STARTY, TRENING, ULICA
komentarzy 8

Startów? Startów mi potrzeba?

Nie. Zdecydowanie nie.

Od września zeszłego roku wystartowałem tylko jeden raz, w Śnieżnych Konwaliach. Nie robię nic innego tylko trenuję. Głód rywalizacji oraz startowy deficyt powinny spotęgować moją chęć na udział w jakiejkolwiek imprezie. I im bliżej do łódzkiego maratonu to ja, paradoksalnie, nie mam ochoty na startowanie. Sama myśl o udziale w maratonie, który zbliża się wielkimi krokami, drażni mnie.

Nie wiem skąd ten stan. Nazwałem go przedstartowym rozdrażnieniem. Tłumaczę go wzrastającym stresem. Negatywną reakcją na presję, którą czuję w związku ze zbliżającym się terminem i wygórowanymi oczekiwaniami, co do wyniku.

Zupełnie nie czuję tego startu. Brak mi wiary w siebie, w swoje możliwości. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że mogę pobiec mocno, ugrać taką życiówkę, że euforia na mecie zwali mnie z nóg. Z drugiej strony boję się zagrać va banque i nie wiem, czy biegnąc zachowawczo osiągnę na mecie zadowalający czas.

Jeszcze kilka tygodni temu wszystko było jasne i klarowne. Był cel, była trudna droga przede mną. Długa podróż pełna wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Teraz, kiedy zacząłem tapering, a moje myśli powinny skupić się na czekającym mnie zadaniu, czuję cholerną agresję. I nie potrafię przekuć ją w coś sensownego, konstruktywnego, coś, co zbliży mnie do osiągnięcia celu.

Afirmacja. Zagłębiałem się w temat niejednokrotnie. Wiecie, małe kłamstewka, mające pozytywny wpływ na samorealizację. Powtarzanie mantry: ja Marcin, jestem wytrenowany, zdeterminowany i przebiegnę ten cholerny maraton w tempie 4:30 /km, obrzydło mi na tyle, że słowo MARATON wywołuje u mnie olbrzymią niechęć.

Gdzie popełniłem błąd? Skąd we mnie tyle negatywnych emocji? Czy na tym ma polegać przyjemność jaką daje bieganie?

Siedzę przy cudzym biurku w świeżo wymalowanym biurze. Moje myśli są gdzieś w górach. Jestem na szlaku. Biegnę niesamowitą ścieżką trawersującą zbocze góry. Dookoła niezmiennie panuje zima. Moje niskie góry pociągają mnie bardziej, niż chęć sprawdzenia swoich możliwości podczas łódzkiego maratonu. Są góry, a to koi. Wszechpotężna moc, przecudne remedium na wszelkie bolączki.

I wiem, że czeka mnie jeszcze jeden, krótki, ale ciężki trening. Muszę potrenować odpoczynek. Odzyskać spokój. Nastroić częstotliwość na zagubioną pozytywną wibrację. Poczuć raz jeszcze radość z biegania po ulicy i zrobić to: zapłonąć żądzą pradawnego niebiańskiego kontaktu z rozgrzaną, czarną prądnicą maszynerii tłoku i mocy, dystansu i walki, zimnych oddechów i gorących serc – PRZEBIEC TEN CHOLERNY MARATON I NIECH EUFORIA NA MECIE ZWALI MNIE Z NÓG!

Komentarze: 8

  1. Chyba nigdy nie miałem tak, żebym tuż przed ważnym startem myślał „taaaak, jest zajebiście, zrobiłem wszystko, co miałem zrobić i jestem fantastycznie przygotowany”. Ni hu hu.

    Mało tego, im bardziej pewny siebie stawałem na starcie, tym gorzej się to dla mnie kończyło (vide: zeszłoroczne Dębno).

    Maniek, ja Ci powiem tyle – nie ma co fisiować i za dużo myśleć – trzeba napierdalać. Sam jestem pełen wątpliwości co do taktyki startu w Paryżu. 4:44/km i bezpieczne 3:20 czy 4:35 i szybciej z atakiem na 3:15? Nie wiem. A dowiem się tego pewnie gdzieś na drugim, może trzecim kilometrze. A kiedy już się dowiem i podejmę decyzję, wyłączę myślenie, a włączę znany i Tobie i mnie tryb robota: lewa noga, prawa noga, pulsometr, tempo, wdech, wydech. I tak przez 35 kilometrów. A jakie będzie ostatnie 7, okaże się po przekroczeniu tej granicy – albo pedał w podłogę i jazda na endorfinach do mety, albo walka o przetrwanie. Walka, którą będzie trzeba wygrać. Bez myślenia.

  2. Tomek G3 says

    E tam, jesteś świetnie przygotowany. Zastanawiać to się mogę ja ;) Bo to będzie mój pierwszy maraton i nie wyszło mi z ambitniejszym planem treningowym, musiałem zmienić na bardziej zachowawczy, który jakoś tam pociągnąłem….

  3. Maniek,
    zawsze startowałem na pełnym spontanie, co ma być to będzie. Jednak, teraz mam dużo do stracenia. Nie chcę napisać, że w razie porażki, cały trening pójdzie na marne, bo nie pójdzie. Sam wiesz, oram od września, głupio by było skończyć z marnym wynikiem.

    Wkurw mam straszny, bo zamiast przeżywać pozytywnie zbliżający się start i z wielkim rogalem szykować się na Łódź, ogarnia mnie przygnębienie i agresor przeokrutny.

    Zrobię ten maraton i kończę z ulicą. Takie bieganie mnie nie cieszy.

    Tomku,
    ale to nie o przygotowanie mi idzie. Wiem, jęczę, ale taki złapał mnie stan. A w Łodzi się spotkamy, będę w sobotę. Muszę jeszcze o noclegu pomyśleć, bo opcja dekowania się u rodziny w Pabianicach mnie nie cieszy. Dam znać na priva.

  4. dzemek says

    Najłatwiej te rozdrażnienie zwalić na pogodę, brak wiosny konkretniej. Ty przynajmniej trenowałeś a ja co…wierzę, że do półmetka jakoś to będzie i dobiegnę ale co potem…pierwszy raz tak mocno obawiam się w ogóle ukończenia maratonu. Słabo trenowałem, wypaliłem się chyba lekko bieganiem i stąd takie myśli mnie nachodzą i brak treningów. Teraz, w tydzień tego czasu nie nadrobię. Ja nocuję w Cynamon Hostel, na ul. Sienkiewicza. Rzut beretem jest Piwoteka Narodowa na ul. 6 sierpnia do której zamierzam się wybrać ;) Będę z dziewczyną, ona we mnie wierzy.

  5. borman says

    Jej, a ja nadal nie wiem gdzie będę nocować. Jeśli uda mi się zorganizować nocleg w Łodzi, to wpadnę do Piwoteki Narodowej – a jak :) ! W innym wypadku czeka mnie dojazd z Pabianic. W tej opcji sobotniowieczorny browarek odpada.
    W każdym bądź razie, do zobaczenia – mam nadzieję – w Łodzi.

  6. Bartek says

    Najlepsza dewiza „nie myślimy, trenujemy” :P
    I wtedy wszystko przyjemność sprawia.

    Borman rozumiem Twoją niechęć do asfaltu.
    Ja nawet nie próbuję jej pokonywać, czego efektem jest planowany start w ultramaratonie Chudy Wawrzyniec.
    U znacznej części osób kolejność
    maraton -> ultramaraton
    ja 50 km na orientację -> ultramaraton
    Nie mam nawet zamiaru startować w żadnych zawodach na ulicy, psychicznie mnie bardzo męczą…

  7. dzemek says

    Co do Piwoteki to możemy się dogadać, jeżeli znajdziesz już nocleg :) Z ciekawszych i tańszych polecam też PUH 3 na ul. Łęczyckiej (40 zł 2 lata temu). Warunki takie sobie ale ważne aby się przespać, prysznic i kuchnia są, to jest dawny hotel robotniczy. Jeździł także tramwaj bezpośrednio pod Atlas Arenę.

  8. Bartek,
    Moja droga była trochę inna.
    Ultramaraton -> half -> maraton. Debiutowałem podczas Sudeckiej 100. Dwa miesiące później wystartowałem w swoim pierwszym halfie, w dodatku górskim, a miesiąc po nim w maratonie :) . To, co działo się podczas maratonu, skutecznie wyleczyło mnie z udeptywania asfaltu. Nie powiem, startowałem potem wielokrotnie w biegach ulicznych, ale chyba bardziej z braku alternatywy.

    dzemek,
    Do czwartku sprawa z noclegiem powinna się wyjaśnić, dam znać na @ .

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.