STARTY, ULTRA
Zostaw komentarz

I kiedy tak nie startuję…

…a chciałoby się ścigać, zmęczyć, sprawdzić, powalczyć, sponiewierać jak jasna cholera, to czuję, że łagodnieję. Ciśnienia związane z przygotowaniami do startu nie męczą. Urażona ambicja, po przekroczeniu linii mety – nie w tym czasie i nie na tej pozycji – nie boli. W ogóle czuję się jakiś taki uporządkowany, wyluzowany. Nie przygniata mnie ciężar treningu, nie czuję presji czasu, czy realizacji planu. Jest doskonale. Rzekłbym – zajebiście.

Jeszcze do niedawna nękałem się wizją straconego sezonu. W pocie czoła kombinowałem jak w pełni wykorzystać pozostały czas, żeby uratować każdy dzień, każdy trening. Jeszcze powalczyć, wyciągnąć ile się da z rozleniwionych mięśni. Marzenie o kolejnej życiówce nie opuszczało mojej głowy. Zawładnęło mną bez reszty. I wiecie co? Spasowałem. Odrzuciłem wszelkie myśli o rekordach i rywalizacji. Zerwałem przyklejony do drzwi lodówki, misternie przygotowywany, plan treningowy pod poznański maraton. Podarłem kartki z rozrysowanymi tabelkami na drobne skrawki i wrzuciłem do kosza z makulaturą. Dotarło do mnie to, że nie ma co wypruwać sobie flaków, jak się tego nie czuje? Skazywać się na stresujący wyścig z czasem. Dla samego faktu złamania czegoś tam, czy udowodnienia sobie i całemu światu, że nie jest źle, że daję radę i mam moc. To nie dla mnie. Nie w tej chwili.

Potem trafiłem w Rudawy Janowickie i z mapą w dłoni, w towarzystwie Wojtka, śmigałem nienasycony od PK do PK. To było ciekawe doświadczenie. Podglądać imprezę na orientację. Być wśród startujących, ale nie rywalizować z nimi. Zaliczyć tyle punktów, na ile przyjdzie ochota i pozwoli, cieniutka jak słomka, forma. I ta zieleń, mgła, deszcz, trudności na przelotach. Łapczywie chłonąłem każdą sekundę, kiedy na głowę spadały mi zimne krople deszczu, kiedy przedzierałem się przez nisko rosnącą buczynę, z zielonych liści spływała lodowata woda, a przemoczone ciuchy przeszywał wiatr. To była przygoda!

Tydzień później jako wolontariusz trafiłem na GWiNT Ultra Cross. Stanąłem na trasie, gdzie fotografowałem oraz kibicowałem. Dałem się ponieść emocjom. Przecież powinienem startować. Biec ile łydka pozwoli przez piękne zielone lasy. Żałowałem. Oj, jak ja bardzo żałowałem, że nie było mi dane wystartować. Ale z drugiej strony stanął rozsądek: „Maniek, nie świruj, nie masz formy, ledwo uporałeś się z choróbskami, a już byś chciał hardcorować. Wyluzuj facet, wyluzuj.” I kiedy tak stałem gdzieś w lesie, fotografowałem i zagadywałem zawodników, przybiegł Michał. Wtedy postanowiłem, że przyłączę się do niego i przebiegnę dziesięć kilometrów – odcinek pomiędzy punktami odżywczymi. I pobiegłem. To była najlepsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Czułem się fantastycznie biegnąc z zawieszonym na szyi aparatem i uparcie podskakującym plecakiem. Co jakiś czas przystając i uwieczniając biegnące, kolorowe postacie na tle zielonego lasu.

Kiedy znalazłem się w Nowym Tomyślu, za linią mety, głupi uśmiech szczęścia nie schodził mi z gęby. To było coś, to było spełnienie.

Dziś czuję potrzebę wystartowania w Sudeckiej Setce, do której mam wielki sentyment. Z wielką chęcią dam się sponiewierać. Chcę, aby trasa poprowadzona przez Masyw Trójgarbu, Chełmiec, czy piekielny podbieg pod Dzikowiec połknęła mnie i wypluła za linią mety zmasakrowanego i bez odrobiny mocy w mięśniach. Wystartuję, nie dla chęci zmierzenia się z trasą, pobicia nowego rekordu życiowego, czy spróbowania się z demonami siedzącymi w czaszce… Wystartuję, bo znowu chcę poczuć, że żyję!

Dodaj komentarz