ROWER, WYRYPY
komentarze 4

Polowanie na keszynki

Rower. Trening alternatywny dający dużo frajdy, może nie tyle, co bieganie, ale dzięki niemu zwiększyłem zasięg i mogę eksplorować najodleglejsze zakątki mojej okolicy, a moja okolica obfituje w wszelakiego typu atrakcje. Jest Magiczny Las, są wzgórza, są jeziora, jest setki ciekawych miejsc, w których warto być, nasycić oczy, zaspokoić ciekawość, wzbogacić o nową wiedzę. Warto się tymi lokalnymi ciekawostkami podzielić. 

Geocaching.  Jednym ze sposobów na pokazanie tych miejsc światu jest zaznaczenie ich na mapie, opisanie, zilustrowanie fotografiami i  przygotowanie pliku z waypointami. Tak podana informacja jest atrakcyjna, nie tylko ze względu na treść jaką zawiera, ale na formę. Czy nie jeden z Was, Drodzy Czytelnicy, w dzieciństwie bawił się w poszukiwaczy skarbów?  Czy nie warto przywołać te wspomnienia i wprowadzić w czyn? Równie emocjonujące jest ukrywanie skarbów. Uwierzcie mi, nie minie kilka dni, a pojawi się tam pierwszy geocacher. 

Łączę trening, turystykę rowerową, geochaching. Mieszam to w wielkim tyglu zwanym Moją Okolicą i wychodzi coś takiego:  

TRZY JEZIORA, DWIE KESZYNKI, JEDEN PARK

Sława
Jezioro Sławskie, na tyle duże, aby móc tam żeglować. Dookoła kilka ośrodków wypoczynkowych, przystanie, rybaczówki. Południowy brzeg porasta Sławski Park Miejski. Parkowymi alejkami można dostać się na promenadę i plażę. Mnie najbardziej urzekł dawny ogród ozdobny i park krajobrazowy ustanowiony w połowie XIX wieku. Dodatkową atrakcją jest mała plaża, choć o takowej nie znalazłem żadnej wzmianki – dzika, najwidoczniej.

Tutaj ukrywam pierwszego kesza. Fotografuję. Na marginesie: muszę zainwestować w aparat cyfrowy, jakość fotografii wykonywanych za pomocą aparatu wbudowanego w telefonie komórkowym jest mierna. Potem wskakuję na rower i jadę w stronę pierwszej z trzech keszynek, na które dziś poluję.  Zgodnie z opisem ma być ukryta w pniu wielkiego dębu rosnącego na brzegu jeziora. Szukam, szukam i nie znajduję. Musiałem coś ominąć, nie doczytać, opuścić jakiś szczegół w podpowiedzi. Nic to, wrócę jeszcze w to miejsce, kesz jest tutaj na pewno ukryty, a ja tak łatwo nie odpuszczam.

[simpleviewer gallery_id=”13″]

Przybyszów
Jadę za wskazaniami GPS, kieruje mnie na południowy wschód. Wybieram podrzędną asfaltową drogę, przy której stoi turystyczny drogowskaz z napisem „do Lginia 12km”. Po drodze natrafiam na ciekawy budynek. Jest w opłakanym stanie. Ściany stoją tylko dzięki drewnianym podporom. Podjeżdżam do wejścia i… i tajemnicę budynku zdradza, umieszczona na ceglanym słupie, tablica informacyjna. Okazuje się, że znajduję się przed siedemnastowiecznym, późnorenesansowym dworem, który od zakończenia II WŚ nie był remontowany. Jego duch umiera milcząc. Mam zamiar ukryć tutaj kesza, ale z tablicy dowiaduję się, że budynek jest własnością prywatną, w dodatku zamieszkaną. Pukam do drzwi, aby porozmawiać z właścicielem, może wyrazi zgodę na okeszowanie jego włości. Niestety, nikogo nie zastaję.

Lgiń
Jakiś czas później docieram do kolejnego jeziora. Wita mnie, odbijający w swej tafli zielone korony drzew, Lgiń Duży. Tutaj jestem jak u siebie. Znam każdy zakamarek, przynajmniej tak mi się wydaje. Postanawiam objechać jezioro, pokonać kanał, przez który przebiegała przedwojenna, polsko – niemiecka, granica i najszybszym przelotem dostać się do kolejnej skrzynki. Z sentymentem wspominam odległe wakacje, kiedy z rodzicami przyjeżdżaliśmy tutaj co roku. Wędki, łodzie i pierwsza wakacyjna miłość, ehhh.

Przemęcki Park Krajobrazowy
Ziemia Przemęcka i PPK to temat na osobny wpis.

Po okrążeniu Lgińska Dużego wbijam się w piaszczyste piekło. Dookoła nic innego tylko piach. Polne drogi, leśne dukty, wszystkie pokrywa piach. Założyłem trekkingowe opony, aby łatwiej pokonywać asfaltowe warianty i w miarę komfortowo szutry i ubite leśne dukty. Tym razem jestem zmuszony zarzucić rower na ramię i przespacerować się kilometr, dwa do w miarę przejezdnej drogi. Kiedy udaje mi się ujechać rowerem, przecina mi drogę borsucza rodzina. Zeskakuję z bicykla i galopuję za płochliwą rodzinką w pospiechu robiąc zdjęcia. Rodzinka kryje się w norze, a ja zostaję z kompletem paskudnie rozmazanych fotek. Czy pisałem już, że czas zainwestować w aparat?

Krzycko dwie keszynki i Pan Sanitariusz
Docieram do kolejnego jeziora. Muszę objechać długą, wąską, wodną kiszkę. Okazuje się, że kościół, przy którym ukryta jest skrzynka, znajduje się na drugim brzegu. Nadkładam trzy kilometry i hamuję przy kutej, żelaznej, kościelnej bramie. Keszynki mam szukać właśnie przy jej metalowych elementach. Jest! Maleńka jak cholera. Wpisuję się do logbooka, ukrywam mikro skrzynkę i ruszam dalej.

Kolejna jest schowana w cokole drewnianej rzeźby. Pan Sanitariusz. Olbrzymi. W okolicznych wsiach stoją rzeźby, których twórca jest ludowy rzeźbiarz Jerzy Sowijak. Z trudem wydostaję skrzynkę z ukrycia, w dodatku, w pobliżu kręci się dużo Mugoli, a przecież nie chcę, aby kesz wpadł w niepowołane ręce. Pełna konspiracja, dyskretnie i jest!

Mokry powrót i dendrarium w strugach deszczu
Zaczyna siąpić. Chmury wylewają na świat swoją zawartość, a ja marznąc spieszę do domu. To fatum jakieś, że zawsze, kiedy wybieram się na dłuższą przejażdżkę, dopada mnie ulewa i wracam przemoczony i zmarznięty. Czy tak wygląda przyjemna wycieczka?

Pod drodze do domu, całkiem przypadkiem, trafiam na założone przy leśniczówce Krzyżowiec arboretum. Fantastyczne miejsce. Posadzono tutaj całą masę przeróżnych gatunków drzew i krzewów. Jest wyeksponowana leśna struktura, są budki lęgowe, wszelakie tablice i oznaczenia występujące w lasach. Jest platforma widokowa, miejsce na ognisko, paśnik, ambona… Wiem, że wrócę tutaj, za jakiś czas, z dziewczynkami. Koniecznie muszą to zobaczyć. Oczywiście ukrywam tutaj skrzynkę, zaznaczam waypoint, fotografuję, po czym wskakuję na bicykl i jadę w kierunku domu.

***

Goń myślową miałem i pomysł mi zaświtał taki, aby co jakiś czas link do ciekawych, inspirujących mnie ogromnie, miejsc w sieci dodawać.
Dziś ilustrowany pięknymi fotografiami rowerowy blog Sebasa:  Outdoor Adventure.

 

Komentarze: 4

  1. borman says

    Klimat? :) To dzięki photoshopowi i obróbce cyfrowej, inaczej nie da się ich oglądać :) .

    • borman says

      Ula, ja się nie wstydzę, brakuje mi tylko porządnego narzędzia. W zasadzie to nie musi być nic profi, nic z górnej półki… Mam kilka opcji na oku, fajne aparaty, ale z funduszami gorzej. Nic to, co się odwlecze… :)

Dodaj komentarz