STARTY, ULTRA
komentarze 2

Rajd Konwalii + piwo = piwo konwaliowe

Otwieram zimną puszkę Radlera. Skraplająca się na jej powierzchni woda spływa mi po palcach. Za chwilę ugaszę pragnienie, za chwilę znajdę ukojenie. Przykładam puszkę do ust i w jednej chwili, niczym gimnazjaliści z filmów na YT, zeruję jej zawartość. Zimne prawie-piwo przelewa się przez przełyk chłodząc rozgrzane wnętrzności. W tym momencie, kiedy puszka ląduje w koszu na śmieci, zaczyna szumieć mi w głowie. Zaciskam mocno prawą powiekę, a lewym okiem staram się złapać ostrość. Co jest kurka? To tylko 2% vol., a tak mnie sponiewierało. Kiedy mgiełka ustępuje i mogę bez trudu odczytać mapę, łapię kierunek i ruszam w stronę najbliższego PK.

Startowy chillout trwa w najlepsze. Pozwalam sobie na luz, na marsz, na długie i bezpieczne przebywanie w strefie komfortu. Tak było na Szadze, tak jest teraz i tak będzie podczas IWW.

Początek mam mocny, zrywam się do biegu i gonię za tłumem. Jest chłodny poranek, biegnie się lekko i przyjemnie. Towarzyszy mi kolega, z którym ścigałem się podczas trzeciej edycji RK. Cieszymy się jak dzieci, bo jest tak fantastycznie, a my możemy bez ciśnień oddać się naszej pasji. Czytamy mapę, planujemy strategię, potwierdzamy swoje przypuszczenia. Nawigowanie jest jak układanie puzzli. Im więcej elementów złożysz w jedną całość, tym szybciej i pewniej trafisz w punkt. Orientacja sportowa to wspaniała dyscyplina. Skracamy drogę, wybieramy azymuty, napieramy przez pola i lasy. Powoli pożeramy dystans i kolekcjonujemy podbite PK. Czas płynie leniwie, a słońce powoli zaczyna przygrzewać.

Po dwóch godzinach napierania, na odcinku specjalnym, gubię mojego towarzysza. Skupiam się na tym, co przede mną, czyli kolejnym PK i truchtam nieśpiesznie przez las. Kolejność podbijania punktów jest obowiązkowa, dlatego, co jakiś czas, mijam się z innymi startującymi, a przy lampionach tworzą się kolejki do perforatora. To sprawia, że czar na chwilę pryska. Klimat napierania łapię, kiedy znowu zostaję sam na sam z mapą i kompasem.

P8024798

foto. Rajd Konwalii

Temperatura rośnie, słońce bezlitośnie praży, a ja biegam po zielonej łące, wspólnie z ponad dziesiątką zawodników szukając lampionu. Słyszę wypowiadane w nerwach strzępki zdań. Gdzieś tam leci mięcho albo panuje załamka. Spokojnie proponuję, aby zadzwonić do orgów, bo pewnie ktoś zwinął lampion. Jest pewne, że stoimy w miejscu, gdzie powinien być PK. Po pięciu minutach wszystko się wyjaśnia i spora grupa rusza dalej, w poszukiwaniu kolejnego punktu.

Kiedy napieram przez podmokłe łąki, smagany gorącym powiewem, dostrzegam zbliżających się rowerzystów. Gdy podjeżdżają rozpoznaję Grześka i Belę, którzy walczą na trasie Adventure. Przez moment im zazdroszczę, choć miny mają nietęgie. A gdybytak zmierzyć się z dystansem pokonując go rowerem, biegiem, kajakiem i czym tam jeszcze organizator startującego w rajdzie uraczy, to dopiero musi być przygoda! Robię nawet krótkie podsumowanie, co mi się do tej pory przydarzyło: Jest męczący upał. Był punkt na grobli, gdzie gzy cięły bez litości. Była wspinaczka na wieżę widokową, z której rozciągał się przepiękny widok na las i jezioro. Była przeprawa przez kanał łączący jeziora i gdy okazało się, że brzeg jest zarośnięty, było napieranie jego korytem. Były ciekawe warianty. Nawet fajnie, ale czegoś w tym brakuje. Tylko czego? Do tej pory wszystko idzie jak należy, tylko powoli, bo brakuje WALKI! I tak bywa z długodystansowymi InO, czy ultra. Milej wspomina się te starty, podczas których dało się z siebie wszystko, gdzie człowiek sponiewierał się, jak jasna cholera.

Punkt po punkcie, docieram do kolejnego odcinka specjalnego leżącego nieopodal jeziora, nad którym znajduje się moja baza wypadowa. Kiedy zmęczony upałem, człapię w stronę przyczepy-bazy, wita mnie szwagier butelką zimnego piwa. Jak to miło z jego strony. Zimne piwko gasi pragnienie, ale lasuje mózgownicę. Czuję się jak po dobrym sześciopaku. Sprułem się i zaczynam bełkotać. O szlag! Wstaję ostrożnie z krzesła i chwiejnym krokiem ruszam w stronę plaży. Wchodzę po pas do wody i obmywam twarz. Zimna woda przynosi ulgę, ale nadal czuję procenty krążące we krwi. Mam za sobą ponad czterdzieści trzy kilometry, pokonanie pozostałych będzie trudniejsze, bo na lekkiej bani.

P8024822

foto. Rajd Konwalii

Kiedy docieram do kolejnego odcinka specjalnego nazwanego AWF, procenty wyparowują. OS jest szybki, a jego ostatni PK leży przy brzegu jeziora, na którym leży ta słynna Wyspa Konwaliowa. W tym miejscu organizatorzy przygotowali małą atrakcję polegającą na możliwości skrócenia dystansu o ponad trzy kilometry i przepłynięcia jeziora wpław. Kilka godzin temu miałem wątpliwości, czy porwę się na to szaleństwo, wszak upał wysysał moc, a obawa przed pływaniem na dużym zmęczeniu, nie pozwalała na zbędne ryzyko. Teraz, w tej chwili, nie mam wątpliwości. Mijam jedno stanowisko obsadzone przez wędkarzy, docieram do kolejnego, pustego i bez wahania wchodzę do wody. Z dna podnosi się wzburzony muł uwalniając gaz powstały podczas procesów gnilnych. O jakże śmierdzi! Płynę w kierunku drugiego brzegu.

Wychodzę na brzeg próbując strzepnąć z siebie jak najwięcej klejącej berbeluchy. Od etapu kajakowego dzieli mnie jeden PK i dwa kilometry. Czuję moc, a zmęczenie wywołane upałem zmyłem podczas przeprawy przez jezioro. Mógłbym pobiec i zrobiłbym to z ochotą, pokonałbym ostatnie kilometry dzielące kajakowy OS od mety znajdującej się w bazie zawodów. Czuję, że przyszedł czas na to, aby zmęczyć łydkę. Do limitu czasowego zostały cztery godziny, czuję presję czasu oraz potężne przyciąganie mety. I gnałbym przed siebie, odnajdywał punkty i odbijał perforatorem kolejne dziurki na karcie startowej. Karcie startowej, którą zgubiłem!

Nie jest mi żal. Nie jestem smutny, zawiedziony, wkurzony. Jestem zadowolony z siebie, z rajdu, z obcowania z naturą, możliwością uczestniczenia w wielkiej przygodzie. Zostawiam za sobą jeziora, malownicze wzgórza, lasy, łąki, bagna i kanały. Skaczące pomiędzy drzewami sarny, wijące się zaskrońce, stada wrzeszczących żurawi. Zostawiam walczących z dystansem i czasem zawodników. Biegnę w stronę bazy delektując się chłodem wieczora, obserwując pracujących rolników zbierających plony z pól. Jestem szczęśliwy i spełniony, bo to był kawał dobrego napierania.

2 Comments

  1. Fajna relacja z biegu, szkoda tylko tej karty. Ale widać, że naprawdę kochasz sport, a nie tylko osiąganie wyników. Takich ludzi powinno być jak najwięcej. Gratuluje.

    • borman says

      Karty mi nie szkoda, nie pojechałem na RK zdobywać laurów 🙂 . Szkoda jedynie, że musiałem przerwać zabawę w końcówce, kiedy upal zelżał, no i poczułem moc 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *