

    Dziki,
    mogę mówić jedynie za siebie, bo każdy z nas jest inny i w swój sposób radzi sobie z kryzysem.
    Na pojawienie się kryzysu i jego intensywność wpływa wiele czynników: od stanu wytrenowania, poprzez przygotowanie przedstartowe (np. pasta party, odpowiednie nawodnienie), reakcja organizmu na warunki atmosferyczne oraz to, o czym napisała Ula, czyli carboloading i nawodnienie organizmu podczas startu. Istotnym elementem jest też strategia i psycha.

    U mnie sprawa wygląda następująco, im jest cieplej, tym bardziej jestem podatny na kryzys. Szybko się odwadniam i równie szybko ucieka ze mnie moc. Natomiast, jeśli warunki są sprzyjające potrafię przebiec całą pięćdziesiątkę bez strat, tak jak było podczas Róży Wiatrów.

    Odpowiednie nastawienie. Dla mnie istotny element. Ile razy nie potrafiłem się pozbierać do kupy, pomimo odpowiedniego uzupełniania węglowodanów i płynów przegrywałem z sobą samym na kilka kilometrów przed metą. Nawet podczas największego zmęczenia wiem, że posiadam spore pokłady energii, ale mogę je wydobyć jedynie silną wolą lub jakimś pozytywem. Tak było podczas S100. Od 60 km walczyłem z kryzysem i nie potrafiłem zmusić się do biegu, wystarczyła muzyka z niezłym jebnięciem, aby poderwać mnie do lotu. Czasami jednak potrzebuję się nabuzować, rozpętać w sobie adrenalinowy wkurw. Wyglądam jak wariat warcząc i krzycząc, ale to działa.

    Przed zawodami często wizualizuję sobie ich przebieg, skupiam się na czekającym mnie wysiłku, nastrajam się pozytywnie. Nigdy nie dopuszczam do siebie myśli o porażce. Mam taką zasadę: nigdy się nie poddawaj. Fakt, ze może to obrócić się przeciwko mnie. Tak było podczas Katorżnika, kiedy skręciłem sobie nogę w kolanie i zamiast odpuścić, bo w końcu to poważna kontuzja, ja napieprzałem przed siebie nie zważając na ból. I tylko cudem nie zrobiłem sobie większej krzywdy. To głupie, dziś bym nie powtórzył tego… wybryku.

    Na początku mojej przygody z ultra (debiutowałem na dystansie 100km), w ogóle biegowej, też długo zbierałem się po zawodach. Jednak zmęczenie nie było przedłużeniem kryzysu, a raczej efektem olbrzymiego wysiłku. Do dziś muszę „odchorować” intensywny start. Jednak z czasem, rosnącą formą i zdobywanym doświadczeniem potrzebuję o wiele mniej czasu na regenerację.

    Myślę, że ważną rzeczą jest poznanie swojego organizmu i ograniczeń. Taka wiedza może uchronić Cię przed niepotrzebnym bólem…
    Nie jestem osobą kompetentną i nie powinienem udzielać rad, mogę jedynie podzielić się swoim małym, ale wciąż powiększającym się doświadczeniem i niektórymi spostrzeżeniami.

    „Kiedy już staniesz twarzą w twarz ze swymi ograniczeniami i zrozumiesz je, możesz z nimi współdziałać, aby one nie działały przeciwko tobie i nie wchodziły ci w drogę, a to właśnie robią, kiedy je zignorujesz, bez względu na to, czy uświadamiasz to sobie, czy nie. I wówczas okaże się, ze w wielu przypadkach twoje słabości mogą być twoją siłą.”
    Benjamin Hoff. Tao Kubusia Puchatka, Te Prosiaczka.

    Ula,
    dla mnie ta inwersja, o której mowa, to absolutne novum może, dlatego, że zazwyczaj startuję sam, no i po górach sam też łażę, a jeśli już z kimś, to jakimś harpaganem. W każdym razem ciekawe to doświadczenie było i nie powiem, czułem się dziwnie, mało komfortowo, z tym, że tak zareagowałem na kryzys kolegi. Zebrałem kolejne punkty doświadczenia.

  4. To właśnie o takich harpaganów chodzi! Moment, w którym oni wymiękają jest najlepszy, żeby samemu wziąć się w garść – bo ktoś musi. Jestem ciekawa, dlaczego czułeś dyskomfort. Domyślam się, że raczej nie była to radość czy satysfakcja, tylko właśnie taki impuls do działania? Jako doświadczenie nowe może to być deprymujące… ale gdy uświadomimy sobie, że ci mocni są tak naprawdę takimi samymi ludźmi jak my, to cholernie motywuje. Chociażby do tego, żeby w takim momencie przejąć sprawy w swoje ręce. Tak naprawdę patrzę na to pewnie trochę inaczej – zazwyczaj jestem słabym ogniwem każdego teamu.

  5. A ja tylko dodam to, co już pisałem u siebie i Bormanowi także powiedziałem prosto w twarz – mimo, że kiedy mnie złapał kryzys, to Broman przycisnął śrubę, nie mam mu tego za złe. Fakt faktem, że klnąłem pod nosem i chciałem pieprznąc go w łeb, żeby zwolnił. Ale dzięki temu, że tego nie zrobił zrobiliśmy to, co zrobiliśmy i po raz kolejny okazało się, że kryzysy rodzą się we łbie, a nie w nogach.

    I rzeczywiście jest coś takiego, że kryzys drugiego, nakręca pierwszego. Kiedy Borman miał problemy, kilka chwil po opuszczeniu Kolorowych Jeziorek, to ja poczułem się silniejszy, niż wcześniej. Faktycznie pojawiło się poczucie takiej jakiejś odpowiedzialności za partnera, za wynik, a także stan, którego wcześniej nie doświadczyłem, bo nigdy nie biegłem z kimś tyle czasu – wiedziałem i poczułem, że co by nie było, to Bormana nie zostawię. Razem wystartowaliśmy i razem dobiegniemy, choćby nie wiem co.

    Niby to tylko „głupie bieganie”, ale uczy więcej, niż można sobie wyobrazić.

  6. Dziki says

    Borman, Krolisek dzięki wielkie za odpowiedzi! ;)

    Coś mi to już rzutuje na mój problem, ale muszę jeszcze nabrać więcej doświadczenia z dłuższymi dystansami, bo jednak cały czas żółtodziub ze mnie.
    Myślę, że z czasem się wyjaśni dużo rzeczy i znajdę sposób na radzenie sobie z nimi.

    Co się tyczy startowania w parze mam wrażenie, że jednak dobrze jest, gdy obie osoby chociaż trochę trenowały ze sobą lub dobrze jedno zna drugie.Dzięki temu mają możliwość lepszego dopingowania się na trasie i pokonywania przeszkód.
    Do tej pory trzy razy na zawodach zdarzyło mi się, że byłem z kimś w parze i w sumie to sparowanie wynikało samo z siebie, ze względu na te same warianty nawigacyjne i tępo biegu/marszu. I tylko w jednym przypadku byłem ze znajomym. W dwóch pozostałych przypadkach tylko raz mi to wyszło na zdrowie, gdy byłem w parze z Magdą Gruziel mieliśmy podobne tępo, a przy okazji

    podszkoliłem się nawigacyjnie :)
    A ostatnio na Rudawskiej Wyrypie biegłem z Mikołajem, z którym miałem na początku podobne tępo, ale gość miał niesamowite przyśpieszenie na podbiegach i długo „ciągnął” biegiem pod górę. I mój błąd by trzymać się początkowych założeń i podejścia robić pieszo ,biegłem bo w sumie radę się dawało, do momentu kryzysu… I skończyłem na PK 14.

    Chociaż mam też wrażenie, że to, co piłem miało tu duże znaczenia. Najpierw do wody dodałem całe multum miodu, i taki „izotonik” zamiast gasić pragnienie tylko je potęgował, a woda z potoku, w którym uzupełniłem camelbak, ze względu na swój metaliczny posmak też nie zachęcała do gaszenia pragnienia ;P.
    Możliwe, że napój z nasion chia byłby tu, jakimś rozwiązaniem.
    Chociaż, jak już wspominałem w komentarzy pod pinole, że mam zamiar eksperymentować z roślinami występującymi w Polsce. Ostatnio napędziłem trzy piwa, z pokrzywy, łopianu i mniszka-łopianu. I z pokrzywą wiążę spore nadzieje, bo ma dużo składników mineralnych, a zrobione z niej piwo wprost fenomenalnie gasi pragnienie i w większych ilościach nie usypia, jak popularne piwo chmielone, a jak głoszą pewne legendy piwo jest naturalnym izotonikiem. Za tydzień robię sobie dłuższą wycieczkę biegową więc myślę, wypróbować owy specyfik.
    I jak coś poczęstować przy okazji wspólnych zawodów ;)

  7. Dziki says

    Przepis:
    – 80 czubków majowych pokrzyw
    – 10 litrów wody
    – 1,5 kg cukru brązowego.
    – drożdże (ja dawałem bayanusy)

    Pokrzywy gotować z wodą przez 15 minut, przecedzić i dodać cukru. Po ostygnięciu wywaru dodać drożdże.
    Poczekać 24 h, zebrać szumowiny i rozlać do butelek i szczelnie zamknąć (rozlałem do plastikowych butelek)
    Po dniu lub dwóch (zależnie od drożdży) piwo jest gotowe do picia. Dłuższe przechowywanie powoduje, że piwo robi się zbyt gazowane.

    U mnie wyszło tak, że nastawiłem całość w piątek wieczorem, a w niedzielę wieczorem miałem gotowe piwo.
    W smaku przypomina trochę lemoniadę.
    Łopianowe robi się identycznie (mniej cukru), ale dodatkowo dodaje się soku z cytryny, który ładnie zabija drożdżowy posmak i takie piwo jest bardziej orzeźwiające.
    Teraz na tygodniu mam zamiar spróbować zrobić piwo z pokrzyw i dodać cytryny.

    Jeśli chodzi o przepisu pochodzą z książki „Dzikie rośliny jadalne polski” autorstwa Łukasz Łuczaja.
    Co roku organizuje nawet warsztaty z „dzikiego gotowania” byłe i polecam ;)

    Z perspektywy czasu widzę jednak, że stare zainteresowania sztuką przetrwania można ładnie przeplatać z napieraniem :P
    Zawsze kogoś można zaskoczyć dziwnymi patentami :D

  8. Kojarzę Łukasza i jego warsztaty, książkę nawet miałam kiedyś w ręku. Też jestem fanką jedzenia dzikich roślin, wiem, że z pokrzywy można zrobić smaczny „szpinak”. Dobre są młode mlecze, szczawik zajęczy, dzika mięta i oregano i inne takie. Dzięki za przepis!

  9. A niedługo sezon na zbieranie kwiatu lipy! Na zimowe przemarznięcia – jak znalazł. Polecam. Przepraszam gospodarza za off-topic. ;)

  10. Dziki says

    Kiedyś byłem niemal maniakiem próbowania wszystkich rośli o, jakich dowiedziałem się, że były jadane w dawnych czasach.
    Dwa razy się źle skończyło, raz nawet pobytem w szpitalu.
    Więc teraz jestem ostrożniejszy z kosztowaniem nowych roślin. Niemniej dalej zdarza mi się eksperymentować z roślinami w zakresie ziołolecznictwa/kulinariów i okazuje się, że jest to tak rozbudowana dziedzina, że nawet, jakby się poświęciło życie tylko na zgłębianie tajników samych polskich roślin to nigdy nie pozna tego świata do końca. Dlatego wątpię, że mi się to kiedyś znudzi ;)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.