INNE
Zostaw komentarz

Nie przyjechałem się tutaj ścigać…

Ja, przyjechałem się kochać. Tak. Kochać.

Znam swoje miejsce w szeregu, swoje możliwości. Mogę przycisnąć, żyłować, spalać się i napieprzać jak dzik, ale po co? Żeby się sprawdzić? Już to robiłem i wiem na co mnie stać. Żeby gonić uciekający czas i urwać cenne sekundy z rekordu życiowego w maratonie? Cholera, to fajne, ale kiedy powtarza się zbyt często, to cuchnie rutyną. Żeby utrzymać kondycję? Robię to codziennie, biegając, kręcąc korbą, czy przekopując grządki. Ale o co chodzi? Chodzi o nieściganie i brak rywalizacji. Nie czuję tego, nie teraz. Teraz chcę, bez presji, oddawać się pasji.

I pasja. Jest bieganie, ale też są inne rzeczy, które wciągają mnie bez reszty. Jest ogród i droga ku niezależności, jest marzenie o stolarni – ciągle w realizacji. Mam tysiące planów i tyle samo nowych pomysłów. Jak to bywa w życiu, trudno je wszystkie ze sobą pogodzić. Kiedy tak myślę o tym, czego pragnę, dochodzę do wniosku, że bieganie to nie wszystko. Napisałem kiedyś, że „pasja to ja, to coś, co mnie określa”. I tego się trzymam. Jestem sumą pasji. Czy podlewam marchewki, czy strugam deski, czy przemierzam, biegnąc w błocie, kolejny kilometr. Oddaję się jej bez reszty, bez pamięci… Zakochany bez pamięci.

Jest coś co spaja moje zainteresowania. Jest wspólny mianownik – natura.

Przyjechałem się kochać. Zostawić za sobą cywilizacyjny zgiełk. Pędząc do przodu, wpatrzonym tylko w cel, tak trudno dostrzec, to co dookoła. A kochać, kocham bardzo. – Łapczywie tak. – Chciałbym pochłonąć, to wszystko, co najpiękniejsze. Ale doświadczyć i tego, co brzydkie lub nieprzyjazne. Dlatego tutaj jestem. Ścigantów puszczam przodem, a sam gubię się, po to, aby odnaleźć się na mecie.

I to nie jest tak, że odpuszczam z bieganiem, czy znalazłem wymówkę na brak formy. Ani mi się śni. Na treningach daję z siebie wszystko. Masakruję się do upadłego podbiegami. Łamię monotonię długich wybiegań, szybkimi seriami przebieżek. Na ostatnich nogach kończę kolejny interwał. Daję sobie w kość. Nie zapominam o zmęczeniu, o życiu poza strefą komfortu. Ja po prostu polubiłem ten stan. Nie muszę nic udowodniać i z niczym się mierzyć. To jest niesamowicie stymulujące i chciałbym, żeby trwało jak najdłużej.

Znam swoje miejsce w szeregu, ale to nie znaczy, że spokorniałem.

 

Dodaj komentarz