STARTY, ULICA
komentarze 2

Maniacka 10 – z wiatrem i pod wiatr

Ochłonąłem. Od startu w Maniackiej Dziesiątce minęły dwa dni. Przyszedł, więc czas na spisanie wrażeń, na krótkie podsumowanie, zimną analizę. Powinienem ten wpis zacząć od słów: „jest radość”, bo udało mi się zrealizować przedstartowe założenia. Pobiegłem poniżej 43 minut, czas netto wyniósł 00:42:49. Nastąpiło spełnienie oczekiwań, spełnienie totalne.

Potrafię określić realne oczekiwania i je zrealizować. Ze startu na start przychodzi mi to coraz łatwiej. Kolejne starty, natomiast określają stopień wytrenowania. To jest taki drogowskaz na drodze samodoskonalenia, bo tak chyba mogę określić fakt trenowania i uczestniczenia w imprezach biegowych oraz chęci bycia coraz lepszym.

Mimo odczuwanej wielkiej dumny z siebie, chcę sobie utrzeć nosa. Przypomnieć, że mimo udanego debiutu na dystansie 10km popełniłem kilka błędów, na które teraz mogę przymknąć oko, ale które w przyszłości mogą okazać się niewybaczalne i zniweczyć kilkumiesięczny okres przygotowań. Nie chcę wyjść na osobnika nie czerpiącego zadowolenia z treningów i startów, katującego się ciągłymi wygórowanymi wymaganiami, podnoszącego zbyt wysoko poprzeczkę. O, nie! Właśnie z dbałości o dobre samopoczucie i radość (w przyszłości) uwzględnić muszę pewne niepożądane zachowania i zweryfikować, wyeliminować póki czas.

Za mocno!

Na linię startu dotarłem realizując „wspólną” rozgrzewkę (bardzo minimalistyczną) z Grześkiem. Obaj biegniemy w jednym teamie Natural Born Runners z goła odmiennymi założeniami. Grzesiek pragnie złamać 40, a ja 43 minuty. Generalnie, nie mam odniesienia, to mój debiut na takim dystansie, oprócz kilku testów, nie posiadłem większego doświadczenia w tak „krótkich” biegach.

Jest wystrzał! Wystartowaliśmy. Ustawiłem się w miarę blisko linii startu, ale nie tak, blisko, aby być przeszkodą dla biegnących szybciej. Ruszyłem wolno, przede mną tłum, z boku są ustawione barierki, nie ma jak uciec. Po przekroczeniu linii startu zrobił się prześwit, wybiegłem z lewej strony, tuż przy pachołkach. Staram się złapać właściwe tempo. Mimo tego, że przed startem czułem się ociężale, biegnie mi się lekko. Od ostatniego testu przytyłem ponad 5 kg tak wiec mam, co dźwigać. Ten chwilowy wzrost wagi spowodowały eksperymenty dietetyczne, które w konsekwencji dały odmienny efekt niż spodziewany.

Biegnę spokojnie. Nagle w tłumie, tuż przede mną dostrzegam koszulkę NBR, to Grzesiek. No i ponosi mnie. Przyspieszam. To te zdradliwe uczucie lekkości i myśl: będę trzymać się tuż za Grześkiem, ile to możliwe. Mijam pierwszy kilometr – 4:01/km. Tłum, a ja wraz z nim zbiegamy z górki nad Maltę. Widzę wciąż plecy Grześka. Zza chmur wyłania się słońce. Mijam drugi kilometr – 4:07/km. Zaczynam się gotować. Za mocne tempo i te słońce powodują to, że w ostatniej chwili włącza mi się bezpiecznik. Zwalniam do właściwego tempa. Konsekwencją tej niepotrzebnej szarży jest zbyt szybkie zmęczenie, problem z koncentracją i utrzymaniem właściwej szybkości biegu.

Podbieg!

Staram się odpocząć w biegu. Usilnie próbuję wskoczyć na wyższy poziom koncentracji. Słyszę za plecami głośne sapanie. Ktoś za mną właśnie się wypala i biegnie na rezerwie. Tracę kontakt z otoczeniem, za chwilę wracam, wyrywany brutalnie z stanu flow. Załapuję tępo. Biegnę, kontrolnie zerkając, co jakiś czas na wskazania Garmina. Jest dobrze, jest stała, jest wyrównany oddech, jest… podbieg!

Tego się nie spodziewałem. Gdzieś po drodze usłyszałem urywki rozmowy, której tematem był podbieg. Ale umknęło mi to na kolejnym kilometrze. Biorę górkę z rozpędu, mocno przebieram nogami, aby nie stracić „stałej”. Czuję, że po raz drugi się gotuję, że jestem „pod kreską”. Zabrakło mocy, którą nadmiernie wykorzystałem na pierwszych dwóch kilometrach. Chwilę po tym, gdy udało mi się opanować oddech, po kilkuset metrach, następny podbieg. Dłuższy, ale łagodniejszy. Obnażył zaniedbywane treningi siły biegowej.

Za szybko!

Okrążam Maltę. Wychodzę na „prostą”. Udaje mi się załapać i utrzymać „stałą”. Czuję metę – jeszcze niecałe cztery kilometry. Mentalnie szykuję się do przyspieszenia. W pewnym momencie orientuję się, że biegnie obok mnie Kuba, „poznany” tuż przed startem. Równamy i przez jakiś czas biegniemy ramię w ramię. Dobiegamy do siódmego kilometra i w tym momencie zaczynam przyspieszać. Nie jest to finisz, jeszcze nie.

Mijam tabliczkę: 8km, cztery minuty z hakiem kolejną z napisem: 9km. Zbieram się do finiszu. I nagle okaże się, że szybciej nie mogę biec! Zacząłem zbyt szybko i zabrakło mocy na końcówce. Widzę w oddali metę. Nadal próbuję wycisnąć z mięśni więcej mocy. Do ostatniego wysiłku motywuje mnie podświadomie widok tablicy wyświetlającej uciekający czas. Wyrywam do przodu tuż przed metą.

Podsumowywując: start w Maniackiej Dziesiątce uważam za bardzo udany. Poprawiłem swój wynik w biegu na 10km – osiągnięty podczas biegów testowych – o półtora minuty. Był także bardo pouczający. Mogłem poznać smak startu na takim dystansie oraz poznać wady w taktyce, którą dość nieudolnie obrałem. Odkryłem coś jeszcze: dał mi więcej satysfakcji niż najlepszy start w maratonie…

foto: Piotr Job

Komentarze: 2

  1. Kiedy po okresie biegu ramię w ramię ruszyłeś do przodu, chwilę się zastanawiałem, czy nie ruszyć za Tobą. Czułem jednak, że to jeszcze za wcześnie. Dziś wydaje mi się, że spokojnie mogłem to zrobić i jakoś bym dał radę, ale czy na pewno – tego nie wiem.

    W każdym razie gratuluję wyniku! Cieszę się, że mogliśmy się poznać :)

  2. borman says

    Kuba,

    Miło mi i dziękuję.
    Na Maniacką jechałem z przeświadczeniem, że nie zejdę poniżej 44 minut. Nie czułem mocy : ) . Okazało się jednak, że potrafię wycisnąć coś więcej. Teraz z perspektywy czasu, myślę, że gdyby nie błędy, o których pisałem we wpisie powyżej, mógłbym urwać jeszcze kilkanaście sekund. Mimo wszystko, jestem zadowolony :) !

    Myślę, że będzie jeszcze okazja i pościgamy się w niedalekiej przyszłości :) .

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.