Najnowsze

V RDS – list z obcego kraju cz.2

fot. Hubert Puka

Witaj!

Wiesz Andrzej, kiedyś zadałem pytanie pewnemu rajdowcowi: co kieruje ludźmi, że spotykają się gdzieś na końcu świata i robią, to co robią? Bo przecież to chore jest skazywać się na taką poniewierkę. On na to: ty mi odpowiedz. A ja wciąż nie znalazłem odpowiedzi na moje pytanie. Z resztą, czy to takie ważne, czy człowiek dostaje odcisków na palcu od przyciskania guzików pilota, czy od tego, że po czterdziestym kilometrze zaczynają uwierać buty? Każdy robi to, co lubi. Jedni marnują życie przed telewizorem, inni skazują się świadomie na ból, pokonując dziesiątki kilometrów w błocie, śniegu, deszczu lub upale. Ja wybrałem poniewierkę…

No i podbijam czwórkę. Zerkam szybko na mapę, cholera, ten przelot nie jest taki oczywisty. Szybka analiza, biegnę na zachód do drogi. Zbiegam za daleko na południe, szutrówką biegnącą obok szkółki leśnej. Potem wbijam się w las i slalomem omijając drzewa, przedzieram się do tej drogi, która powinna gdzieś tutaj być. Nagle przede mną pojawia się szeroki strumień. Ej, co jest? Zerkam na mapę i nagle dostaję olśnienia. To nie droga, to ciek wodny, a za nim następny i następny. Nie ma czasu na odwrót. Zagryzam telefon w zębach i wskakuję do strumienia. Zimna kąpiel i jestem na drugim brzegu. Tak pokonuję jeszcze dwa strumienie, potem przedzieram się przez grząskie bagno. Całe szczęście, że pod kępami trawy jest jeszcze lód. W oddali słychać jadące samochody, a więc jest droga! Za drogą wał, który poprowadzi mnie do mostu, a z mostu już niedaleko do PK3.

Opowiadałem Ci kiedyś Andrzej o tym, że źle znoszę upał. Wbiegłem właśnie na wał i truchtam powoli. Słońce grzeje niemiłosiernie, a mi w dodatku skończyła się woda w bukłaku. Dla mnie to koniec. Zawsze odpadam przy mocnej lampie. Pamiętasz, co się stało podczas Europamarathon, albo Maratonu Gór Stołowych? Cholerny niefart. Na własne życzenie skazuję się na dwadzieścia kilka kilometrów biegu o suchym pysku.

Wiesz Andrzej, gdy byłem na trasie, dzwonił do mnie Grzesiek. Nie poszło mu na Maniackiej – pewnie przez upał. Już to raz przeżyłem. Dobrze pamiętam pierwszy słoneczny dzień marca, gdy w zeszłym roku startowałem w Biegu Sokoła. Tym razem znalazłem się na wschodzie Polski, a słońce jest tutaj takie same jak wszędzie, gdzie do tej pory byłem. I wtedy w Bukówcu zdechłem po siódmym kilometrze, Grzesiek z kolei poległ podczas poznańskiego halfa. Historia lubi się powtarzać, a ja głupi nie uczę się na błędach.

Dodreptałem ledwo do PK3, w drodze wyprzedziło mnie dwóch zawodników. Nie jest dobrze. Jeszcze kilka kilometrów, a odpuszczę. Dopiłem resztki iskiate, w ustach mam sucho i chce mi się bardzo pić. Na domiar złego jestem gdzieś daleko od lasu i przyjemnego cienia. Łapię się na tym, że rozglądam się za rowem melioracyjnym z wodą. Pić!

Jaki ja jestem słaby, gdy ogarnia mnie pragnienie, a odwodnienie daje o sobie znać poprzez spuchnięte palce, suchość w gardle i to, co dzieje się z organizmem. Cała motywacja i chęć do ścigania pryska. Nie potrafię się skoncentrować na mapie, średnio widzę szczegóły, wszystko zlewa się w nieczytelny bohomaz. W głowie urządzają harce głupie myśli: może odpuścić? Nie, nie, nie, Maniuś dasz radę, jeszcze tylko kilka kilometrów, do tego zakrętu, a potem do drogi. Ale tak chce mi się pić. Pić, pić, pić!

Dalej, wszystko stało się jednowymiarowe i wyglądało miej więcej tak: dobiegł do mnie kolega, nie pamiętam jego imienia, ale spotkaliśmy się już na Skorpionie. Dociągnąłem za nim do wsi, a tam u starszej pani (dziękuję Ci dobra kobieto!) napełniliśmy bukłaki kranówą. Piłem łapczywie, wiem, że źle, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Rozpieprzyło mnie to kompletnie – nudności i ból brzucha – sama rozkosz. I jakoś tak czas przestał płynąć, a ja biegłem i maszerowałem. Zmuszałem się do biegu: jeszcze do tego drzewa i jeszcze do tego krzaka, za nim odpocznę. Kolega pobiegł przodem, a ja zostałem sam na sam z przelotem do PK2. Mimo tego, że byłem w ruchu, dystans uparcie nie topniał. Podbiłem PK2 i znowu dobiegł do mnie kolega – Bernard ma na imię. Człapaliśmy razem, on z bolącym kolanem, ja mega odwodniony. W Gorzycach dołączył do nas Adam z Napieraj.pl i w trójkę wylądowaliśmy na mecie.

Cieszyłem się jak dzieciak, że to już koniec. No i wynik niezły, bo wpadliśmy na 12 pozycji. A potem oddałem się postartowemu chilloutowi, zająłem się rozmowami z poznanymi ludźmi, trochę bełkotałem, ale jakoś to było. Pyszne jedzonko i tradycyjnie zimny prysznic dopełniły całości.

Wiesz Andrzej, podoba mi się te napieprzanie przed siebie pomimo wszystkich przeszkód. I ten rajd był właśnie takim napieprzaniem.

Do następnego!
Marcin

PS
Tutaj masz mapę z zaznaczonym przebiegiem.

V RDS – list z obcego kraju cz.1

Cześć!

Wiesz Andrzej, ja chyba wpadłem jak śliwka w kompot. Liżę rany po RDSie, a już myślę o starcie w Róży Wiatrów i, cholera, nie mogę się doczekać. Nie chodzi mi o zdobywanie laurów, choć to jest przyjemne uczucie, ani o Puchar. Podoba mi się te napieprzanie przed siebie pomimo wszystkich przeszkód. Podoba mi się pokonywanie dystansu. Naginanie możliwości organizmu do granic wytrzymałości, ta burza, która rozpętuje się w głowie, po tym jak włącza się czerwona kontrolka. Czasami wygląda to jak masochizm, ale uwierz mi, takiej przygody nie zaznasz będąc więźniem czterech ścian. Emocje towarzyszące podczas rajdu nie mają sobie równych, dlatego tak ciągnie mnie do ultra. Podobają mi się godziny spędzone na trasie. Podobają mi się ciche, księżycowe noce, pachnące, wilgotne poranki, popołudniowe słońce przenikające pomiędzy koronami drzew. Podobają mi się setki. Jeszcze tylko RW i startuję w pierwszej z nich, jeszcze tylko pięć tygodni i… ale po kolei.

W ostatni weekend startowałem w Rajdzie Dolnego Sanu. Och, co to za impreza była! Fantastyczna! Atmosfera, organizacja – uwielbiam to! Mogłem poznać i porozmawiać z ludźmi, których znam tylko z sieci, z opowiadań, z tego, co publikują na swoich blogach. Zmieniło mi się spojrzenie, a wszystko to, co do tej pory odrealnione było ciałem się stało i jest, będzie inne, lepsze.

Wstałem przed szóstą. Spać nie mogłem, a wiesz jak wygodne są podłogi sal gimnastycznych. Bez pośpiechu odświeżyłem się i zjadłem śniadanie. W międzyczasie uciąłem miłą pogawędkę z organizatorem rajdu, Hubertem. Co jakiś czas pojawiali się nowi uczestnicy, a ja spokojnie pakowałem plecak. I gdybym wiedział, że w tej chwili popełnię karygodny błąd, dolałbym do bukłaka litr wody, albo schował do kieszeni pieniądze i zaoszczędził sobie sporo bólu.

Tymczasem poranek zamienił się w piękny słoneczny dzień. Czas płynął leniwie, wskazówki zegara powoli zbliżały się do godziny dziewiątej, godziny startu. A ja czułem się jakbym był w obcym kraju. Wiesz Andrzej, gdy większość życia spędziło się w jednym miejscu, to każdy dalszy wyjazd jest jak egzotyczna wycieczka. Taki kontrast: nasza poniemiecka architektura i małe drewniane domy na wschodzie Polski. Jestem nimi zauroczony. Na zachodzie folklor możesz spotkać w nieudolnie spreparowanych skansenach, które służą jako alternatywna miejscówka, w której organizuje się imprezy integracyjne, a tutaj jest na każdej ulicy, a wieś nim kipi. I pewnie usłyszę jeszcze nie raz, że nie jest to, co było kiedyś – jakby niby miało być skoro świat pędzi do przodu.

Wystartowaliśmy. Część uczestników pobiegła na północ, część na południe. Ja ugryzłem trasę „od góry”. Wybiegłem z Gorzyc i udałem się na północ w stronę najbliższego punktu. Nie chcę Cię Andrzej zanudzać opisem trasy punkt po punkcie, ale wiedz, że czułem moc, biegłem z taką lekkością, niemal jak bym leciał. Łatwa nawigacja i podbijane bez problemu PK, zachęcały do większego wysiłku. Jakaż to odmiana po nieudanym starcie we Włóczykiju!

Podbijam PK9, 8, 7, 6, tutaj wyprzedza mnie Rafał – niezły przecinak – który przybiegł na metę jako pierwszy. Dalej, podbijam leżący na wschód od Zbydniowa PK5. Od piątki biegnę do szosy. Zbiegam z szosy w przecinkę, przecinką na południe. Kończy się las, lecę na azymut. Przebiegam łąkę, przeskakuję rów. Jestem przy czwórce. Tutaj spotykam czołówkę biegnącą wariantem od południa. PK4 podbijam po 2 godzinach i 50 minutach, w nogach mam jakieś 25 km, przede mną tylko trzy punkty o długich przelotach. Jestem w siódmym niebie!

Andrzej, nie napisałem Ci o jednym. Zazwyczaj przed startem odczuwałem napięcie, taki przedstartowy stres. Czasami był to lekki niepokój, a czasami przesiąknięte adrenaliną i niezbyt przyjemne uczucie euforii. Gdyby nie Ula, wiesz Krolisek, nie zauważyłbym tego, że jestem całkiem spokojny. Byłem spokojny przed startem w Skorpionie i Włóczykiju. To dlatego, że czekam na to, co przydarzy mi się na trasie. Nastrajam się na odbiór emocji o innej częstotliwości, a przedstartowy dreszczyk męczy mnie jak filiżanka kawy wypita tuż przed snem.

Późno już, dziewczynki od dawna śpią, a ja sam z chęcią przytulę głowę do poduszki. Jutro opiszę Ci to, co spotkało mnie po podbiciu PK4, opowiem o zwalniającym czasie i wydłużającym się dystansie, Tymczasem dobranoc, do jutra i do przeczytania.

Marcin

V PENZRnO Włóczykij Trip Extreme 2012

Pierwsza myśli… nie, nie będę marudził. Nie poszło mi. Nie będę gdybał, nie będę szukał usprawiedliwienia, ani przyczyny. Albo nie. Przyczyna jest jedna, fundamentalna, zabrakło mi obycia z mapą, umiejętności nawigacji. Zabrakło mądrości w doborze sprzętu. W dodatku zatrzymałem się. Złamałem tak przestrzeganą przez mnie zasadę: nigdy, nigdy, nigdy, nigdy się… nie zatrzymuj!

Druga myśl. Zamiast relacji, szczegółowa – przelot po przelocie – analiza przebytej trasy. Doskonały początek i wszystkie wtopy zaliczone po Punkcie Stop. Statystyka. Omówienie błędów, aby uniknąć ich w przyszłości. Tylko, po co to wszystko? Przecież to nie podniesie moich umiejętności nawigacji. Potrzebny jest trening, a najlepszym treningiem jest udział w zwodach. Doświadczenie zbiera się na trasie, a nie ślęcząc nad śladem GPS.

Trzecia myśl: ambicja. Ambicja boli! W zasadzie to bardziej złożony temat. Temat na kolejny wpis.

Włóczykij. Powinienem w palec się ugryźć, kiedy pisałem, że Włóczykij jest imprezą łatwą nawigacyjnie. Tym razem orgowie stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko, aby PK nie były tak oczywiste jak rok temu. Mapa w niektórych miejscach nijak nie grała, przez co las został pięknie uczesany przez uczestników. Do półmetka nawigowałem bez większych poślizgów. Po PS i kilku kosmicznych wariantach, po których musieliśmy wraz z Irkiem wracać do naszej galaktyki, jakoś udało mi się dotrzeć do mety. Jak pisałem wcześniej: nie będę marudził. Były sytuacje kryzysowe, ale było też wesoło. Pierwszy raz podczas startu zgubiłem buta. Przebiegaliśmy przez podmokłe, zaorane pole no i zassało mi stopę, but został w cholernym błocku, a ja z rozpędu wylądowałem kilka metrów dalej. Był postartowy chillout na mega wygodnych kanapach w Gryfińskim Domu Kultury, gdzie znajdowała się meta i baza zawodów. Każdy wie, jaka fantastyczna atmosfera panuje po starcie. Kojący kompres na sponiewierane ego.

W zasadzie to wszystko. Od Włóczykija minął tydzień, emocje opadły. Znalazłem równowagę. Minusy nie przysłoniły mi plusów. Woda w Odrze niezmiennie płynie, słońce wschodzi i zachodzi, a przede mną kolejny start.

Przed godziną W

Z głośników wydobywa się kolejny kawałek Barryego Adamsona, a ja powoli kończę pakować rzeczy do plecaka. Za kilka godzin wyruszymy z Irkiem w stronę Gryfina, gdzie o 15:00 wystartujemy w – wdech – Piątym Pieszym Ekstremalnym Nocnym Zimowym Rajdzie Na Orientację Włóczykij Trip Extreme 2012 (uff). Nazwa rajdu wskazuje na niezły hardcore, ale rzeczywiście rajd jest bardzo przyjemny i w porównaniu ze Skorpionem to „bułeczka z masełkiem” – jak zwykł mawiać pewien sztygar.

Na Włóczykija wybieram się drugi raz. W zeszłym roku udało mi się wspólnie z Grześkiem dobiec do mety i zając pierwsze miejsce. Pamiętam jak stresowałem się przed startem. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać, bo oprócz tego, że to był mój pierwszy start w InO, to jeszcze nie wiedziałem czy zdołam utrzymać Grześkowe tempo. Strachy na lachy. Dałem radę, choć jeśli chodzi o nawigację byłem biernym uczestnikiem tej prześwietnej imprezy. Dziś nie mam ciśnień, do startu podchodzę na luzie. Jestem przygotowany na mocne ściganie, bo konkurencja jest duża, szybka i zwinna. Fakt, że moja forma jest niezadowalająca, jednak nie zamierzam na wstępie tłumaczyć się z potencjalnej porażki. Dam z siebie wszystko, a jeśli miałbym obrać jakiś konkretny cel, to jest nim podciągnięcie umiejętności nawigacji.

Mam możliwość podciągnięcia swoich skromnych umiejętności nawigacji w nocy. Fakt, że pierwsza połowa imprezy odbędzie się w dzień, ale jak znam życie to najtrudniejsze PK  orgowie przygotowali na drugą dwudziestkę piątkę rajdu. Pojawia się kolejne wyzwanie niezależnie od tego, że Włóczykij zdobył miano imprezy łatwej nawigacyjnie.

Zapakowałem się na lekko. Czas wykorzystać pojawiające się udogodnienia i przestać dźwigać zbędny bagaż na plecach. Do plecaka wrzuciłem pół litrową butelkę iskiate, dwie buły (zjeść to ja lubię) kilka batonów i pół litra wody do bukłaka. Zabieram moje minimum jednak czuję, że ta lekkość jest iluzoryczna i po10 kmpoczuję się jak juczne zwierzę. Czas zakupić większa nerkę i przyzwyczajać się do biegania z mniejszym bagażem.

Mój plecak spakowany, w międzyczasie napisałem tych kilka zdań. Czas oddać się w objęcia Morfeusza.

Dobranoc.