DIETA, INNE, STARTY, ULTRA
komentarzy 10

Lenistwo, Szaga i kłopoty z jedzeniem

O jak mi się nie chce! Tak, mi-się-nie-chce!
Od ponad trzech tygodni, z premedytacją, obijam się. Unikam każdej formy aktywności. Postanowiłem dać się ponieść słodkiemu lenistwu: bo upał, bo lato, bo wakacje i urlop. A dziś, dziś mam wyjść pierwszy raz po tych dwudziestu kilku dniach nicnieróbstwa na trening i jakoś tak mi się nie chce. Łatwo wpaść w sidła lenistwa, najchętniej przeciągnąłbym roztrenowanie aż do września, a potem rozpocząłbym plan treningowy (< 3h) pod wiosenny maraton.

foto. ze zbiorów organizatora

foto. ze zbiorów organizatora

Nie brakuje mi motywacji, motywuje mnie powiększająca się opona, po której klepię się z wyrzutami sumienia mrucząc pod nosem: spasłeś się chłopie, spasłeś. Motywują mnie poczynania koleżanek i kolegów napieraczy, no i mam niemały apetyt na kolejną życiówkę.

Jednak, skoro dysponuję sporym zasobem dobrych chęci, zapału, jestem wypoczęty (potwierdzałem to na facebookowym profilu bloga), to w czym rzecz? Skąd moje przeogromne lenistwo, z którym nie mam ochoty walczyć? Na te pytania poszukam odpowiedzi po dzisiejszym treningu. Kto wie, może to kwestia rozruszania zastałych kości i przyzwyczajenia mózgownicy do wysiłku? Wieczorem, wieczorem będę się katować trudnymi pytaniami.

Pomimo tego, że w ogóle nie trenuję nie przeszkodziło mi to wziąć udziału w Maratonie na Orientację Szaga, który był alternatywą dla startu na trasie K-B-L (100km) podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich na który to nie udało mi się dojechać. Szaga skończyła się dla mnie po pierwszej pętli, czyli na około 55 kilometrze. Nie ma się czym chwalić, bo to już drugi wycof podczas tej imprezy i oby to nie stało się tradycją. Co się stało, że odpuściłem?  Na to pytanie odpowiem, tak samo jak Mańkowi:

Zabrakło mi mocy. Na 30 km nie maiłem siły biec. Mięśnie cholernie bolały, bardzo bolały. Do tego nawigacja. Zapomniałem. Nie potrafię. Jestem słabiak. Nie podobało mi się. Głową byłem w Kotlinie Kłodzkiej, w górach. I jak tutaj się ścigać kiedy ja chcę w góry, góry, góry.
Początek pierwszej pętli to: brodzenie w wodzie, błocie, miliardy komarów, nawet fajnie. Od połowy: długie nudne przeloty, asfalt, polne drogi i sryliardy brzęczących bestii. Tutaj poległem. Psycha klękła. Byłem wściekły. Nie potrafiłem przekuć złości na motywację do działania. Frustracja rosła. A baza zawodów była daaaleko.

Nie będę się rozwodził (mam do dokończenia krótką relację z Szagi i nie mam ochoty jej kończyć), shit happens. W przyszłym roku się odkuję.

Czy wspominałem, że rośnie mi opona? Cholera, to straszne! Tak przypasowała mi wegańsko/wegetariańska dieta, że czasami nie potrafię się powstrzymać przed pochłanianiem dużych ilości wegańskich delicji. Ponoć to cudowna dieta, ale przy braku ruchu, nadmiar spożywanych węglowodanów (ach te pełnoziarniste naleśniki z czereśniową konfiturą, albo pieczone jabłka z gotowaną marchewką i megafantastyczny pudding z kaszy jaglanej!) sukcesywnie zamienia się okalający mój pas ponton. Sami widzicie, że nie mam wyjścia i pomimo zajebiaszczego lenia muszę wyjść na trening. No przecież przyjemności jedzenia sobie nie odmówię, nie wspominając o tym, że właśnie jestem na diecie.

Nic to, czas ruszyć zad póki nie obrośnie tłustym sadłem. A jak mi poszła walka z leniem, o tym już za dwa wpisy – mam nadzieję…

Komentarze: 10

  1. W końcu Borman wrócił na bloga! Dobrze będzie :) zobaczysz, że szybko nauczysz się „trenować”. Wycofem się nie przejmuj, to po prostu kolejne doświadczenie,oczywiście nie bez znaczenia. Wyciagnąć wnioski i ruszać dalej!!!

    Ja nie biegam ponad tydzień i wariuję :( :(

    Pozdrawiam :)

    • borman says

      Wycofem się nie przejmuję. Mogłem odpuścić start w Szadze. Wystartowałem na siłę i w zasadzie niepotrzebnie. Nic to, zrobiłem sobie mocny rozruch w środku roztrenowania :) .

  2. Dokładnie, tak jak pisze Dorota. Po takim leniu oczywiście, że się nie chce, ale po 3 km poczujesz zapach endorfin i przyśpieszysz. I będziesz chciał biec dalej, więcej, szybciej:)

    • borman says

      Po 3 km o mało się nie ugotowałem na parze. W magicznym Lesie było jak w saunie. Masakra. Szybko z niego wyskoczyłem na asfalt, gdzie wiał ciepły wiatr znad łąk… Zdecydowanie wolę zimę :) .

      • Ostatnio robiąc „kółka” na bieżni w sobotnim upale, stwierdziłem, że już nigdy nie powiem, że bieganie zimą jest ciężkie ;)

        • borman says

          Wiesz co mnie najbardziej wkurza w bieganiu podczas upałów? To, że pomimo sporej mocy nie potrafię wycisnąć z siebie tyle ile bym chciał. Absolutny demotywator :) .

          • Mam tak samo… dlatego w upały musiałem się przestawić na wstawanie o 5 i bieganie o 6, bo inne pory (nawet wieczorne) wykluczała temperatura…

          • borman says

            Godziny poranne są dla mnie nieosiągalne. O 6 jestem już w drodze do pracy :) .

            Zrobiłem zestawienie, statystykę z zeszłego tygodnia. Wyszło, że odcinki 15 kilometrowe, w pierwszym zakresie, biegam o 44 sekundy wolniej niż wiosną. To się nazywa upalny regres :) .

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.