GÓRY, WYRYPY
Zostaw komentarz

NBR on Tour – G. Stołowe i Orlickie, dzień 2

bunkier

fot. Mati

Poranek nadziei, długie rozmowy o wszystkim, Orlica i linia Maginota.

Schronisko Pasterka. Godzina 5:00. Ze snu wyrywa mnie sygnał budzika. Wstajemy niemal równocześnie. Wynosimy się po cichu z pokoju. Szybka toaleta, ubieranie na korytarzu, ostatni przepak przed drogą. Chwilę po tym stoję przed schroniskiem i patrzę z niedowierzaniem. Nie pada, a na horyzoncie odbywa się wspaniały spektakl: wschód słońca. Jest pięknie! Na wschodzie się przeciera, na zachodzie po niebie suną kłębiaste chmury. Jest szansa na słoneczny dzień.

Parkujemy nieopodal wejścia na szlak. Z parkingu rozciąga się rozległy widok na Góry Stołowe i Sowie. Humory dopisują. Jest zimno i wieje jak cholera. Wilgotna odzież wzmaga uczucie zimna. Zostawiamy samochód za sobą i wchodzimy w las. Szlak jest błotnisty i spływa nim strużka wody. Jest tak szaro i ponuro. Powoli zbliżamy się do grani. Grań ginie w chmurach. Zanurzymy się we mgle. Cieszę się, że nie pada.

Zazwyczaj przy tych naszych wyrypach pada dużo słów. Zdania ciągną się za nami niewidzialną smugą. Rozmawiamy dużo, o wszystkim i o niczym. Mati to milczek, rasowy introwertyk, za to Grzesiek, Grzesiek jest idealnym kompanem, tak samo do wędrówki jak i do rozmowy. Dobry z niego mówca, cierpliwy słuchacz. Zwłaszcza to drugie w nim podziwiam, przy moim gadulstwie, zachować taki spokój.

Gdzieś tutaj powinny być! Bunkry – potencjalne miejsce na nocleg. Z tym noclegiem to było tak: Wymyśliłem sobie, że prześpimy się gdzieś w górach. Zazwyczaj, gdy nie ma schroniska w pobliżu, śpi się w wiatach lub różnej maści schronach górskich. Górska, można powiedzieć, noclegowa rzeczywistość. Ale co zrobić, gdy mapa nie wskazuje gdzie na szlaku znajduje się wiata? Można wydedukować, że najczęściej bywają budowane przy skrzyżowaniach szlaków. Ale to nie jest normą. W naszym przypadku, mapa określała jasno gdzie rozpoczyna się linia umocnień i w którym kierunku ciągnie. Noc w bunkrze, ciekawa alternatywa dla „górskiej rzeczywistości noclegowej”.

Jakiś czas temu zeszliśmy z Orlicy, niezbyt imponujący wierzchołek. Ot, taki zarośnięty szczyt z tabliczką informacyjną wbitą w odpowiednim miejscu. Teraz idę rozglądając się na lewo i prawo. W dół prowadzi asfaltowa droga. Jest! Jest bunkier. Zaraz się okaże, co nas ominęło. Wyobrażam sobie wilgotne i zdewastowane wnętrze. Jak miło minie zaskoczyło to, co zobaczyłem. We wnętrzu jest sucho i względnie czysto. Jest ciasno, bunkier był, chyba, przewidziany na dwuosobową obsadę, jednak można by było się wyspać i w trójkę.  Na ścianach i stropie ponabijane są deski, resztki szalunków. Potem, już w domu, doczytałem, że linia umocnień nigdy nie była użyta. Ironia losu. Historia potoczyła się inaczej, niż przewidywali to Czesi.

 

termometr

fot. Mati


Jedyni turboturyści w okolicy, czeskie smaki, szybki powrót i granica w słońcu.

Mija kolejna godzina naszej wędrówki, zbliżamy się do miejscowości Deštné v Orlických horách. Wyglądamy jak uciekinierzy – ubłoceni, przemoczeni, niosący cały swój dobytek na plecach.  Uciekinier – nie mija się to z prawdą, jestem uciekinierem, uciekam od cywilizacji, od głupich spraw, głupich ludzi. Moje pojęcie uciekiniera jest na stałe połączone z pojęciem odkrywcy. Uciekam od cywilizacji, zagłębiam się w otaczającą mnie naturę odkrywając – dla mnie – nowe, dzikie miejsca. Doświadczam wiatru, palących promieni słońca, deszczu, nocy. Za każdym razem chcę więcej i więcej.  Nigdy nie mam dość!

Docieramy do schroniska, zamawiamy knedliki. Odpoczywamy racząc podniebienia nowym nieznanym smakiem potrawy. Knedlik jest przepyszny, w smaku i konsystencji, coś jak bułka na parze. Do niego wołowina i sos śmietanowy o aromacie cytrynowym. Obok wołowiny, słodki akcent, powidła żurawinowe, skrawek bitej śmietany i dopełniający kompozycję plasterek cytryny. Pisałem coś o odkrywaniu?

Prowadzeni słupkami granicznymi, maszerujemy w stronę parkingu. Chmury rozwiał wiatr, ukazając błękitne niebo. Słońce podkręciło nasycenie barw. Czuję się spełniony. Wypędziłem diabla, teraz spokojnie mogę wrócić do domu. Mijamy Orlicę. Wracamy po swoich śladach do auta. Po drodze opowiadam Grześkowi, w jaki sposób zacząłem swoją przygodę z bieganiem, jak wyglądały moje pierwsze treningi. Życie płata nam figle. Przebyłem długą drogę, od nihilisty nurzającego się w dekadencji, aż do.. właśnie, kim jestem?

 

szlak

fot. Mati


Prawdziwy chillout, Zamek Książ, chleb ze smalcem i tęsknota za górskim szlakiem.

Wracamy. Przejeżdżamy przez Duszniki-Zdrój, mijamy drogę prowadzącą w kierunku Błędnych Skał, jadąc przyglądamy się, jeszcze wczoraj oblewanemu strugami deszczu, Szczelińcowi. Prowadzeni przez Drogę Stu Zakrętów zjeżdżamy w stronę Radkowa. Jakiś czas potem, pokazuję Grześkowi wąskie uliczki Nowej Rudy.

Świebodzice. Zatrzymujemy się nieopodal wejścia na teren Książańskiego Parku Krajobrazowego. Kuszeni sprzedawanym grubym pajdom żytniego chleba, posmarowanym pysznym smalcem, dopełniając wyprawę, postanowiliśmy przespacerować się dookoła Zamku Książ. Wyszło ździebko inaczej niż zaplanowaliśmy. Deszczowa aura przepędziła wszystkich sprzedawców tak, że z chleba nici. Zwiedziliśmy dziedziniec zamku, jego okolicę. Podziwialiśmy zamek z daleka, patrząc na niego z punktu widokowego. Nasza wycieczka powoli dobiegała końcowi. Wracaliśmy do zaparkowanego auta, ze śpiącym w środku Matim.

Zawsze tak mam, że gdy zjeżdżam z gór, ogarnia mnie smutek. Żal, że to już koniec, że trzeba się pożegnać. Oczy bolą, gdy widzę doliny. Aby odzyskać równowagę planuję kolejny wypad. To taka gra: było pięknie, ale może być jeszcze piękniej! To pomaga. Czasami zastanawiam się, jak by to było, gdybym mieszkał gdzieś w górach. Lepiej skończę już ten wpis. Siedzę przed komputerem, za oknem prosta linia horyzontu, w oddali las, za lasem…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.