TRENING
Zostaw komentarz

Kilka faktów z życia biegowego #5

O jak bosko zaczynać wpis takim tytułem. Systematyczne treningi. Bieganie, kręcenie korbą i jak się okazuje – przy takiej aurze – nawet możliwe pływanie pomiędzy sosnami. Tak, tak. Niebo płacze od kilkudziesięciu godzin albo, bardziej hardcorowo, aniołki na nas sikają. Ale nie o tym ja chciałem…

Chciałem mianowicie o tym, że odzyskałem radość z biegu, załapałem chęć na poniewierkę, no i nawet pisać systematycznie chyba zacznę. Wiem, wiem, już kiedyś – chyba w marcu – o tym wspominałem. Tylko wtedy, zmuszałem się licząc na to, że załapię jak silnik w traktorze i jakoś dalej pójdzie. Płonne nadzieje. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle. Lecz teraz, od trzech tygodni, jestem w ciągu. I robię jak należy te wszystkie gieesy i gieery, no i biegam przede wszystkim. Pięć, sześć, razy w tygodniu udeptuję ścieżki Magicznego Lasu i jest mi z tym dobrze. Nawet widok innych biegaczy nie robi na mnie wrażenia. Przyznam się, że jestem cholernie zazdrosny o ten mój kawałek lasu. Wolałbym go mieć tylko dla siebie, na wyłączność, na wieki, cały, calusieńki. Jednak biegaczy jest jak mrówek i też chcieliby potruchtać po lesie – to zrozumiałe. Zostawiam więc zachodnią część lasu truchtaczom, fanom NW oraz rowerzystom, a sam zapuszczam się w dziką cześć porastającą nieodległe wzgórza. Tam odnajduję siebie. I jest mi tak cholernie błogo.

Wraz z powrotem do treningów rodzą się nowe plany, powstają pomysły, czy cele. Bieganie, dla samego biegania, z czasem zaczyna zalatywać rutyną i staje się nudne. W takich momentach poszukuje się nowych doznań, co wiąże się z wyzwaniami, podnoszeniem poprzeczki lub wpadają do głowy szalone pomysły na biegowe eskapady. W moim przypadku trzy tygodnie treningów to za mało, żeby myśleć o czymkolwiek poza powrotem do formy. I tego się trzymam, chcę osiągnąć przyzwoity, jak na siebie, poziom. Jaki? Powiedzmy, że chciałbym biegać piętnastaki, w pierwszym zakresie, w tempie 4:50/km. To mi wystarczy do szczęścia. To wystarczy, żeby bez przeszkód i ograniczeń, w miarę komfortowo, biegać po Pętelkach albo przez cały dzień przemierzać kilometry w pięknych okolicznościach przyrody. Oczywiście, powrót do formy nie będzie łatwy i trochę potrwa zanim będę śmigał niczym niestrudzony Raramuri po nieprzebytych wąwozach Miedzianego Kanionu. Ale jestem spokojny. Mam dużo czasu, nigdzie mi się nie spieszy, nie mam też konkretnego celu, a realizacja planu treningowego nie wywiera na mnie presji. Jest mi z tym dobrze.

Małe rzeczy które cieszą. Jedną z nich jest spadająca waga. Nie jest tajemnicą to, że zawyżam średnią i nawet delikatnie ją przekraczam. Podczas dwóch pierwszych tygodni treningowych waga utrzymywała się na stałym, niezmiennym, poziomie 86 kg, a w trzecim poleciała na łeb na szyję i zmalała o 3,5 kg. Taki postęp cieszy, zwłaszcza, że 82,5 kg Bormana to zdecydowanie za dużo jak na hardocorowe bieganie. Dlatego, póki nie zgubię jeszcze z 7 kg, nie zaszaleję, nie będę rzucał się z motyką na słońce. Mój organizm nie jest przyzwyczajony do dźwigania, podczas treningów, takiego ciężaru i doskonale pamięta jak było mu ciężko podczas IWW. Ja, doskonale pamiętam jak sapałem z wysiłku, jak rzucałem mięchem, jak biadoliłem: „O cholera, jak mi ciężko! Jaki jestem gruby! O masakra, cycki mi skaczą, a pośladki klaszczą!”. Dziś jest zdecydowanie lepiej. Coś tam jeszcze skacze, ale zmierza ku lepszemu.

Sprawność ogólna. To przerażające, jak szybko się zapuściłem. Moc uleciała w kosmos, a ja stałem się bezradnym gnomem. Pół roku! Wystarczyło pół roku, żeby zniweczyć kilka lat, niekiedy, bardzo ciężkiej pracy nad sobą. Fakt, fajnie było leniuchować. Objadać się bez skrupułów pysznościami albo żłopać piwsko w większych ilościach. Nadal uważam, że trening treningiem, ale dzień bez pączka jest dniem straconym. Jednak, wolę siebie nakurwiającego po krzakach, pełnego krzepy i bez zbędnego balastu wiszącego dookoła pasa. Dlatego mówię zdecydowanie „DOŚĆ!” i ruszam zad. Mam chęć się sponiewierać. Jestem zachłanny na duży kilometraż. I nic mnie nie powstrzyma! Hell yeah!

 

Dodaj komentarz