INNE, TRENING
komentarzy 5

Kilka faktów z życia biegowego #6… oraz blogowego

Blog
Usunąłem blogowy fanpage z fejsbuka. Usunąłem instagramowe konto wypełnione obrazkami. Czekałem aż wygaśnie domena. Potem zniknie blog. To miał być definitywny koniec. Zero pisania o bieganiu i tym podobnych. Natrętna myśl o powrocie do pisania miała zniknąć. Miałem odczuć ulgę. Niewyobrażalną.

Sam nie wiem, jak to się stało, że opłaciłem domenę na kolejny rok. Jestem masochistą, ale nie tak hardcorowym, żeby przez dwanaście miesięcy chlastać się wizją wielkich powrotów. Tym bardziej że nie mam mocy lansować bloga w social mediach. No i nie chcę być częścią biegowej papki blogowej.

Dziś podczas spaceru po lesie naszła mnie myśl, że skoro natrętne myśli będą mnie męczyć do następnego roku, to może jednak coś naskrobać? Eksperymentalnie. Wszak ostatni wpis, jaki dokonałem, przyniósł mi dużo radości. I właśnie dlatego piszę, ale duchu starych dobrych przedfejsbukowych czasów. Czasów, kiedy na blogi trafiało się w wynikach wyplutych przez wyszukiwarkę albo w podlinkowanych komentarzach. A to były fajne czasy: blog Grześka, blog Pawła, Blog Hani, Marszoblog… i jeszcze kilka innych.

Bieganie
Moje bieganie objawia się w nieregularnych wypadach do Magicznego Lasu, nad Barycz, po Wzgórzach Dalkowskich, czy nad Odrę. Kiedy biegam, muszę doznać tego cudownego jebnięcia krajobrazem po oczach. Bez tego się nie liczy. Ideałem jest, to kiedy każdy ze zmysłów zostanie zaspokojony. Zdarza się, że kilka razy w miesiącu „rzucam wszystko i jadę w… Sudety”. Truchtam niespiesznie po Rudawach, Fastpackuję po pasmach Kotliny Kłodzkiej. Wędruję po podgórzach, odkrywam wzgórza. Śpię pod wiatami, płachtą biwakową, pod świerkiem, czy w śpiworze, pod chmurką. Czasami rozpalę ognisko, czy poczytam w świetle latarki. Zjem niewiele, napiję się lodowatej wody z potoku. Zdziczeję.

Bieganiny, jaką uprawiam, nie można nazwać treningiem. Ot, po prostu, czasami rozruszam stare kości i zaaplikuję sobie sporą dawkę zakwasów. Wtedy wiem, że żyję. Ból bywa fajny, szczególnie w kontekście przypominania o życiu. A! I zdarza mi się użyć Polara do czegoś innego niż sprawdzanie godziny, czy dziennej aktywności.

Raz na jakiś czas pokręcę korbą. Dokręcę do leśnej siłowi albo do jakiejś klimatycznej miejscówki, którą chcę obiegać. Miks bicykla oraz biegania bardzo mi odpowiada. Uwielbiam, podczas biegu, to uczucie miękkich nóg i to jak szybko adaptuję się do nowej formy ruchu. Nie, żadnego triathlonu. Nic z tych rzeczy. Choć, kiedyś tam, dawno temu… Nie ważne.

Na zakończenie tego krótkiego wpisu przyznam się, że pojawił się pewien plan. Jakoś przed nowym rokiem zgadałem się z pewnym jegomościem, czy by nie wystartować w GWiNT na trasie 110 km. Wizja wspólnego zmagania się z trasą jest bardzo kusząca. Jednak wspomnienie ubiegłorocznej męczarni na trasie 100 mil nie napawa mnie optymizmem. Mam mieszane uczucia. No i nie wiem, czy forma pozwoli na takie wyzwanie. Na razie, niech się Ziemia toczy, czas mija, rany goją, a żądze budzą. Czas pokaże…

Komentarze: 5

    • borman says

      Witaj M!
      To ja dziękuję :) . Myślałem, że nikt tutaj nie zagląda, a statystyk nie prowadzę. Zrobiłeś mi dzień :) .

  1. Mzimu says

    Niektórzy zaglądają i mimo że nie komentują, z radością witają każdy kolejny tekst.

  2. Przemek says

    Zauwazyles, ze miejsce, w ktorym mieszkasz to Twoja najwieksza motywacja biegowa? Poza tym jak powiedzieli przedmowcy, ludzie lubia czytac takie rzeczy.
    Sorki za brak polskich znakow.

Dodaj komentarz