Wszystkie dla tagu: InO

Śnieżne Konwalie, wbrew zasadom

Pojawić się w bazie zawodów, to dla mnie niemal zapomniane uczycie, ale widok znajomych twarzy przywraca pamięć. W tłumie zawodników znajduję odpowiedzi na pytania: Co ja tutaj robię, po co przyjechałem? Trema — tak, trema – znika. Niepokój ustępuje, a jego miejsca zajmuje podniecenie. Jestem, startuję, żyję. Scorelauf 120” Scorelauf to taka forma InO, gdzie startujący ma pełną swobodę w wyborze oraz kolejności potwierdzania punktów kontrolnych, a musi ich zebrać jak najwięcej w zadanym czasie. Trasa jest tak ustawiona, że zebranie kompletu PK jest niemożliwe. No, chyba że jest się Jackie Chanem albo jeszcze lepiej Chuckiem N. Scorlauf może być punktowany, czyli PK mogą posiadać swoja wagę, im dalej ustawione, tym większa ich wartość. Za przekroczenie limitu czasowego czeka kara czasowa na tyle duża, że nie opłaca się meldować na mecie po limicie. Na trasie scorelauf, oprócz mocnej łydki, decydujące znaczenie ma strategia — w przypadku opcji niepunktowanej, wybór trasy pomiędzy kolejnymi PK. Mój wariant autorski na tej trasie odbiegał lekko od normy i… łamał wszelkie zasady Bo, pierwszy rzut oka na mapę i wiem, …

I kiedy tak nie startuję…

…a chciałoby się ścigać, zmęczyć, sprawdzić, powalczyć, sponiewierać jak jasna cholera, to czuję, że łagodnieję. Ciśnienia związane z przygotowaniami do startu nie męczą. Urażona ambicja, po przekroczeniu linii mety – nie w tym czasie i nie na tej pozycji – nie boli. W ogóle czuję się jakiś taki uporządkowany, wyluzowany. Nie przygniata mnie ciężar treningu, nie czuję presji czasu, czy realizacji planu. Jest doskonale. Rzekłbym – zajebiście. Jeszcze do niedawna nękałem się wizją straconego sezonu. W pocie czoła kombinowałem jak w pełni wykorzystać pozostały czas, żeby uratować każdy dzień, każdy trening. Jeszcze powalczyć, wyciągnąć ile się da z rozleniwionych mięśni. Marzenie o kolejnej życiówce nie opuszczało mojej głowy. Zawładnęło mną bez reszty. I wiecie co? Spasowałem. Odrzuciłem wszelkie myśli o rekordach i rywalizacji. Zerwałem przyklejony do drzwi lodówki, misternie przygotowywany, plan treningowy pod poznański maraton. Podarłem kartki z rozrysowanymi tabelkami na drobne skrawki i wrzuciłem do kosza z makulaturą. Dotarło do mnie to, że nie ma co wypruwać sobie flaków, jak się tego nie czuje? Skazywać się na stresujący wyścig z czasem. Dla samego faktu złamania czegoś tam, czy …

Przed Śnieżnymi Konwaliami

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy start tego roku. Śnieżne Konwalie, bo o tej imprezie mowa, to zawody na orientację – druga edycja, w której wezmę udział. W zeszłym roku startowałem na trasie TP25 wraz z Mańkiem i Danielem. Traktowałem ten start ulgowo, a to dlatego, że byłem w trakcie przygotowań do wiosennego maratonu. W tym roku, w jego pierwszej połówce, przewidziałem jeden start priorytetowy i będzie to moja ulubiona liniówka, czyli Sudecka Setka. W związku z tym, że trenuję pod ultra, nie oszczędzam się, a mój średni kilometraż kręci się wokół liczby 120, jestem niewypoczęty, dlatego postanowiłem potraktować i tę edycję ulgowo. Start treningowy, o niskim priorytecie. Z udziałem w imprezach jest u mnie tak, że jeśli startuję, to daję z siebie wszystko. Bywa jednak, że trzeba spasować i podejść do tematu z dystansem. Ustalić cel na inne rzeczy, niż tylko uzyskanie, na mecie, jak najlepszego czasu, czy miejsca. Tym razem moim celem jest: przypomnieć sobie jak biega się z mapą – „czucie mapy” z brakiem praktyki zanika oraz przeprowadzić hardcorowy trening na długim dystansie …

Tutaj rządzi ból! – Historia pewnego startu #1

Doigrałem się. Kiedy jest się na wegańskiej diecie trzeba z należytą uwagą przygotować się do startu. Kilka zbożowych batoników z hipermarketu, garść suszonych owoców i paczka solonych orzechów to zdecydowanie za mało na trasę TP-100. Zachowałem się nonszalancko i bez szacunku do dystansu, przez to teraz cierpię. Stawiam nogę przed nogą i jak zombie sunę, półmartwy – półżywy, przed siebie. Trzy godziny temu rozpocząłem drugą pętlę. Przede mną jeszcze dziewięć punktów kontrolnych. Boli mnie wszystko, każdy mięsień, a będzie boleć bardziej. Zapowiada się fantastyczna zabawa. Ponoć nadmiar zajęć oraz brak czasu zmuszają do działania. Człowiek, potrzebą chwili, staje się bardziej zorganizowany. Mi zabrakło determinacji. Nie upiekłem mega smacznych ciach na sterydach, napakowanych kaloriami, które niosły mnie podczas Oriento Expresso. Nie spakowałem do plecaka tłustej pasty z awokado. Z braku czasu, i może chęci, poszedłem na łatwiznę i w drodze do bazy zawodów odwiedziłem sklep. Wszystkie te słodkości, które sobie zafundowałem wystarczyłby, gdybym zarzucał mięcho, a w skład żelaznej racji wchodziłby kawałek tłustego boczku lub wysuszonego na wiór kabanosa. Wystarczyłyby…