GÓRY, STARTY, ULTRA
komentarze 2

Sudecka 100 – bezmoc

Powinienem teraz dzielić się wrażeniami ze startu w Sudeckiej Setce… jednak tego nie zrobię.

Droga, gdzieś pomiędzy Wałbrzychem, a Boguszowem – Gorce – dwie godziny do startu.

O Wielki Świecie, jakie piękne góry! Mistrz Zen powiedziałby mi, że tej góry nie ma. Jest i to bardzo realna, szczególnie po sześćdziesiątym kilometrze, kiedy przede mną strome podejście, nogi odmawiają posłuszeństwa, a w głowie trwa seans, horror się wyświetla.

Jej, czy wszystko, co potrzebne spakowałem? Cholera, mam takie wrażenie, że coś zostawiłem w domu, ale co? Muszę przeglądnąć zawartość plecaka. Koniecznie!

Ale zielono… Marcinie skup się, skup.

Ten plecak, czy dobrze robię, chcąc go zabrać na trasę? Sobota ma być upalna, przyda się więcej płynu w bukłaku, ale czy warto biegać z nim przez całą noc? W tamtym roku biegłem z małą nerką i pól litrowym bidonem. Wrzucę go na przepak, a do ręki zabiorę butelkę z izo. Tak! To jest myśl. Będzie mi lekko i wygodnie.

Martwię się na wyrost. Gdzie mój spontan? Wiem, wiem, kalkulacja i właściwa strategia w ultra, to rzecz niezmiernie ważna. Tylko, że ten spontan przynosi mi więcej frajdy, niż wykalkulowany bieg, nawet jeśli na trasie nawalę.

O Świecie, jaki jestem rozpieprzony! Mam dość. Chcę już pobiec.

Pobocze przy drodze, gdzieś przed Boguszowem – Gorce – niecałe dwie godziny do startu.

Minione tygodnie mnie zmęczyły, jeszcze ta sprzeczka kilka godzin temu, tuż przed wyjazdem. Nie. Nie mam siły, zmuszać się do startu, do bólu, którego przez ostatnie dni tak unikam. Marcinie, przecież Ty nigdy nie odpuszczasz, pamiętasz?

Jej, czy akumulatory w czołówce wytrzymają całą noc? Kiedy ja je ostatnio ładowałem? Żeby tylko nie biec po ciemku…

„Nigdy, nigdy, nigdy, nigdy się nie poddawaj”. Ale ja jeszcze nie rozpocząłem walki. Mam ochotę wystartować, ale nie uśmiecha mi się ta cała męczarnia podczas biegu, nie dziś. Grzesiek miał rację. „Odpuść, jeśli potrzebujesz odpoczynku” – mówił. A ja już sam nie wiem. Pogubiłem się. Jak to się stało?

Och, te góry, wyruszyć w nie, choćby zaraz. Biec, maszerować, bez celu, bez patrzenia na zegar, bez ciśnień.

Te same pobocze, gdzieś przed Boguszowem – Gorce – niecałe pięć godzin po starcie.

Cholera, jak zimno. Nogi mi zdrętwiały. Już po starcie, co za ulga.

Komentarze: 2

  1. cinek says

    Niestety ja też ostatnio musiałem zrezygnować z kilku startów – mój organizm zdecydowanie się tego domagał, a jest już zbyt blisko UTMB bym mógł sobie pozwolić na poważniejszą kontuzję!

    Na pocieszenie możemy sobie mówić, że nie przystąpienie do startu jest lepsze, niż poddanie się już w trakcie biegu. Choć z drugiej strony, ktoś inny powie, że nawet nie spróbowałeś! Ja uważam, że dobrze zrobiłeś – w końcu bieganie ma sprawiać nam przyjemność!

    PS. Ale MGS sobie nie odpuszczę! To zbyt piękny maraton :) Pozdrawiam

  2. Borman says

    Mój organizm też się domagał odpoczynku, ale go nie słuchałem. Tak bywa, gdy człowiek uwierzy, że może bezkarnie przekraczać granice swoich możliwości. Teraz pokutuję. Posypałem się, przez co uciekło mi kilka ciekawych startów, nie mówiąc o tym, że stanąłem w miejscu. Zero treningów, zero progresu. Choć… choć z drugiej strony taka stagnacja jest świetnym remedium na mój kryzys – dopieprzoną psychę i bolące kolana .

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.