GÓRY, INNE, ROWER, STARTY
komentarze 4

O tym jak nie zjebałem… – suplement.

Pierwszy raz wiem, że tego nie zjebałem. Tak. Za każdym razem, gdy startuję, mam uczucie niespełnienia. Zawsze wdziera się jakaś błędna nuta, która fałszuje piękną melodię. Znacie to? Uczucie, niepewności własnych dokonań? Na mecie cieszycie się z ukończenia biegu, ale po chwili nachodzą was wątpliwości. Czy dałem z siebie wszystko? Czy dobrze to zrobiłem? Po wątpliwościach przychodzi etap „gdyby”. Zaczyna się chora analiza. Co by było, gdyby? A gdybym to zrobił tak lub siak, to zrobiłbym to lepiej. W miarę coraz bardziej szczegółowej analizy, słowo „gdybym” mutuje i przybiera kształt „mógłbym”. Mógłbym to, mógłbym siamto… Chore to.

Wiem, że jestem w trakcie czegoś niesłychanie fantastycznego, czegoś o czym tak szybko nie zapomnę. I cokolwiek by się nie stało, cokolwiek bym zrobił – źle czy dobrze – będzie to niezapomniane.

Nie mam formy. Powtarzam to kolejny raz. Może i z setny. Powtarzam, bo szukam usprawiedliwienia przed sobą i całym światem… Pomimo tego braku formy, postanowiłem wystartować w Maratonie Gór Stołowych – Supermaratonie, jeśli to ważne. Chciałem to zrobić efektownie, bo wiecie, ostateczny wynik nie zachwyci. Wymyśliłem sobie taką akcję: z Magicznego Lasu przejadę 145 km do Wałbrzycha, tam, na drugi dzień spotkam się z Radkiem i zabiorę się z nim do Pasterki, gdzie odbywa się MGS – SGS, jeśli to ważne. Śmignę po skałach i szlakach pięćdziesiąt kilometrów mieszcząc się w limicie. Wrócę do Wałbrzycha, chwilę odpocznę i wrócę bajkiem do domu, pokonując kolejne 145km. Fajny plan, prawda? A otóż nie, totalnie popaprany.

Kiedy biegłem z uszkodzonym kolanem, walcząc z upływającym czasem, trzymając się końcówki, żeby tylko zmieścić się w limicie, doświadczyłem czegoś innego niż kiedykolwiek. Spotkałem kilka osób, które zakłóciły spokój w moim lanserskim świecie, zniszczyły go doszczętnie, zrównały z ziemią. Sprawiły, że poczułem się taki malutki, jak… jak bakteria.

Dwóch Niesamowitych Panów z Wrocławia. Kto startował w MGS – SGS, jeśli to ważne, może spotkał ich na trasie. Otóż, Ci panowie postanowili, że podczas biegu, co piętnaście minut wykonają dziesięć poprawnych technicznie pompek (Smashing Pąpkins, co Wy na to ?) . Niby szalony wyczyn, ale jakiś taki nie do końca – można by pomyśleć. I to jest błąd! Bo Krzysiek i Kuba, robią to nie dla lansu tylko dla zabawy, nawet nie zapisali się na bieg, tylko uczestniczą w nim na dziko. Lista ich wyczynów jest imponująca, mianowicie: przebiegli II Nocny Wrocław Półmaraton w pełnym oprzyrządowaniu wojskowym i w maskach gazowych, pokonali w 49 godzin 500 km na wioślarzu (rekord świata to 500km w 48 godzin), bez śniadania, w tym jeden z panów w 22 godzinie zrobił przerwę na trening siłowy i wykonywał przysiady ciężkie z obciążeniem 130 kg. Krzysztof, w ciągu 3 i pól roku ukończył 81 maratonów ulicznych, do tego, o ile dobrze pamiętam, sześć razy ukończył zawody triatlonowe na dystansie Iron Man… i było tych wyczynów dużo, dużo więcej. To jest jeszcze nic, bo w planach mają: za tydzień – wziąć udział w zawodach pływackich i przepłynąć Balaton (jakieś 14 kilometrów), ale żeby nie było zbyt łatwo, przepłyną go w ciuchach. Kolejnym wyzwaniem jest coś absolutnie niesamowitego, nieziemskiego, megakosmicznego, ponadludzkiego – brak mi słów – 26 lipca, o 6 rano, rozpoczną wielką przygodę. Przepłyną kraulem z Helu do Gdańska, zamierzają to zrobić w granicach 11 godzin. W Gdańsku wsiądą na rowery i przejadą 704 km do Krakowa, skąd pobiegną na Rysy. Swoje wyczyny dedykują Fundacji Krzyś.

Ola, to drobna, delikatna, przepiękna dziewczyna o filigranowej sylwetce z potężną mocą. Jej opowieść sprawiła, że spokorniałem. Ola wyszła z poważnej choroby, przeszła operację, zrzuciła kilkanaście kilogramów i… i zaczęła od wstania na nogi, potem od wejścia po schodach, następnie postanowiła, że spróbuje pobiec, i pobiegła. Dzisiaj staruje z MGS – SGS, jeśli to ważne. A ja? Ja tasowałem się z Olą na trasie – raz wyprzedzała mnie, potem wyprzedzałem ją. Skończyliśmy bieg na 28 kilometrze. Nigdy nie czułem takiego szacunku do rywala/rywalki, jak wtedy. Mistrzostwo Świata!

I kiedy stałem tak, obok bufetu nr 3, kilka minut po limicie, wiedziałem, że tego nie zjebałem, że to jest coś, na co czekałem od lat. Oświecenie. Tak. Cholerne oświecenie. Pokora. Szacunek. Radość. Spełnienie. Bez gdybania, bez „mógłbym”.

Są ludzie, którzy robią niesamowite rzeczy (wszak każdy z nas ma własną historię do opowiedzenia) i świat o nich nie wie, a ja uprawiam ekshibicjonizm na łamach bloga. Są ludzie, którzy nie mieszczą się w limitach, a pomimo to dokonują niesłuchanych rzeczy. I szkoda tylko, że organizatorzy gratulując startu wszystkim tym, którzy ukończyli bieg, pominęli tych, którzy przegrali z trasą. (Nie mam na myśli siebie, bo dwa lata temu, z niemałym wysiłkiem dotarłem do mety.) Dlatego ja, jakiś tam biegacz, średni bloger, wyrażam swój szacunek i podziw im wszystkim. Jesteście WIELCY. Bez Was nie było by tych w czołówce.

4 Comments

  1. Robert says

    Marcin cieszę się za ten wpis. Jest tam wszystko co chciałem Ci opowiedzieć jak ostatnio miałeś kryzys a ja nie znalazłem czasu, żeby się z Tobą spotkać. Z jednej strony cieszę się, że to napisałeś a z drugiej jest mi wstyd bo czuję że Cię zawiodłem

    • borman says

      Robercie, nigdy mnie nie zawiodłeś. Przeciwnie, jesteś dla mnie inspiracją, gigantem, którego warto, trzeba naśladować 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *