STARTY, ULTRA
komentarze 2

IWW – łowca wrażeń i zdobywca doświadczeń

IWW

fot. Arek Jaskuła

NOWE DOŚWIADCZENIA

Start w imprezach biegowych przynosi ze sobą porcję wrażeń, w których z uwielbieniem zatapiam zęby. Adrenalina, dreszczyk emocji związany z odkrywaniem nowego, uzależniająca jak porcja endorfin, jak euforia ogarniająca zaraz po przekroczeniu linii mety. Znam kilku startomaniaków, którzy nigdy nie uczestniczą, rok po roku, w tych samych zawodach. Nigdy nie próbowałem dociec, czemu tak postępują, bo sam doświadczam tego uczucia, gdy wkraczam na nieznane dotąd tereny startowego świata.

Każdy nowy start, to kolejne „punkty” doświadczenia. Z imprezy na imprezę człowiek jest coraz bardziej obyty ze środowiskiem, z regułami rządzącymi podczas zawodów sportowych. To waśnie doświadczenie odróżnia startowego weterana od startowego żółtodzioba. Nie ma tutaj zastosowania forma, poziom wytrenowania, osiągnięte rezultaty. Doświadczenie kształtuje nas, a my bez niego jesteśmy jak dzieci idące pierwszy raz do szkoły: spłoszone, wystraszone i bezbronne.

Gimnastyczny sen

Dla mnie to nowość, nocleg na sali gimnastycznej. Twarda podłoga, miękka mata, ciepły śpiwór. Integracja i poczucie wspólnoty, pozytywne wibracje, przedstartowa atmosfera oraz możliwość poznania ciekawych osób, a także uczestniczenie w „startowym przedsięwzięciu” od początku do (prawie) samego końca, to niewątpliwie plusy koczowania na sali gimnastycznej.

Żeby być w miarę obiektywnym muszę przestrzec przed minusami takiego noclegu. Niewyspanie – odgłosy całonocnej krzątaniny mogą obudzić największego śpiocha. Znacie to rozchodzące się po sali gimnastycznej echo? Ta noc była długa i męcząca. Obudziłem się w dobrym nastroju, ale niewyspany, w dodatku sen na niewygodnej, twardej podłodze nie jest zbyt smaczny. Wiecie, jak sobie pościelisz… Dlatego na kolejny nocleg zaopatrzę się w wygodny dmuchany materac i – całkiem serio, serio – zatyczki do uszu.

IWW

Samodzielna nawigacja

O tak! Trening nawigacji przyniósł efekt. Sam nie wiem jak, ale zacząłem orientować się w terenie za pomocą mapy i kompasu. Potrafię się nie zgubić, ale jeśli już, to szybko odnaleźć. Zdobyte umiejętności przynoszą efekty podczas startów – nie biegłem za Grześkiem wpatrując się w mapę i próbując dociec „gdzie my to jesteśmy”. Podczas IWW nabrałem pewności siebie, na tyle żeby wystartować solo, nawigować samodzielnie i przekonać się jak to jest i czy dam radę ścigać się z konkurencją.

IWW była swoistym treningiem, każdy wariant musiał być bezbłędny, ewentualna wtopa analizowana na zimno, każda poprawka idealna. Biegając po Magicznym Lesie orientując się w znanym mi terenie, mając zapas czasu i biegnąc bez presji trafiam bezbłędnie do założonego PK. Dodatkowo „oprawa” jest inna. PK podczas treningów są „wirtualne”, oczywiste, obierane z mapy, tak abym wiedział, że dotarłem tam gdzie zamierzam. Nie jest to „drzewo w zagłębieniu terenu”, albo „polana, drzewo na NW”. Punkty nie są zaznaczone lampionami, nie posiadają perforatorów, nie ma rozsypanego konfetti. Nudy na pudy. Dlatego czekam z niecierpliwością do Jesiennych Trudów, z ochotą pobiegam po okolicznych krzakach.

Sztolnia – nie bierzemy jeńców

Rywalizacja to nieodłączny element imprez sportowych. Dzięki niej sprawdzamy swoje możliwości porównując się z konkurentami.  Pośrednio przyczynia się do tego, że chcemy być lepsi i jeszcze lepsi w tym, co robimy. A sprawdzenie swoich możliwości w walce z przeciwnikiem determinuje do większego wysiłku. Czym by były starty, gdyby nie możliwość konkurowania o pierwsze miejsce? Byłby kolejnym Przejściem…

Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Aby urozmaicić ściganie i nie dopuścić do monotonii mogącej pojawić podczas zdobywania kolejnych PK , umieścił na mapie Odcinki Specjalne oraz LOP – linię obowiązkowego przejścia.  Jedną z atrakcji było zdobycie PK znajdującego się we wnętrzu sztolni.

Do sztolni wchodzimy za czołówką i nie chodzi mi tutaj o latarkę, choć takową mam w użyciu. Robi się małe zamieszanie. Grupa nie może zlokalizować PK. Nagle Grzesiek dostrzega punkt w ciemności. Nie bierzemy jeńców. Podbijamy karty startowe i niepostrzeżenie, tłumiąc przy okazji światło latarki, wycofujemy się ze sztolni. Szybko wdrapujemy się po linie, wydostając się na powierzchnię. Wychodzimy na prowadzenie. Biegniemy LOPką do ostatniego PK Odcinka Specjalnego.

Kolejny punkt do doświadczenia. Mała strategia. Szybka kalkulacja sytuacji i skorzystanie z nadarzającej się okazji. Takie zabiegi to dla mnie nowość. Biegi uliczne, zwijanie asfaltu do którego jestem przyzwyczajony nie jest tak atrakcyjne. Cała taktyka polega na odpowiednim rozłożeniu sił i wybraniu momentu, w którym należy zacząć finisz – w wielkim skrócie.

fot. Arek Jaskuła

 

Rzecz o odwodnieniu i butelce coli 

Bywa tak, że pomimo zdobytego doświadczenia, popełniam ten sam błąd. Potem zaklinam się, że nigdy więcej i następnym razem nie dopuszczę do powtórzenia się niepożądanej sytuacji.

Podczas startu w Maratonie Gór Stołowych odwodniłem się, bo zamiast plecaka z bukłakiem zabrałem bidon. Płyny kończyły mi się nie dalej jak pół godziny po opuszczeniu bufetu. To był koszmar. Upał i odwodnienie.

Tym razem plecak z bukłakiem zabrałem i dobrze, bo żar lał się z nieba. Grzesiek nadmiernie perspirował, a pot kapał mu z końcówki nosa. Mi zwyczajowo zaczęło brakować pary i zacząłem ciągnąć się za Grześkiem, oglądając jego plecy. Na „półmetku” znajdował się bufet. Był gorący żurek, była i woda. Napoiłem się odpowiednio i ruszyłem dalej, zapominając napełnić pusty już bukłak. Skutki tego głupiego działania, a raczej braku jakiegokolwiek działania okazały się opłakane. Po wtopie nawigacyjnej przy kolejnym OeSie wysuszyłem się konkretnie. Coś, co przywróciło mnie do świata żywych to butelka coli. Paradoksalnie, coś złego – bo przecież ja nie przepadam za colą i uważam ją za paskudztwo – zrobiło tyle dobrego. Potem przekonałem się do coli i nawet skusiłem się na butelkę, czy dwie. Jednak nadal uważam ją za paskudztwo.

Afterparty, czyli górski chillout 

Doświadczam. Doświadczam siły, doświadczam wytrzymałości, doświadczam mocnej psychiki, doświadczam wszystkich korzyści płynących z treningu. Doświadczam startu, doświadczam postartowej atmosfery w bazie zawodów, doświadczam zmęczenia, doświadczam…

W krótkim podsumowaniu ze startu w IWW napisałem, że do tej pory normą było to, że po starcie byłem wykończony, obolały, niewyspany, głodny. Siły znajdowałem jedynie na prysznic, zapakowanie zwłok do samochodu i powrót do domu. Myślałem jedynie o domu, dobrym jedzeniu i regenerującym śnie do południa.

Tym razem po wyrype zaplanowaliśmy wycieczkę po czeskiej stronie Karkonoszy. Po dotarciu do mety, wymianie spostrzeżeń z trasy, prysznicu i ciepłym posiłku, spakowaliśmy się do mojego małego autka i wyruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby.  Już po zachodzie słońca dotarliśmy do schroniska Pod Łabskim Szczytem. Poczęstowaliśmy swoje organizmy odrobiną snu i skoro świt ruszyliśmy w dalszą wędrówkę.

IWW

fot. Arek Jaskuła

 

POSTARTOWY FLASHBACK 

Po każdym starcie dokładam kolejne tomy do biblioteki wspomnień, kilka z nich zebrałem w trakcie II edycji Ekstremalnego Rajdu na Orientację IWW – Izerska Wielka Wyrypa po to by móc w przyszłości po nie sięgnąć i przy cieple kominka wspominać, wspominać, wspominać…

 

Komentarze: 2

  1. Pingback: I GEMnO Rudawska Wyrypa – cz.2 | borman.pl

  2. Pingback: I GEMnO Rudawska Wyrypa – cz.2

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.