Wszystkie dla tagu: blog

Urlop, urlop, urlop

Okres naprawczy dobiega ku końcowi. Odpoczywam i odsypiam, deficyt snu zaczyna ustępować, przez co nabrałem wigoru i wyraźnie czuję przypływ energii. Dni, kiedy pogrążałem się apatii, a które zlewały się w jedno, przeminęły, mam nadzieję, bezpowrotnie. W, do niedawna, klaustrofobicznym świecie zagościło wysokie morale. Spokój i porządek oheblowały zadziorny chaos. Ukoronowaniem okresu naprawczego jest dwutygodniowy urlop, który wprowadzi mnie w drugi okres startowy. Na horyzoncie pojawił się nowy cel: Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Mam duże plany co do tej imprezy i z myślą o niej rozpocząłem systematyczny trening. Po drodze pojawią się dwie, może trzy, imprezy na orientację, w tym jedna rowerowa. Jeśli czas pozwoli, wybiorę się z Grześkiem na kilkudniową wyprawę rowerową z sakwami po Kaszubach. Znowu dużo planuję, jest przecież tyle startów, w których chciałbym uczestniczyć. Chciałbym wrócić i pobiegać w setkach organizowanych w ramach Pucharu. Tym razem będę czujny. Kryzys, kontuzje i przetrenowanie jak licho, nie śpią. Blog. Co w planach? W głowie mam sporo zajawek, o których chciałbym napisać kilka słów: opublikować drugą część naprawczej historii, zamieścić posumowanie pierwszego półrocza, dodatkowo …

Czas na wpis: Reaktywacja

Monotematycznie się tutaj zrobiło. Od lutego przelewam na ekran monitora wrażenia ze startów i… tylko ze startów, no a przecież nie samymi startami Borman żyje. Oprócz treningów są przecież inne okołobiegowe i bikowe zajawki. Fakt, że permanentny deficyt czasu nęka mnie nieustannie i trudno mi niekiedy połączyć pasję z życiem codziennym, ale nauczyłem się z tym żyć. Jest takie słowo, idealnie ilustrujące moje zmagania, które prowadzę od poniedziałku do piątku: kompromis. Coś za coś. W weekendy odpoczywam od trudnej sztuki wyboru i poświęcenia, nie zawsze, ale… ale o tym później. Co to ja chciałem? Aha! Z trudem znajduję czas na to, aby napisać coś więcej niż obowiązkową relację ze startu – przecież trzeba dać ujście nagromadzonym emocjom i koniecznie podzielić się nimi ze światem. Na tych postartowych zaworach bezpieczeństwa, kończy się moje blogowanie. Czasami łapię się na tym, że partyjka pokera z Panem Deficytem to świetna wymówka jest, bo przecież ile czasu potrzeba, aby dwa, no, raz w tygodniu wyrzucić z siebie to, co siedzi w głowie i to, czym chcę się ze światem podzielić? …

Czas na wpis

Oszczędzam. Odzyskuję. Dawkuję. W ramach recyklingu czasu, oczyszczam przestrzeń dookoła siebie. Pozbywam się przedmiotów, nawyków, unikam czasożernych urządzeń. Każdy złodziej czasu prędzej czy później trafi pod topór, na szafot. Zostanie odcięty od mojego życia. Nie, nie jestem ascetą, masochistą, nie chodzi też o modny ostatnio minimalizm. Bywa tak, że pewnych „elementów” nie mogę trwale usunąć na margines. Szukam alternatywy. Laptopa prawie nie uruchamiam, pocztę sprawdzam za pomocą telefonu komórkowego. Okazało się, że dzień wydłużył się o godzinę, nawet dwie. Nie jest to jednorazowy bonus, taki jak wtedy, kiedy udaje mi się zakończyć wcześniej zlecone prace. To jest jak amputacja – też coś się traci. Coś za coś. Zyskuję czas – zaniedbuję bloga. Spędzam minimum czasu przed komputerem – rezygnuję z dodatkowych zleceń. Samo życie. W wolnych chwilach, w pracy, staram się pisać. Blog musi żyć. Chwil tych mam niewiele, stąd też powstają opóźnienia. Pisać o wypadzie w góry miesiąc po fakcie, relację z imprezy biegowej ponad tydzień po jej zakończeniu? Czerstwa bułka na śniadanie. Co zrobić w takiej sytuacji? Pójść na kompromis i dla dobra …

Start!

„Potrzebne są zmiany, konieczne są zmiany…”   Dezerter. W zamiarze miałem odświeżyć joggera, wprowadzić kilka istotnych zmian, uporządkować wpisy, zawęzić tematykę do biegania, bo ono to,  zdominowało moje życie i to głównie o nim chcę pisać. Pisać o bieganiu w górach, startach w biegach ulicznych, biegowych wycieczkach, treningu, środowisku, oraz tym wszystkim, co wokoło biegania się dzieje. Bieganiu, które stało się moim sposobem na życie, pasją, antidotum na stres, resetem, „mentalną ablucją”. Potem pojawiła się myśl: a może zacząć od początku, z czystym kontem. Odejść od joggera, skorzystać z dobrodziejstw WP. Postawić na wygodę. Zgromadzić wszystko w jednym miejscu, na jednym serwerze, pod własną domeną. Mieć własne miejsce w sieci, tak! Od pomysłu do działania. Opłaciłem serwer i domenę, zainstalowałem i skonfigurowałem WordPress. Długo zastanawiałem się nad odpowiednim layoutem, przejrzystym i schludnym. Wybór jest przeogromny i trudno zdecydować się na konkretny. Wybrałem więc odpowiedni motyw, który z czasem przerobię według swojego gustu. Po layoucie przyszedł czas na integrację bloga z Facebookiem. Na tą chwilę dodałem button Lubię to, pojawiający się pod kolejnymi wpisami;  z czasem …