GÓRY, WYRYPY
Zostaw komentarz

NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 1


Długa droga do celu, Pasterka, zimne Opaty i słońce daleko ponad chmurami.

Piątek przywitał nas deszczowo. Niebo pokrywały czarne chmury, z których bezlitośnie lała się woda. Nic nie pokrzyżuje nam planów. Co tam deszcz, kiedy przygoda tuż, tuż!

Tradycyjnie, spotykamy się z Grześkiem w Szlichtyngowej, szybko pakujemy szpej do mojego małego autka i ruszamy w stronę Wałbrzycha. Droga dłuży się niemiłosiernie. Warunki pogodowe nie pozwalają na szybką jazdę. Może i da się szybciej, ale nie jestem samobójcą. Nie uśmiecha mi się podróż ze średnią prędkością 70km/h, ale co zrobić? Jezdnia tonie w wodzie, a widoczność jest poniżej średniej.

Po czterech godzinach, spóźnieni, docieramy do schroniska Pasterka. Szybkie przygotowanie do drogi, ostatni przegląd klamotów i ruszamy… ruszamy w stronę schroniska skosztować tak polecanego przez Monikę Opata. Piwko okazuje się całkiem pyszne – czereśniowe. Nie jest to typowe przesłodzone piwo w stylu Gingersa, a raczej dobre, porządnie chmielone piwo o aromacie czereśniowym bez grama zbędnego cukru.

Gdy degustacja piwa dobiega ku końcowi, zaczynam szykować się mentalnie na to, co czeka nas po przekroczeniu drzwi Pasterki. Niebo pokrywają kłębiaste, ołowiane chmury. Deszcz siąpi wesoło, nic nie robiąc sobie z trzech wędrowców, którzy przepełnieni radością podążają w stronę gór. Dla mnie słońce świeci całą swoją mocą, świeci tuż nad chmurami.

Broumovské stěny, strugi deszczu, ułańska fantazja Bormana i zmiana planu.

Jeszcze w schronisku ustaliliśmy, że trasą Maratonu Gór Stołowych dotrzemy do rezerwatu Broumovské stěny. Po trzech, czterech kilometrach marszu docieramy do pierwszych skał. Po drodze Przystajemy, kryjąc się pod wiatą, na mały przepak. Pozbywam się płaszcza przeciwdeszczowego – „foliaka” i spodni, które całkowicie przemoczone przylepiają się do nóg utrudniając marsz. Mati odpina ze spodni nogawki i razem idziemy na „krótko”.

Dwa tygodnie wcześniej biegłem tędy, wypacając dwudzieste poty, marząc o basenie wypełnionym chłodną wodą. Było gorąco, duszno i sucho. Dziś doświadczam nowego na już raz przebytym szlaku. Góry wyglądają niesamowicie. Majestatycznie. Mrocznie. Baśniowo. Mokre skały osnute mgłą. Klimat niczym z innego świata, świata czarów i magii. Ma się wrażenie, że zza skał wyłoni się galopujący na koniu jeździec, przyodziany w skórę i zbroję. Zdecydowanie wolę Góry Stołowe przyprawione takim klimatem.

Podziwiamy otaczające nas piękno. Próbuję fotografować. Warunki nie są sprzyjające, jest ciemno i mokro. Soczewka w moim starym wysłużonym cyfraku jest zaparowana, wycieram ją kawałkiem chusteczki, po czym szybko fotografuję. Brak dostatecznego oświetlenia ekspozycji. Staram się jak mogę, aby zastąpić statyw, opierając rękę na skale, drzewie, czymkolwiek. Jak się później okaże, efekt moich starań będzie nad wyraz zadowalający.

Schodzimy z trasy maratonu, kierując się w stronę miejscowości Suchý Důl. Zatrzymujemy się przy parkingu aby zerknąć na mapę. Nie mamy z góry wytyczonej trasy. W tym wypadku był tylko zarys, teren zamknięty w ramy G. Stołowych, Orlickich i Bystrzyckich, po którym będziemy się poruszać, a trasa powstawać będzie spontanicznie. Tym razem jednak przesadziłem. Poniosła mnie wyobraźnia. Z pozycji wygodnego fotela (powiedzenie z kanapą w roli głównej jest zbyt eksploatowane), założenie, że pokonamy około 100km w ciągu dwóch dni wydawało się bardzo realne. Rzeczywistość okazała się z goła odmienna. Góry Orlickie są bardzo odległe jak na wędrówkę w tak niesprzyjających warunkach, które panowały… brutalnie. Po naradzie ustalamy, że odpuszczamy nocleg „gdzieś w górach”, a wędrówkę w stronę Gór Orlickich zamienimy na zwiedzanie Błędnych Skał i Szczelińca Wielkiego. Godzinę później, przy granicy, decydujemy, że będziemy nocować w Pasterce.

Zimna skała, ciepły oddech, mokry szlak i sucha noc.

Docieramy do Błędnych Skał. Załapujemy się na darmowe zwiedzanie. Deszcz, pogoda barowa, kasa zamknięta. Zwiedzamy. Błędne Skały robią wrażenie. Forma, surowość mokrej, zimnej skały. Jest zimno i wilgotno. Nasze parujące oddechy komponują się harmonijnie z otoczeniem. Fotografuję. Mam problem z zamoczoną soczewką, nijak nie mogę jej osuszyć. Aktualnie nie posiadam nic suchego, oprócz zawiniętych w worki foliowe legginsów i bluzy. Nic to, fotki będą wiarygodne, w końcu jest tyle wody dookoła.

Szlak, którym nie tak dawno temu biegłem w pełnym słońcu, zamienił się w regularny potok. Męczy mnie ciągłe omijanie nurtu, niebezpieczne balansowanie na kamieniach. Wchodzę do zimnej wody, przecież i tak mam przemoczone buty. Dam odpocząć nogom, po płaskim idzie się wygodniej, a że w wodzie do kostek – trudno…

Znajdujemy się u podnóża Szczelińca Wielkiego. Jeszcze chwila i dotrzemy do schodów prowadzących na szczyt. Bardzo chciałem pokazać Grześkowi te schody. Finisz MGS, który dobijał wyczerpanych biegaczy. Spotykamy turystów! Stoją pod schodami i zastanawiają się czy wchodzić na górę. Wymijamy grupkę i zaczynamy wbiegać. Grzesiek nie trenuje już czwarty miesiąc, a mimo tego sprawnie pokonuje kolejne schody. Ledwo za nim nadążam. Dopadam go na szczycie, sapiąc i dysząc ze zmęczenia. To mi uzmysławia, jaka przepaść nas dzieli – lata treningów i startów.

Dołącza do nas Mati. Liczył schody, naliczył ich ponad siedemset. Trochę się chłopak przeliczył, o jakąś setkę.

Kolejny raz załapujemy się na gratisowe zwiedzanie. Przemykamy pomiędzy skałami, schodzimy wąskimi schodami wykutymi w skale. Docieramy do dna Piekła.

Dzień kończymy rozgrzewając się miętowym specyfikiem od pana Palikota, siedząc na grześkowym łóżku, w przytulnym pokoju, na pierwszym piętrze schroniska Pasterka. Po całym dniu intensywnego namaczania, suche i ciepłe łóżko to bardzo pozytywne ukoronowanie dnia. Brzuch napełniony pyszną kolacją, miętowy specyfik i masa emocji… Zasypiam.

CDN

Góry Stołowe wg kuerti w serwisie Garmin Connect – Szczegóły.

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.